Battlestar Galactica (2003-2009)

Bohaterka mojego poprzedniego wpisu powraca! Krótkie podsumowanie przeze mnie czterech sezonów serialu, którego nazwę można przeczytać w tytule.

W wspomnianej mojej poprzedniej notce, napisanej, jeśli dobrze pamiętam, gdzieś w okolicach 1wszego sezonu poddałem pod silną, acz nie udolną krytykę – nie ma co się łudzić;P – występujące w serialu liczne odniesienia do religii, oraz sugestie twórców, że przepowiednie, mity – “czucie i wiara” jakby to ujął poeta, mogą przynosić wymierne korzyści. Po lekturze 4tego sezonu stwierdzam, że właściwie to się nie zmieniło. Zmieniło się za to moje podejście do sprawy. A same te motywy religijne nabrała pewnych racjonalnych podstaw.

Przypomnę, że na początku fabuła przedstawiała trudne decyzje, jakie trzeba było podjąć, walkę o przetrwanie ludzi, którzy nie bardzo jeszcze zrozumieli co się właściwie stało. Potem zaczęły pojawiać się owe proroctwa i nafaszerowana lekami Pani Prezydent – nowy mesjasz. Ok. Przyjąłem. I oglądałem dalej – bo co by tu nie powiedzieć, ten serial jest ciekawy.

Mam nadzieję, że wszyscy czytający obejrzeli już wszystkie odcinki 4tego sezonu, bo komentować będę teraz zakończenie.

Scenarzyści zafundowali nam sporą niespodziankę i pozwolili załogą Floty osiąść na Ziemi – tej drugiej – poprzednia stała się postnuklearną pustynią. Co ciekawe, wszyscy ludzie, jak jeden mąż postanowili zapomnieć o dotychczasowym życiu. Źli Cyloni zostali pokonani – w sumie przez przypadek – za to ostatnia bitwa była bardzo efektywna. Wszystkie proroctwa wypełniły się, choć być może nie tak jak myśli o tym zainteresowani. Ludzkość przetrwała, interweniując w rozwój naszych dalekich przodków i jednocześnie w dość pokrętny sposób dali dowody na całą tą idee inteligentnego projektu. Mało tego! Krąg historii właśnie się zamyka. Nie zostaje nam nic innego, jak spieszyć do kina na kolejną część filmu “Terminator”, a potem intensywne szkolenie wedle poradnika Sarahy Connor. Wojna z maszynami tuż tuż.

Sama Gallactica wzorem cowboya z klasycznego westernu poleciała w stronę Słońca. Dosłownie. Na otarcie łez szykują nam się film na podstawie tego serialu. Wole tego na razie komentować. A na razie – za Galacticę, która wiedziała kiedy się skończyć i która jest dobrym statkiem, jaki i serialem.

So say we all!

PS.: Polecam zapoznanie się z soundtrackiem do tego serialu.

Minuta ciszy po bash.org.pl?

Choć serwis ten od dłuższego czasu raczej przestawał się powoli kojarzyć z informatyką jaką taką i w zasadzie pisało tam sporo dzieciarni, to i tak go przeglądałem, bo i czasem coś się ciekawego na nim znalazło.

Dziś jednak administracja bash.org.pl zamieściła następujące oświadczenie:

serwis bash.org.pl zamknięty
Z przyczyn od nas niezależnych zmuszeni zostaliśmy zamknąć serwis.
Dziękujemy wiernym czytelnikom za bycie z nami przez prawie pięć lat.

Za wcześnie na Prima Aprilis. Teraz się zastanawiam, czy powiedzieć “szkoda” 🙂

EDIT: Ha… jednak trzeba czasem dokładniej oglądać Joggera:) Choćby tego: http://gutek999.net/2009/03/26/bash-org-pl/.

Max Payne w trzech odsłonach

Kto nie grał w Max Payna łapki w górę? Do niedawna sam bym ją podniósł, ale zdążyłem już nadrobić braki. Przez długi czas nie grałem z powodu posiadanego sprzętu, który nie był w stanie poradzić sobie z tą grą. Później, zwyczajnie studiowałem:) – znaczy miałem co innego na głowie. Ale obejrzana video recenzja na gaminatorze skłoniła mnie do zapoznania się z tą grą. Potem zgrałem w kolejną część, a potem jeszcze obejrzałem film – to ostatnie nie było może najlepszym pomysłem.

Max Payne

Na początku pokrótce przypomnę fabułę. Max Payne to glina z Nowego Jorku, który miał dom, żonę, córkę w kołysce i psa… no może bez tego ostatniego. Pewnego dnia jednak do jego domu wpadło kilka ćpunów i kończy tę szczęśliwy etap życia Maksa. Maks poszukujący zemsty staje się stara się rozpracować główną rodzinę Punchinello – która odpowiadała za rozprowadzanie Valkiri narkotyku, jakim między innymi naćpani byli owi wcześniej wspomniani ćpuni.

Gracz przejmuje kierowanie Maksem, w pewną zimową noc, kiedy to pogoda skłania mieszkańców do pozostania w domach, a sam Maks zostaje wrobiony w zabójstwo swojego przyjaciela. Nie mając nic już do stracenia, Maks decyduje się dojść do swojego celu po trupach. W trakcie gry fabuła nieco się dodatkowo komplikuje (to nie wada), pojawiają się nowe wątki i między innymi postać Mony Sax (+jej siostra).

Sama opowieść jest ciekawa. Zrealizowana w postaci retrospekcji, gdyż jako intro oglądamy ostatnią scenę z tej gry. Fabuła jest może i liniowa, ale to nie przeszkadza w strzelance. . W grze nie ma przerywników filmowych, są za to krótki fotorealistyczne komiksy, oraz animacje wygenerowane na silniku gry. Tutaj wspomnę jeszcze o sekwencjach snów i halucynacji, które są kapitalne – choć skakanie po tych ścieżkach z krwii mnie denerwuje.

Jeśli chodzi o sedno gry – czyli walka, to jest ona świetna. Potrzeba uważania na siebie (Max łatwo może zginąć), sprawiają, że nie można wypaść za rogu i stać w miejscu strzelając we wszystko co popadnie. Dodatkowo leki leczą z pewnym opóźnieniem, więc trzeba troszkę się pogimnastykować. Max Payne jako jedna z pierwszych gier umożliwiała tzw. “bullet time” – obecnie dość popularny, więc nie ma potrzeby go przedstawiać.

Max Payne to świetna gra, choć krótka, dlatego też po ukończeniu pierwszej części wziąłem się za kolejną.

Max Payne 2: The Fall of Max Payne

A teraz coś z nieco innej beczki. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że druga część tej gry była tworzona z większym budżetem, i niestety z przeznaczeniem dla szerszego odbiorcy. To już nie był ten sam Max Payne co poprzednio. Pomijają twarz głównego bohatera (nie wiem po co ją zmieniali! Sam Lake pasował), zmienił się styl prowadzenia walk. Niby to samo, ale inaczej. Walki są prostsze, główny bohater wytrzymalszy, przeciwnicy słabsi (za to w większej liczbie) – co grę tę trochę odrealniło, nieco inaczej działa bullet time. Jak dla mnie mocny minus.

Ale dla równowagi pojawiło się kilka plusów – pierwszym jest fabuła. Świetna. Zręczne manewrowanie retrospekcjami i wątkami z poprzedniej części, oraz główny motyw “mrocznej miłości” (czy jakoś tak – z polskiego wydania gry). To właśnie dla tej fabuły grałem dalej. Z pozostałych plusów: wstawki humorystyczne. W grze obejrzeć można kilka odcinków serialu nakręconego na podstawie przygód Maksa z poprzedniej części gry, z sparodiowanymi komentarzami głównego bohatera. Ciekawym pomysłem było umieszczenie w grze odcinków serialu “Address Unknow” (można znaleźć na YouTubie), oraz całego parku poświęconego temu serialowi (mieszka tam Mona). Co to za serial? A pojawił się w pierwszej części i jak dla mnie zalatuje z nieco “Twin Peaksem”. W jedynce pojawił się też odcinek telenoweli “Lord And Ladys” i kreskówka “Baseball Bat Boy” – oba seriale pojawiły się w części drugiej, szczególnie ten drugi – jeśli ktoś pamięta jak skończył Vinnie Gognitti. Z innych różnic, Max nie już sam, w walce wspiera go od czasu do czasu Mona (możemy nią sterować).

W podsumowaniu, Max Payne 2 udowadnia, że sama fabuła jest w stanie trzymać gracza (no dobra – mnie) przy sobie pomimo kilku niedogodności.

Max Payne – film

W roku poprzednim wydano w końcu film na podstawie pierwszej części gry. Złe przeczucia miałem od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem harpie na trailerze. Niestety, nie pomyliłem się. Reżyser tego filmu, chyba patrzył na grę jednym okiem nie wiedzieć czemu poprzekręcał tak wiele rzeczy, że mało co w ogóle pasuje do pierwowzoru. Jako pierwsza różnica – Max to policjant zza biurka, nie tajniak jak w pierwszej części. Jim Bravura jest czarny (nie, że jestem rasistą, ale czyżby autorzy chcieli wprowadzać jaką “poprawność polityczną”?) i w dodatku pracuje w wydziale wewnętrznym (w grze był szefem Maksa). Przemilczę postać Mony (na razie), to nawet sama Valkiria zmieniła kolor (w filmie jest niebieska, w grze była zielona), mało tego, w filmie się ją pije, w grze podawana była dożylnie – o czym świadczą np. grafity widoczne też i w filmie, czyżby jakaś amerykańska ustawa antynarkotykowa zabraniała pokazywania strzykawek?

Powiedzmy nieco o samym filmie. Jak na film akcji, mało tu akcji. Właściwie to jakaś konkretniejsza strzelanina trafia się po godzinie filmu (może i ciut wcześniej…). Aktorka odtwarzająca Monę wygląda śmiesznie z tym swoim Uzi(?), również i w grze tego nie używała. Strasznie dużo uwagi poświęcono tu “metafizyce” narkotyku Valkiria – nie wiem po co to, mieli jakąś zniżkę na animacje tych harpii (Valkir – nieważne)?

Filmu nie warto oglądać. Zwłaszcza, jak się fanem gry. A jeśli się nim nie jest, to właściwie też nie bardzo jest co oglądać. Niewiele akcji, a jak już jest, to jest jakaś dziwna i nieskładna. Nie wiem do kogo miał trafić ten film…

Dla przeciw wagi zamieszczam link do bardziej pochlebnej recenzji tego filmu. Ja osobiście raczej nie widzę szans na sequel, no chyba, że “Max Payne – bramka numer 2” jaki reklamowy jest na tym plakacie– zapowiada się ciekawie.

10.000 BC

Nie wiem co mnie naszło, żeby to obejrzeć, ale przynajmniej jest temat na notkę. Zapraszam:

Fabuła opowiada o losach pewnego myśliwego i jego pobratymców. A… dzieje się, zgodnie z tytułem 10 000 lat temu – czyli nie jako w końcówce zlodowacenia, miejsce? Afryka zapewne. Główny bohater, to jak wspomniałem myśliwy, on i jego współplemieńcy – Yagahlowie – polują sobie na mamuty, nazywane tutaj pieszczotliwie – Manoki. Niestety tą radosną sielankę przerywa pojawienie się dziewczynki z niebieskimi oczyma, która zsyła na lokalną szamankę wizję najazdu czworonożnych demonów, końca plemienia i jednocześnie początku nowego, ale to w przyszłości. W miedzy czasie nasz protagonista musi zadbać o swoją wyjątkowo nadszarpniętą pozycję społeczną w plemieniu, ubiegać się o względy swojej przyszłej pani – tak, zgadza się, niebieskookiej i takie tam. No, ale tutaj na razie dość.

Uwaga: SPOJLERY

Zostaliście ostrzeżeni. Trochę słyszałem o tym filmie, przed jego obejrzeniem. Głównie o tym, jaka to spora dawka patosu i itp. No i opinie były te całkowicie prawdziwe, ja sam musiałem co pewien czas pauzować film, nie wyobrażam sobie jakbym wytrzymał w kinie. Przez jakieś pół filmu kojarzył mi się on z baśnią. Taką spamiętaną z dzieciństwa, o synu chłopa, rybaka etc, którego dobroć, szlachetność itp pozwala mu na końcu stać się księciem. Dosłownie w scenie z szablastozębnym spodziewałem się, że w tym zbliżeniu, to kot wypali jakiś tekst w stylu “za Twą dobroć i szlachetność dzielny myśliwy pomogę Ci, kiedy będziesz ego potrzebować“. Kot co prawda nic nie powiedział, ale zrobił co trzeba w odpowiednim czasie.

Druga część filmu kojarzyła mi się z innym filmem – Stargate (filmem, nie serialem). Czemu? Ot, niewolnicy w pocie czoła budujący piramidy na rozkaz boga, który podobno pochodzi z gwiazd (albo przypłyną z Atlantydy, mniejsza z tym). Brakowało mi tylko chodzących tu i tam Jaffa, no samych wrót. Nie wiedzieć czemu też, pewne motywy (długie paznokcie i kolczyki(?) dostojników) przypomniały mi o filmie Rapa Nui.

Trzeba by teraz podsumować… ta cała bajkowość, patos (scena kiedy odkrywają blizny dziewczyny i te słowa “myśliwy już wyruszył!“), te sceny w których ja wiem, co się stanie (np.: ostatnie chwile tego całego boga, ja wiedziałem, że on rzuci tą włócznią, potem już zastanawiałem się czemu jeszcze tego nie zrobił) i w ogóle… no cóż dobrze się to oglądało, czysta nie skalana wyższą myślą rozrywka. Ale tylko na jeden raz.