Max Payne w trzech odsłonach

Kto nie grał w Max Payna łapki w górę? Do niedawna sam bym ją podniósł, ale zdążyłem już nadrobić braki. Przez długi czas nie grałem z powodu posiadanego sprzętu, który nie był w stanie poradzić sobie z tą grą. Później, zwyczajnie studiowałem:) – znaczy miałem co innego na głowie. Ale obejrzana video recenzja na gaminatorze skłoniła mnie do zapoznania się z tą grą. Potem zgrałem w kolejną część, a potem jeszcze obejrzałem film – to ostatnie nie było może najlepszym pomysłem.

Max Payne

Na początku pokrótce przypomnę fabułę. Max Payne to glina z Nowego Jorku, który miał dom, żonę, córkę w kołysce i psa… no może bez tego ostatniego. Pewnego dnia jednak do jego domu wpadło kilka ćpunów i kończy tę szczęśliwy etap życia Maksa. Maks poszukujący zemsty staje się stara się rozpracować główną rodzinę Punchinello – która odpowiadała za rozprowadzanie Valkiri narkotyku, jakim między innymi naćpani byli owi wcześniej wspomniani ćpuni.

Gracz przejmuje kierowanie Maksem, w pewną zimową noc, kiedy to pogoda skłania mieszkańców do pozostania w domach, a sam Maks zostaje wrobiony w zabójstwo swojego przyjaciela. Nie mając nic już do stracenia, Maks decyduje się dojść do swojego celu po trupach. W trakcie gry fabuła nieco się dodatkowo komplikuje (to nie wada), pojawiają się nowe wątki i między innymi postać Mony Sax (+jej siostra).

Sama opowieść jest ciekawa. Zrealizowana w postaci retrospekcji, gdyż jako intro oglądamy ostatnią scenę z tej gry. Fabuła jest może i liniowa, ale to nie przeszkadza w strzelance. . W grze nie ma przerywników filmowych, są za to krótki fotorealistyczne komiksy, oraz animacje wygenerowane na silniku gry. Tutaj wspomnę jeszcze o sekwencjach snów i halucynacji, które są kapitalne – choć skakanie po tych ścieżkach z krwii mnie denerwuje.

Jeśli chodzi o sedno gry – czyli walka, to jest ona świetna. Potrzeba uważania na siebie (Max łatwo może zginąć), sprawiają, że nie można wypaść za rogu i stać w miejscu strzelając we wszystko co popadnie. Dodatkowo leki leczą z pewnym opóźnieniem, więc trzeba troszkę się pogimnastykować. Max Payne jako jedna z pierwszych gier umożliwiała tzw. “bullet time” – obecnie dość popularny, więc nie ma potrzeby go przedstawiać.

Max Payne to świetna gra, choć krótka, dlatego też po ukończeniu pierwszej części wziąłem się za kolejną.

Max Payne 2: The Fall of Max Payne

A teraz coś z nieco innej beczki. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że druga część tej gry była tworzona z większym budżetem, i niestety z przeznaczeniem dla szerszego odbiorcy. To już nie był ten sam Max Payne co poprzednio. Pomijają twarz głównego bohatera (nie wiem po co ją zmieniali! Sam Lake pasował), zmienił się styl prowadzenia walk. Niby to samo, ale inaczej. Walki są prostsze, główny bohater wytrzymalszy, przeciwnicy słabsi (za to w większej liczbie) – co grę tę trochę odrealniło, nieco inaczej działa bullet time. Jak dla mnie mocny minus.

Ale dla równowagi pojawiło się kilka plusów – pierwszym jest fabuła. Świetna. Zręczne manewrowanie retrospekcjami i wątkami z poprzedniej części, oraz główny motyw “mrocznej miłości” (czy jakoś tak – z polskiego wydania gry). To właśnie dla tej fabuły grałem dalej. Z pozostałych plusów: wstawki humorystyczne. W grze obejrzeć można kilka odcinków serialu nakręconego na podstawie przygód Maksa z poprzedniej części gry, z sparodiowanymi komentarzami głównego bohatera. Ciekawym pomysłem było umieszczenie w grze odcinków serialu “Address Unknow” (można znaleźć na YouTubie), oraz całego parku poświęconego temu serialowi (mieszka tam Mona). Co to za serial? A pojawił się w pierwszej części i jak dla mnie zalatuje z nieco “Twin Peaksem”. W jedynce pojawił się też odcinek telenoweli “Lord And Ladys” i kreskówka “Baseball Bat Boy” – oba seriale pojawiły się w części drugiej, szczególnie ten drugi – jeśli ktoś pamięta jak skończył Vinnie Gognitti. Z innych różnic, Max nie już sam, w walce wspiera go od czasu do czasu Mona (możemy nią sterować).

W podsumowaniu, Max Payne 2 udowadnia, że sama fabuła jest w stanie trzymać gracza (no dobra – mnie) przy sobie pomimo kilku niedogodności.

Max Payne – film

W roku poprzednim wydano w końcu film na podstawie pierwszej części gry. Złe przeczucia miałem od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem harpie na trailerze. Niestety, nie pomyliłem się. Reżyser tego filmu, chyba patrzył na grę jednym okiem nie wiedzieć czemu poprzekręcał tak wiele rzeczy, że mało co w ogóle pasuje do pierwowzoru. Jako pierwsza różnica – Max to policjant zza biurka, nie tajniak jak w pierwszej części. Jim Bravura jest czarny (nie, że jestem rasistą, ale czyżby autorzy chcieli wprowadzać jaką “poprawność polityczną”?) i w dodatku pracuje w wydziale wewnętrznym (w grze był szefem Maksa). Przemilczę postać Mony (na razie), to nawet sama Valkiria zmieniła kolor (w filmie jest niebieska, w grze była zielona), mało tego, w filmie się ją pije, w grze podawana była dożylnie – o czym świadczą np. grafity widoczne też i w filmie, czyżby jakaś amerykańska ustawa antynarkotykowa zabraniała pokazywania strzykawek?

Powiedzmy nieco o samym filmie. Jak na film akcji, mało tu akcji. Właściwie to jakaś konkretniejsza strzelanina trafia się po godzinie filmu (może i ciut wcześniej…). Aktorka odtwarzająca Monę wygląda śmiesznie z tym swoim Uzi(?), również i w grze tego nie używała. Strasznie dużo uwagi poświęcono tu “metafizyce” narkotyku Valkiria – nie wiem po co to, mieli jakąś zniżkę na animacje tych harpii (Valkir – nieważne)?

Filmu nie warto oglądać. Zwłaszcza, jak się fanem gry. A jeśli się nim nie jest, to właściwie też nie bardzo jest co oglądać. Niewiele akcji, a jak już jest, to jest jakaś dziwna i nieskładna. Nie wiem do kogo miał trafić ten film…

Dla przeciw wagi zamieszczam link do bardziej pochlebnej recenzji tego filmu. Ja osobiście raczej nie widzę szans na sequel, no chyba, że “Max Payne – bramka numer 2” jaki reklamowy jest na tym plakacie– zapowiada się ciekawie.

One thought on “Max Payne w trzech odsłonach

Comments are closed.