Pozdrowienia z Zony

No, skończyłem grę “S.T.A.L.K.E.R. Czyste Niebo” – wcześniej – dużo wcześniej – “S.T.A.L.K.E.R. Cień Czarnobyla“, dla którego “Czyste Niebo” jest prequelem. Podobno szykują część trzecią – jeszcze nie wiem, jak się miała do swoich poprzedniczek, podejrzewam, że będzie to midquel – no, ale… pożyjemy, zobaczymy.

Jeśli nie wiesz, kim są stalkerzy, gdzie leży Zona, lub tylko nie grałeś w S.T.A.L.K.E.R. to możesz obejrzeć film, który mnie skłonił do zagrania lub poczytać moją poniższą i skromną recenzję.

Sztoto?

Obie gry powstały w pewnym ukraińskim studiu o nazwie GSC Game World. Obie też rozgrywają się w tym samym miejscu, w tych samych realiach bazujących (bardzo) luźno na nowelce “Piknik na skraju drogi” Arkadija i Borysa Strugackich. Obie to strzelanki (z pewnymi naleciałościami RPG), nastawione bardziej na chowanie się za zasłony, korzystanie ze snajperki niż na bezpośrednią walkę. W polskiej wersji ciekawą cechą jest lektor nałożony na rosyjską (czemu nie ukraińską? wstydzą się?) ścieżkę dźwiękową. Choć, jak podejrzewam, podyktowane to było koniecznością zmniejszenia kosztów (lektor, nie język rosyjski), to jednak brzmi świetnie. A.. i jeszcze jedno: w obu polujemy na niejakiego Streloka, widać dość popularna postać. Fabuła głównych wątków jest dość liniowa – zwłaszcza w Czystym Niebie, ale wątki poboczne w postaci krótkich misji lub związanych z wojnami frakcji są zupełnie dowolne. No i przez większość gry nikt nas do niczego nie pogania, możemy więc łazić sobie po Zonie dość swobodnie.

Zona.

Jak wspomniałem, to tam rozgrywa się akcja gry. Zona, zlokalizowana nie gdzie indziej, jak w tej Zonie – terenach i okolicach sławetnej elektrowni w Czernobylu, odtworzonej jak twierdzą autorzy, bardzo dokładnie. Żeby było ciekawiej, w owej Zonie występują dość licznie anomalie – miejsca, gdzie nie do końca obowiązują normalne prawa fizyki. Choć zwykle nieduże, występują grupami, w zależności od rodzaju mogą Cię zabić, unosząc kilka metrów i zgniatając, albo popieścić prądem itd… Anomalie jednak produkują artefakty. Nazwa może i nieadekwatna, ale chodzi o niezwykle cenne twory o ciekawych właściwościach. To właśnie one (i Spełniacz Życzeń) przyciągają do Zony całymi chmarami stalkerów. Zona to też miejsce zamieszkania licznych mutantów i … powiedzmy, że niewiele jest w stanie zdziwić jej mieszkańców – choć mnie zaskoczył widok ciała Waleriana (szefa jednej z frakcji) kilkanaście kilometrów od miejsca, w którym potem sobie z nim pogadałem i z którego w ogóle się nie rusza.

“Zgłaszajcie o wszelkich przypadkach stalkerstwa”

Zona bez stalkerów nie była by tą samą Zoną. A sami Stalkerzy to ludzie, którzy wylądowali w Zonie i próbują się wzbogacić poprzez sprzedanie znalezionych przezeń artefaktów. Niektórzy też żyją z okradania innych, co niekoniecznie się owym innym podoba. Z czasem połączyli się w różne frakcje, czasem walczące ze sobą. Gracz może się do niektórych z nich dołączyć.

Stalkerzy to prawdziwi twardziele. Śniadanie, obiad i kolacja to w zasadzie trochę chleba, konserwa i kiełbasa dietetyczna (w końcu o linię trzeba dbać), wszystko to popijają wódką lub lokalnym napojem energetyzującym. Nie zdziw się więc, że jak wpakujesz takiemu kilka kulek w głowę, to ten się otrząśnie i odda Ci ze swojego kałacha. Niektórych też nie ruszy to, że kolega obok został właśnie ustrzelony przez snajpera.

Jako ciekawostkę napiszę, że populacja Zony jest prawie w 100% męska (przynajmniej ta ludzka, nie wiem jak mutanty). Ledwo dwa razy w rozmowie możesz usłyszeć coś o kobiecie.

Czemu warto zagrać w grę STALKER?

Dla klimatu. Gra powstała na wschodzie, więc odczuwa się tu tą słowiańską aurę. Jest wódka, stalkerzy przygrywają sobie przy ognisku na gitarach, narzekają na wojskowych czy na Bandytów, albo na Powinność (jedna z frakcji). Sami wojskowi wcale nie są zachwyceni swoją obecnością w Zonie, więc niektórzy jak tylko mogą kombinują (jak wszyscy zresztą) – zdzierając np. łapówki za przejście… słowem – jest bardzo swojsko.

Sporo zabawy jest w wydobywaniu artefaktów z pól usłanych anomaliami, w takt skwierczenia licznika Geigera, gdzie prawie na oślep szukamy bezpiecznej ścieżki do artefaktu i z powrotem. Zwłaszcza w Czystym Niebie, gdzie dopóki do takiego nie podejdziemy, będzie niewidzialny (spokojnie, są detektory).

Niemniej emocji radości sprawia odnalezienie schowków, które porobili inni w wydrążonych pniach, starych skrzynkach itp. Ich lokalizację poznajemy poprzez przeglądanie PDA (każdy stalker ma swoje) poległych, możemy też wykupić ich lokalizacje. Tutaj należy pamiętać, że jest ona dwuwymiarowa, a przecież schowek może znajdować się na ziemi, nad albo pod nią – nie ma to jak wspinać się na szczyt komina tylko po to, żeby stwierdzić, że schowek jest jednak pod nim. Żeby nie było, nie traktuje to jako wadę, wprost przeciwnie.

Czas na wady

STALKER – zwłaszcza pierwszy powstawał dość długo. Były co do niego wielkie plany, jednak czas do premiery wydłużał się i wydłużał (chyba 5 lat w sumie), w końcu postawiono go wydać mimo tego, że wciąż dużo było niezrealizowane. Nie ma więc kilku rodzajów mutantów, mimo, że na oficjalnej stronie są trailery z ich udziałem, pojawiają się jako halucynację. Nie tylko faunę spotkało wycięcie z finalnej wersji gry. Usunięto niektóre tereny, możliwości. Te rzeczy są odkopywane teraz (właściwie były) przez moderów – jeśli ktoś polubi klimat STALKERa może sobie poszukać efektów ich starań i zainstalować. Co ciekawe sami twórcy udostępnili wersję, która jeszcze nie została tak bardzo pocięta, ale również nie jest też połatana.

Niestety jest jeszcze jeden wielki minus pospiesznego wydania: bugi. O ile w Cieniu Czarnobyla nie odczułem ich zbyt bardzo, to w Czystym Niebie co chwile coś się krzaczyło. A to bezgłośna burza ze słyszalnymi piorunami, dopiero po której zaczynamy słyszeć padający deszcz (choć już go nie widać), albo wspomnieć ten nieszczęśliwy skład na Wysypisku, który zdobyłem coś z pięć razy z wielkim trudem, bo po pierwsze oddział, który miał go zabezpieczyć, zaklinował się przy wejściu, a po drugie co chwilę chowała mi się broń. O padach gry, czy o tym, że po instalacji trzeba było wynaleźć najnowsze łatki, żeby w ogóle tą grę uruchomić, to już nie wspomnę.

Do innych wad należy brak możliwości swobodnego łażenia po terenie elektrowni, mieście Prypeci, czy mocne uproszczenie (nie można wchodzić do budynków i przechodzimy tylko przez kawałek miasta) Limańska. Te lokacje odwiedzamy pod koniec gry, gdzie jak to ujął jeden ze spotkanych najemników “odwala się tu regularna wojna“. Ciężko podziwiać widoki jak się wypatruje snajperów, oddziałów Monolitu (inna frakcja w grze), wojska i co chwile aplikuje sobie środki antyradiacyjne.

Apokalipsa

Tak nazywać ma się kolejna z serii. Jak na razie dostępna jest lista założeń i logo. Nie do końca jest w sumie pewne, czy ta gra się pojawi. No, ale jeśli chodzi o mnie, to wolałbym, żeby usprawnili i rozwijali to, co zakładali w dwóch pierwszych grach, a dopiero potem brali się za innowacje.

Podsumowanie?

Warto zagrać. Mimo wszystko.

Moje poprawki do Arthemia

Lista moich poprawek do szablonu Arthemia. Edytujemy plik style.css.

  • Wystające tagi “em” w miniblogu, w linii 625:

    #sidebar-miniblog em {position: absolute;right:5px;font-style:normal; font-weight: normal; font-size: 0.9em;}

    Należy dopisać h4 przed em:

    #sidebar-miniblog h4 em {position: absolute;right:5px;font-style:normal; font-weight: normal; font-size: 0.9em;}

  • Duża czcionka w polu wpisywania komentarza – z tym to jest jazda, jak zmniejszyłem font-size elementu textarea#commbody do 1.5em to ładnie wyglądało w przeglądarce Firefox, ale czcionka w Operze dalej była za duża. Zmniejszenie do 1em powodowało, że pod Firefox wychodziło to bardzo małe. Tutaj pomógł powrót do korzeni – w tej wersji Arthemia nie posiada żadnych ustawień czcionki w elemencie textarea#commbody.

No, zobaczymy jak radzi sobie miniblog z tagami “code” i “pre”

EDIT: no… wywaliłem elementy pre. To będzie wyższa szkoła jazdy…

Zalety systemów z rodziny Windows

Dziś nieco awangardowo, będę pisał o zaletach, jakie posiadają systemy Windows, szeroko znane i lubiane przez masy (w tym ciemne) użytkowników. Tak. Dobrze czytacie, będzie o zaletach Windowsów. Pisząc tą notkę trzymam się dwóch założeń; po pierwsze, notka jest o systemach z rodziny Windows, nie o firmie czy ludziach za ich powstanie odpowiedzialnych. Drugą zasadą ma być: “De Windows aut bene, aut nihil“, czyli co by mi się złego o nim nie nasuwało, postaram się tego nie spisać. Inna sprawa, że będzie trudno – no i notka będzie dużo mniejsza.

Przyczyny

Kiedy czytam czyjeś ostre stanowisko w pewnych sprawach, zawsze zastanawiam się, czy autor(ka) tej opinii jest w stanie przedstawić jej wady oraz czy potrafi wskazać “plusy” w opinii przeciwnej. Dla przykładu: cofnijmy się kilka lat w przeszłość. Mamy przedednie referendum o wstąpieniu do UE i zagorzałą dyskusję, czy wejść czy nie. Co odpowie eurosceptyk na pytanie “jakie ma plusy wejście Polski do Unii?”. Zapewne spora część odpowie (odpowiadała) “żadne!”, no i wiemy, że mamy do czynienia z fanatykiem, który nie myśli, ale powtarza jakąś propagandówkę. Tak samo można postąpić z “euroentuzjastą” (tylko pytanie zmienić). Czasem jednak odpowie konkretniej. I wiemy, że przynajmniej zastanowił się nad swoim stanowiskiem. Ta notka właśnie jest moim własnym sprawdzianem: czy jestem neofitą idei OpenSource, czy po prostu wybrałem rozwiązanie lepsze. Zacznijmy!

Jest kolorowy i ładny

To pierwsze, co mi przyszło na myśl, kiedy przyjdzie mi wymieniać zalety Windows. Windows nie był pierwszym system o graficznym interfejsie, nie jest też jedynym (zwłaszcza dziś), ale jest. Np. wiele osób uważa gradienty Visty za śliczne i warte posiadania, inni wolą design MacOS – kwestia gustu.

Jest popularny

Tak. To pierwszy poważny argument. Nie da się ukryć, to najpopularniejszy system operacyjny na komputery osobiste. Zwłaszcza w tak magicznym kraju jak naszym. Są osoby na świecie, które nawet nie są świadome tego, że istnieje alternatywa do Windows (między innymi: polscy politycy….). Wciska się go wszędzie, gdzie można. Kiedy na poczcie, w urzędzie lub u lekarza patrzę na DOSowy (przynajmniej patrząc na interfejs) program uruchamiany na jakimś XPeku, to skłania do myślenia. Dostajemy go często do komputera (czy laptopa) i co gorsza wliczonego w cenę i nierozerwal…. sorry.

Co tu jeszcze….

Nastała chwila ciszy, pospiesznie przeszukuję swoje wspomnienia związane z Windows wyszukując tam argumentów, jakich nie spisałem wyżej. Dobra, coś jest.

Są gry! (i inne programy też)

Ten argument tak naprawdę wynika z popularności. Nawet zastanawiałem się, czy pisać go jako osobny, czy dopisać go wyżej. Właśnie dlatego, że Windows jest używany niemal powszechnie, to właśnie na niego wydawane są gry i liczne inne aplikacje, których nie można uruchomić potem na innych systemach (pomijam Wine). Sam z tego właśnie powodu trzymam na dysku ten system i nawet czasem go uruchamiam. Brak Windowsa w firmie oznacza kłopoty, ewentualne sporo papierkowej roboty (programy związane z Urzędem Skarbowym). Wracając do gier, nie wiem, jak Wy, ale ja to widzę, że gry zaczynają odpływać w kierunku konsol – być może trzeba się spieszyć miłować ten plus Windowsa.

Jest prosty w użyciu

Ten argument powinien się znaleźć nieco wyżej, ale przytaczam je w kolejności skojarzenia. To duży plus. Zwłaszcza dla tzw. “target group”… – jak napisałbym, jak byłbym złośliwy, ale nie jestem, więc nie napiszę:P … Wielu użytkowników systemu Windows nie bardzo wie, czego używa, nie zna też jego możliwości (i ceny – no, nie oszukujmy się, piractwo nie jest marginesem. Inna sprawa, że wiele osób nawet nie wie, że coś ukradła – dobra, temat na inną notkę). Ale zupełnie to im nie przeszkadza go użytkować. W Windowsie nikt im nie karze wklepywać tajemnych symboli do tej abominacji – konsoli! Większość programów ma instalatory i działa od razu, bez problemów. W połączeniu z punktami opisanymi wyżej daje to wystarczający powód tzw. prostego człowieka.

Pozwolę, sobie tu jednak zauważyć, że Windowsy nie są jedynymi prostymi systemami. Nie używałem nigdy komputera Mac, ale słyszałem, że to system dla idiotów, znaczy bardzo prosty – pomijam więc go (bo nie znam się na nim, nie dlatego, że podobno jest dla idiotów). Używałem kilku systemów z rodziny Linux i jeśli go dobrze skonfigurować (dowolnego Linuksa) to będzie bardzo prosty w użyciu. Ubuntu jest bardzo proste, nawet dla niekumatego użytkownika – nic jednak nie zastąpi aplikacji i popularności Windows.

Z niego są pieniądze

Ten argument usłyszałem od osoby, która podzieliła się ze mną również swoimi uwagami odnośnie komputerów Mac (“są dla idiotów“). Owszem, z Windowsa są pieniądze, ale nie dla jego użytkowników – tylko dla jego dystrybutorów (i to zakładając, że użytkownicy nie ściągną go sobie sami).

Tu zapewne ktoś chciałby wpaść mi w zdanie i powiedzieć: “ale jak to?! A pomoc techniczna!“. Słusznie, ale tak naprawdę to wynika z popularności. Sprzęt psuje się niezależnie od systemu (no, czasem jakieś zależności są). A gdyby inny system był tak rozpowszechniony, to “z niego byłyby pieniądze”. Dziś jednak to Windows jest “na topie”, więc argument jest. Kurcze… zapomniałem, ile kosztuje godzina pomocy technicznej, z oficjalnego cennika…

Jak można żyć bez Painta i Pasjansa?!

Ten podpunkt traktuje o programach, jakie dostajemy na dzień dobry w systemie. Chyba każdy kojarzy te aplikacje: Paint, kilka gierek, Media Player, Internet Explorer itd… nie jest tego wiele, ale jest. Są one obecne po instalacji systemu i wliczone w jego cenę.

Powstrzymam się tu od ich oceny… bo jak pamiętacie, miałem albo dobrze, albo wcale. I dodam, że jest to argument bardzo mizerny, np.: Ubuntu oferuje znacznie więcej.

To nowoczesność!

Tak uważa wiele osób, zwłaszcza te, które nie wiedzą o istnieniu alternatyw. Ja tu miałem raczej coś innego na myśli. Twórca Windows, pewna firma z Redmond, rozwija wiele projektów tylko i wyłącznie na Windowsie. Całkiem sporo z nich jest dziwnie znane wielu bardziej zaawansowanym użytkownikom jako udane, lub nie, kalki istniejących rozwiązań. Przykładem jest np.: .NET, mocno inspirowany Javą, są różne opinie o nim, ja powstrzymam się od swojej, bo nie o tym miało być tu pisane. Wiele z tych projektów firmy Microsoft jest teraz bardzo popularnymi programami i znowu mamy problem, kiedy inni zmuszają nas (osoby używające innych systemów) do męczenia się z jakimiś dziwnymi … no dobra – miałem siedzieć cicho. Do czego zmierzam, nie tylko MS tworzy nowe rozwiązania z myślą o Windowsie. Dobrym przykładem może być Flash, dziś co prawda jest dostępny i na inne platformy, ale nie tak dawno temu było z nim nieco problemów. Jak słusznie zapewne zauważyliście, to kwestia popularności – ciekawe, czy sam MS wydawałby swoje nowe rozwiązania for-Windows-only gdyby powszechne byłyby Linuksy, pewnie nie – zależy jak bardzo byłyby owe Linuksy popularne.

Brak problemów ze sterownikami

Przyznam, że początkowo uznałem, że mieści się to w prostocie i… tak! w popularności oraz dostępności oprogramowania. Producenci sprzętu (jak i producenci aplikacji) tworzą wszak sterowniki do najpopularniejszego systemu dostępnego na rynku i czasem pomijają potrzeby innych użytkowników. Stąd na czymś innym niż na Windzie raczej nie poszalejemy z nowiutkim, szpanerskim sprzętem lub sprzętem, który jest bardzo mało popularny.

Jest zamknięty

Wiele osób uważa, że zamknięty kod to gwarancja bezpieczeństwa systemu. Ta… a te … wszystkie popularne małe programiki, które mają nazwy zaczerpnięte z biologii, są na to żywym dowodem. Niezbyt to poważny argument, ale słuchałem już osób, które uważają go za całkiem sensowny. Znalazł się więc i w tym zestawieniu.

On był tym pierwszym

Szkoda, że system nie ma rodzaju żeńskiego, bo wtedy zabrzmiało by lepiej:) No… W sumie to brzmi to odpowiednio dla większości Pań i części Panów.

Nazywam się Sigvatr i ja też zaczynałem od Windowsa – tu chyba reszta grupy bije wtedy brawo… tak mi się skojarzyło. Nie bądźcie tacy święci, wiele osób tak zaczęło swoją przygodę z komputerami PC. Chyba, że zaczynało się od MsDOSa:) To w ogóle nie jest argument, bo sentyment nie jest zaletą systemu, a nawet jeśli ktoś się uprze, to wynika to z popularności.

Podsumowanie

Czy jestem więc wojującym fanatykiem? Czy może, jak kto woli “romantykiem”? Z mojego zestawienia w zasadzie wynika jeden plus systemu Windows: popularność. To z niego wynikają inne – tak z grubsza patrząc. Czy ktoś zna jeszcze jakieś plusy systemów Windows? I czemu Windows zawdzięcza swoją popularność, czy nie temu, że jest wspaniały? Nie, raczej prawom rynku, ale o tym nie dziś. Czy to całe zestawienie oznacza, że Windowsów należy używać? Nie. Są lepsze rozwiązania.

Niemniej jednak, czy tego chcemy, czy nie, trzeba uświadomić sobie istnienie tych rzeszy, błąkających się w ciemnościach, które razi światło Słońca i którego się boją. Ci biedni Morlocy nie wiedzą, jak pięknie może być w jego świetle i tym samym więżą w tych ciemnościach innych.

Na koniec

Moje zestawienie jest subiektywne. Co zresztą widać. Uważam jednak, że wydobyłem więcej obiektywizmu niż niektórzy autorzy podobnych zestawień (choć akurat nie o zaletach Windowsów). Chętnie zapoznam się z trzeźwą argumentacją, nawet przeciwną do mojej.

Harry Potter and the Prisoner of Azkaban (1999)

Pomyślałem, że nie głupim pomysłem będzie w końcu przeczytanie czegoś nietechnicznego i dłuższego po angielsku. Wybór padł na rzeczoną książkę z kilku powodów: leżała na wierzchu, książka jest dla nieco starszych dzieci, więc nie powinno być z nią problemów większych, nie czytałem też jej polskiego tłumaczenia.

No i poszło mi całkiem nieźle. Co prawda masy słówek nie znałem, ale nie przeszkadzała mi to w zrozumieniu całości – ufff… te kilkanaście lat nauki języka nie poszło jednak na marne. W pełni też doceniłem pracę polskiego tłumacza tekstów pani Rowling (“Tiara Przydziału” brzmi zdecydowanie lepiej niż “Sorting Hat“). O dziwo też przełknąłem udziwniony angielski – sposób w jaki np. wypowiadał się Hagrid.

Oszczędzę sobie przytaczania fabuły. Właściwie to można stwierdzić, że jestem za stary na tą książkę. Uderzyło mnie też tam traktowanie Mugoli (zwykłych ludzi, nie-czarodziei) przez autorkę – chyba ma ona jakiś uraz do reszty społeczeństwa, bo prawie każdy Mugol w tej powieści i poprzednich, jest lekko odstający od przyjętej powszechnie (“naszej”) normy. Sami czarodzieje, też traktują Mugoli jak niedorozwojów, ale nie przeszkadza im to korzystać (w ograniczony mocno sposób) z ich postępu technologicznego (np.: jeżdżą pociągami, samochodami, jedzą czekoladę). W sumie to dziecinni są i sami czarodzieje… za stary na to jestem i tyle!

W przyszłości może wezmę się za oryginał Pratchetta, podobno tłumaczenie nie oddaje w pełni jego książek.

Spiesząc się na pociąg

Wpadłem na peron, rzucam się w stronę kas. Była tylko jedna otwarta, a stała przy niej jakaś babcia z dziadkiem obok. Stanąłem więc za babcią, która kupowała bilet. Przez megafony zapowiedziano mój pociąg. Atmosfera zrobiła się nerwowa.

– Gdzie tam podjeżdża, jeszcze cztery minuty – skomentował Dziadek zapowiedź.
– To z głupoty. Co to się porobiło. – lamentowała Babcia przy kasie – Jak to jest, że do Krakowa to inny przewoźnik, a do Przemyśla inny? – rzuciła kasjerce pytanie – Jeden kraj a tu tylu przewoźników!
Rozważałem przez chwilę, czy się nie odezwać, ale darowałem sobie. Kasjerka nieśmiało zauważyła, że to i tak jeden pociąg.
– To rządzą Żydzi! – podsumował całkiem serio Dziadek – chcą całkiem Polskę rozwalić.

Na szczęście otwarto drugą kasę. Choć kasjerka nie miała jak wydać, prawie na styk mi drobnych wystarczyło. Uff.. zdążyłem.

Biegnij Lola biegnij (1998)

Wybiję się nieco z tematu dnia – tj. “żałoba narodowa” – i napiszę co nieco o obejrzanym przeze mnie dziś – “Biegnij, Lola biegnij“. Wspomnę też nieco “Przypadek” z 1981, który obejrzałem jakiś czas temu.

Lola to młoda dziewczyna z czerwonymi włosami, która ma jakieś 20 minut na zdobycie 100 tysięcy marek – na pokrycie kwoty jaką zgubił jej chłopak w metrze. Jest też swojego rodzaju prekursorką parkour, bo przemieszcza się za pomocą biegu. Bohaterka ta ma jeszcze kilka innych ciekawych właściwości, ale co będę psuł film komuś kto go jeszcze nie oglądał.

Na film “Biegnij Lola biegnij” składają się cztery części. Krótkie wprowadzenie i trzy pozostałe, z których każda przedstawia alternatywny bieg wydarzeń po wprowadzeniu. Zaczynają się od tego samego momentu, rozwijają tak samo, ale w pewnym momencie odróżnia je jeden drobny szczegół, który jak się okazuje rzutuje na wszystkie przyszłe wydarzenia.

Przyjęło się mówić, że taka budowa filmu to kalka właśnie z “Przypadku” Kieślowskiego. Owszem, technicznie jest bardzo podobnie. Różnic jest całkiem sporo. Film o Loli to film wartki, ani się obejrzysz, a tu już napisy końcowe się pokazują (trwa 81 minut), po za tym jest pocięty gorzej jak emo w depresji (średnia długość ujęcia, jak podaje FilmWeb, wynosi 2.7s), a w tle leci całkiem przyjemna muzyka (całość może się nieco kojarzyć z teledyskami). Film Kieślowskiego jest dłuższy i poważniejszy; przedstawia on różne trzy drogi jakie mógł wybrać główny bohater, a których wybór zależy od czystego przypadku (do wyboru: kariera w partii, w opozycji, lub neutralna). Wszystkie trzy jednak źle się kończą dla głównego bohatera, więc można by uznać, że ten film jest o tragizmie i nieuchronności ludzkiego losu. “Biegnij Lola, biegnij” ma szczęśliwe zakończenie (tak, to spojler).

O czym jest film “Biegnij Lola, biegnij”? Można by powiedzieć, że ilustruje teorię chaosu, czy tzw. “efekt motyla“. Ponieważ drobne zdarzenia drastycznie zmieniają nie tylko los Loli, ale także tych których pospiesznie mija (bądź na nich wpada). Podobno jest to też film o miłości. Pewnie stąd te sceny “łóżkowe” (nie zapalajcie się, to dialogi nie akcja), mają one reprezentować bardzo samolubne postrzeganie związku przez bohaterów. Ale co ja tam o tym wiem.

Podsumowując “Biegnij Lola,…”, choć niemiecki film, to nie trzeba oglądać po kryjomu i można zobaczyć z rodzicami… no, żartowałem. Jeśli ktoś lubi nie do końca poważną fabułę, szybką akcję, trochę komedii to proszę bardzo. Obejrzeć z sympatią można, czemu nie. Ot taki fajny film na wieczór.

Nowy gracz – Eryk Algo (2003)

Mam tak czasem, że lubię wypożyczyć jakąś starą, zwykle polską książkę SF. Starą, to znaczy, napisaną i wydaną jeszcze za poprzedniej Rzeczypospolitej – Ludowej znaczy (nie uznaje tych retorycznych wygłupów poprzedniej ekipy rządzącej). Tak było i kilka miesięcy temu, kiedy wypożyczyłem sobie książkę, której nazwa zdobi tytuł tej notki.

“Nowy gracz” nie jest jednak produktem z nie-do-końca-przeminionej epoki. To powieść współczesna, co uświadomiłem sobie, dopiero, jak zacząłem ją czytać. Zmyliła mnie okładka, na którą rzuciłem tylko raz okiem – nie ocenia się książki po okładce, co nie?

Tym razem odpuszczę sobie pisanie streszczenia, czy recenzji, bo w sumie nie dopisałbym nic ponadto, co zostało napisane na stronie polter.pl. Jeśli kogoś interesuje ta pozycja bardziej, może też zajrzeć na stronę autora. Wspomnę tylko, że powieść ta rozgrywa się we “wczesnym cyberpunku”, bo sieć jest wszechobecna w tym świecie, ale wciąż znajduje się ona poza ludźmi, nie w nich, jak to jest w powieściach Gipsona (czyli: jednym krzemem osobistym, jest rozbudowana komórka, nie wszczepione implanty) – co jest oczywiście moją skromną uwagą.

Nie wiem jak się ma sprawa z kolejną, nie wiedzieć też czemu, piątą powieścią tego autora (kto zajrzy na okładkę, ten zrozumie). Na stronie pisarza w stopce znajdziemy napis 2003-2008, więc może coś z tego wyjdzie. Bo zapewne zainteresuję się tą pozycją.

Jak pisałem w poprzedniej notce, moje drobne skrzywienie zawodowe, skłoniło mnie do oceny tej książki od strony informatycznej. Odniosłem wrażenie, że autor słabo zna się na informatyce. No nie tak znowu słabo; zna się na programowaniu, nieco na ruchu sieciowym i bezpieczeństwie, ale mimo wszystko, nie odczuwa się tej eksperckiej wiedzy. Może specjalnie autor nie wrzucał tam tam takich hardcorowych technikaliów. A może na mój osąd wpłynęły fragmenty tłumaczące zasady działania kompilatora, czy przedstawienie jako rewolucyjnej idei algorytmów genetycznych, oraz najstraszniejszy fakt (:P), że autor zna tylko systemy z rodziny Windows (potwierdza to wizyta na jego stronie domowej).

Wykreowana przez autora wizja świata jest dość rzeczywista. Być może faktycznie kiedyś będziemy korzystać z doxerów, zamiast klawiatur i myszy (jednak to dziwne, że programistka dyktuje program niż pisze go i czemu nie używał języka skryptowego? przecież się spieszyła). Wizja ta powoli zbliża nas do świata znanego z książek Gipsona, świata, gdzie właściwie to korporacje z dużym kapitałem rządzą i robią co chcą.

Niemniej jednak, ja zostałem przez tą książkę pochłonięty i chętnie przeczytam kolejną. Nawet jeśli nie będzie już bestsellerem 2019… (tu też trzeba zajrzeć na okładkę).

Skrzywienie zawodowe?

Zauważyłem szyld dzisiaj, o następującej treści: “Wszystko po 5 i 6 zł“. Moment, jak to “i“, pomyślałem sobie, przecież koleś nie daje równocześnie ceny 5 zł i 6 zł na każdy produkt, powinno być “lub“: “Wszystko po 5 lub 6 zł“.

No właśnie – czy mam racje?

Cups-pdf nie działa świeżo po instalacji (Ubuntu)

Wczoraj wieczorem, naszła mnie nagła potrzeba wydrukowania pliku do PDF, potrzebowałem czegoś, czego odpowiednikiem na systemie Windows jest zwykle PDFCreator.

W Ubuntu jest coś takiego, nazywa się to cups-pdf i jest dostępne w repozytorium. Tak więc instalacja polegała na wstukaniu:

sudo apt-get install cups-pdf

No i trzeba by jeszcze zrestartować CUPS. U mnie (Ubuntu 8.10):

sudo /etc/init.d/cups restart

U mnie, bo na niektórych notkach, na których się wzorowałem polecenie dotyczyło cupsys, nie cups.

Jak do tej pory wszystko gra i buczy. Tylko nic się nie drukuje. Status drukarki wskazywał na:

Bezczynna - /usr/lib/cups/backend/cups-pdf failed

Ponieważ nie chciałem marnować tak pięknego wieczora, po kilku nieudanych próbach szukania pomocy zostawiłem to sobie na rano. Mówi się, że sen przynosi rady. Mi akurat nic nie przyniósł w kwestii mojej pedefowej drukarki, ale rankiem trafiłem na notkę Bazyla.

To akurat wyszło bardziej przez przypadek, niż z treści wspomnianej notki, ale okazało, że zawinił brak folderu PDF w katalogu użytkownika. Standardowe ustawienia z pliku /etc/cups/cups-pdf.conf nakazują generować pliki PDF właśnie do katalogu ~/PDF. Można to zmienić edytując ten plik.

sudo vim /etc/cups/cups-pdf.conf

I tak skończyła się moja batalia z wirtualną drukarką. Ciekawe, jak Ubuntu rodzi sobie z prawdziwymi. W sumie z okazji świąt mogę się tym pobawić…

Życie po śmierci

Późna pora, oraz właśnie obejrzany film “Dead Girl” (po polsku: “Siedem żyć“), jak również film “The Fountain” (z angielskiego.: “Źródło“), który obejrzałem kilka tygodni temu, wprowadziły mnie w filozoficzny nastrój. Krótko o życiu po śmierci.

Myślałem, że “Dead Girl” będzie jakimś głupiutkim horrorem, który można sobie bezstresowo obejrzeć, a tu proszę trafiło się coś ambitniejszego. Fabuła podzielona jest na kilka osobnych opowieści, które łączy tytułowa bohaterka – w większej części jej porzucone ciało. Staje się ono powodem dla którego szara myszka tłamszona przez swoją matkę postanawia w końcu żyć. Pozwala innej dziewczynie w depresji po stracie siostry, pogodzić się z jej zaginięciem i również żyć itd. Pomijając już fakt mrówek jakie znalazły się na ciele, oraz bujnie rozwijającego się życia wewnątrz.

W wspomnianym “Źródle” mamy trochę inny, ale podobny motyw. Chora na raka kobieta, znajduje pewnego rodzaju pocieszenie w mitologii Majów i w symbolicznym odrodzeniu poprzez zasadzenie drzewa na swoim grobie, obietnicy odrodzenia się.

A jeśli już o “Źródle” mowa, nie wiem czemu zaznacza się, że jest to film sf, czy historyczny. Jak dla mnie, motyw “historyczny”, czyli poszukiwanie przez hiszpańskiego konkwistadora Drzewa Życia, to oczywiście fikcja z napisanej przez Izz książki. Sam motyw sf – “podróży kosmicznej” uważam, za wyobrażenia jej męża, obraz jego starań ocalenia swojej ukochanej.

“Źródło” traktowało o nieuchronności od śmierci, oraz o tym, że należy się z tym pogodzić, by móc żyć dalej.

Jest wiele filmów, książek itp poświęconych omawianej tematyce. I pojawi się zapewne jeszcze kilka, naście tysięcy. Jest to w końcu najbardziej pierwotny powód istnienia większości, jeśli nie wszystkich religii. I raczej nie zniknie pewnego dnia, no chyba, że ludzie przestaną umierać. Nawet ateiści, którzy nie posiłkują się żadną filozofią, chcą aby ich życie (i śmierć) miało jakieś znaczenie.

Może i “Dead girl” nikogo nie pocieszy, ale zasadniczo jego przesłanie jest proste: żyj póki możesz.