Sky Captain and the World of Tomorrow (2004)

Ciekawy przyznam, powrót do starych filmów SF, z kultury USA, pamiętającej jeszcze pierwszą wojnę światową. Co oznacza, że będziemy tam mieć:

  • asa lotnictwa, przystojnego młodego wojskowego popijającego mleko z magnezem (pij mleko – będziesz wielki),
  • piękną i ponętną dziennikarkę (nie tak do końca eks powyższego) niebojącą się ryzyka, czy komisji etyki, w pogoni za sensacją,
  • złego naukowca z niemieckim nazwiskiem,
  • wielkie roboty pustoszące wspaniałe amerykańskie miasta (jeee!!!),
  • mały samolocik owego asa, którym ten je rozwala (buuuu…),
  • pistolety promienne (w zasadzie, to jest tylko jeden),
  • wiernego pomocnika głównego bohatera, który konstruuje mu różne zabawki w oparciu o czytane komiksy,
  • Product placement” pewnego napoju,
  • itd…

Wspominając jeszcze o epizodzie z Angelina Jolie z opaską na oku, czy o humorze i ładnej “grafice”, powiem tylko, że warto ten film obejrzeć. Zwłaszcza, jak się komuś podobały np. filmy (trzy pierwsze) z Indianą Jonesem.

Polecam dodatkowo tym, którzy lubią oglądać stare wojskowe samoloty, gdyż główny bohater spędza w swoim dużo czasu, ba, nawet nim pływa.

RoboCop 1987

Aż dziw bierze, kiedy zastanawiam się, czemu tak późno go obejrzałem. Może nie spodziewałem się wiele, po filmie, którego ogólne założenia mniej-więcej znałem. Jakoś tak wyszło, że przeglądałem sobie zestawienie najlepszych filmów fantasy/SF, w którym właśnie pojawił się wspomniany tytuł. Postanowiłem go obejrzeć. Właściwie to wszystkie trzy.

Robocop to film, którego fabuła rozgrywa się w niezbyt optymistycznej przyszłości. w mieście Detroit. Nikogo nie dziwi zwiększona przestępczość, co więcej. policja nie jest już instytucją państwową – należy do korporacji OCP. Korporacja, jak to korporacja, stara się ograniczyć wydatki, co sprawia, że policjanci zamiast pracować strajkują. Co oczywiście wykorzystują przestępcy itd… Powstaje więc koncepcja robota utrzymującego porządek.

Tutaj wychodzi na jaw pewnego rodzaju animozje, jakie dzielą kilku ważnych członków rady nadzorczej OCP. Jeden z nich premiuje własny pomysł – ED209 – robota, który nie do końca działa tak jak powinien, co wykorzystuje drugi i zgłasza swój pomysł – tytułowego Robocopa.

Jakby ktoś nie kojarzył, Robocop to cyborg, który zawiera doczesne szczątki pewnego przedwcześnie zmarłego gliniarza. Mamy tu więc wątek filozoficzny: co czyni nas ludźmi, czy Murphy (prawdziwe imię Robocopa) jest człowiekiem, skoro posiada program i dyrektywy? I tym podobne.

Tak ogólnie, to w pierwszej części naszemu protagoniście chodziło o zemstę na swoich zabójcach. W drugim właściwie chodziło o filozofię “maszyna, czy nie?”. W trzecim to raczej coś na kształt pytania “komu służę?”.

Za co warto obejrzeć te filmy? Po pierwsze, to za humor. Nie ma go za wiele, jest też dość wisielczy, ale mimo wszystko. Ciekawe jest też to, że we wszystkich filmach pojawia się ED209 i w każdym to dalej ta sama nie dopracowana maszyna, zgodnie z przepowiednią jego twórcy, że przecież nie musi on działać, byle się sprzedawał. Takich wspólnych elementów jest jeszcze kilka.

Drugą sprawą jest wizja przyszłości. Nie cierpi ona na nadmiar komputerów. Uznaje to za plus, pewnie liczy mi się to jako “skrzywienie zawodowe”. Zaciekawiła mnie też możliwość przejęcia na własność całego miasta przez korporację. Przerażające.. I jeszcze jedno, jako, że to film starej daty, nie ma takich krwawych scen przemocy, jakie są dzisiaj standardem. Sprawia, że całość nie polega na wylewaniu czerwonej farby wszędzie gdzie tylko maszerują bohaterowie.

Na zakończenie: To dobre filmy, zestarzały się z zgodnością i nawet dzisiaj nie zanudzą. Polecam.

Jak zainstalować obsługę MPI na Ubuntu?

Mam tu na myśli na jednym nie połączonej z innymi maszynami komputerze, który ma tylko jeden rdzeń. Podejrzewam jednak, że zadziała dla posiadaczy kilku.

Problem wydać mógłby się banalny, ale jednak już dwa razy nad nim siedziałem; raz przypadkiem trafiłem, a za drugim nie mogłem sobie przypomnieć co zrobiłem za pierwszym. Dlatego wolę to sobie teraz zapisać.

Message Passing Interface na Ubuntu, czy na innych dystrybucjach, jest zainstalować łatwo, trochę ciężko za to skłonić go emulowania równoległości. Jak instalowałem mpich, czy openmpi, to wyglądało to jakby ten sam program został uruchomiony ileś tam razy, z tym, że każdy z nich nie był połączony z zresztą – każda instancja postrzegała się jako uruchomiona samotnie.

Aby móc cieszyć się poprawnie działającym wynikami działania kompilatora mpicc, należy zainstalować pakiet lam4-dev:

sudo apt-get install lam4-dev

Powinno wystarczyć. Jakby się nie zainstalował automatycznie, to trzeba ręcznie dorzuć pakiet lam-runtime. “Klaster” inicjujemy przez wpisanie lamboot, od tej pory powinno działać polecenie mpirun.

Tak nawiasem: można też skorzystać z dystrybucji PelicanHPC GNU Linux, która jako przerobiony Knoppix uruchamia się z płytki, wzbogacona o liczne narzędzia do programowania równoległego.

Dodane:

Przykładowy plik Hello World dla MPI można znaleźć np. na stronie: Hello World MPI Examples (pierwszym wynik w Google). Uwaga! tam jest: int rank, size, a powinno być: int rank, size;.

Big Bang Theory

Krótki opis ciekawego sitcomu jaki ostatnio oglądam. Po polsku tytuł przetłumaczono jako “Teoria wielkiego podrywu”. Zapewne było to, według tłumacza, wielkim popisem komicznym. Można i tak. Fabuła zaczyna się od przedstawienia dwóch mieszkających za sobą fizyków; teoretycznego Sheldona Coopera i eksperymentalnego Leonarda Hofstadtera. Poznajemy ich krótko po tym, jak do mieszkania obok wprowadza się Penny, “zwykła” dziewczyna.

Nie trudno się domyśleć czym będzie się napędzać fabuła. Obaj fizycy i dwójka ich bliskich przyjaciół to typowo postrzegani jajogłowi. W dodatku przejawiają obsesyjne zainteresowanie wszelkimi filmami i serialami SF czy fantasy, komiksami oraz kilkoma grami komputerowymi. Jakby tego było mało, to wszyscy oni są naukowcami, co dodatkowo oddala ich od pojęcia “normalny człowiek”. Wynika z tego prosty wniosek: ich podboje miłosne – nawet sumaryczne – nie są bardzo udane.

W pierwszych odcinkach Penny przestawiona została jako głupiutka blondynka, a sami naukowcy jako banda niczego sensownego nie robiących dziwaków. Sheldon był niejako dojrzalszy od Leonarda, który rozochocony możliwą wspólną, być może krótką, przyszłością z Penny. Po pierwszym odcinku wiele z tego okazało się złudzeniem.

Serial ma kilka plusów: choćby postać Sheldona. Geniusza, który jest tego zupełnie świadom i stara się to uświadamiać otoczeniu, o ile uważa je za wystarczająco tego godne. Nie obcuje zbyt wiele z ludźmi, co sprawia, że obce są mu np.: pojęcie sarkazmu. Czy “cudze uczucia”. Ma on jeszcze wiele innych przywar, ale na pewno nie jest postacią nudną.

Za kolejny plus – mój prywatny – uznaje to, że cała czwórka to trekkies, jeszcze gorsza niż ja (słabo znam klingoński). Kilka innych plusów pozostawię do samodzielnego znalezienia.

Wspominając jeszcze na zakończenie o wiedzy naukowej, jaka pojawia się w tym serialu, to z tego zauważyłem, nie wychodziła po za treść książki “Krótka historia czasu” Stephena Hawkinga – przynajmniej jeśli chodzi o fizykę w pierwszym sezonie.

Podsumowując: mi się podoba. Chętnie zobaczę kolejny sezon. A… zapomniałem o open credis – krótkie (22 sekundy) streszczenie historii Wszechświata.

Zmierzch (2008)

Chyba mam w sobie więcej z emo, niżbym chciał przyznać. Obejrzałem sobie jakiś czas temu to słynne romansidło dla emo-dziewczynek. I co gorsza – w mojej opinii – nawet dało się obejrzeć. Czyżby nikt mnie nie kochał?

Tak się złośliwe złożyło, że obejrzałem “Zmierzch” (ang. “Twilight”) krótko po serialu True Blood, którego też wspaniałomyślnie opisałem. Warto o tym wspomnieć bo, oprócz tego, że obie produkcje bazują na książkach i w obu mamy wampiry, to jak się okazuje, mają jeszcze kilka wspólnych rzeczy.

Ale zacznijmy od bohaterki (o… w obu mamy bohaterkę – człowieka i jej kochanka – wampira). To nowa w mieście dziewczyna, która przyjechała pomieszkać z ojcem. Całkiem inteligenta przyznam. Nie tnie się, nie woła na prawo i lewo, że nikt jej nie rozumie, jest nawet całkiem sympatyczna. Ale jest też wyrzutkiem. To oczywiście element emo. Grupa docelowa tego filmu raczej nie identyfikowała by się z bożyszczem (bożyszczynią?) tłumów. Nie, bohaterka (i bohater) to musi być wykluczony z grona tych zwykłych zjadaczy chleba, którzy nie rozumieją z jak cenną jednostką przyszło im obcować np. w szkole. Zauważyłem jednak, że bohaterka sama się wyobcowała. Jej koledzy nie tworzyli zamkniętej kliki, do której dopuszczali tylko wybranych, chętnie przyjęli by ją miedzy siebie.

Nasza protagonistka woli jednak dołączyć się do innej grupki – szkolnych odmieńców, którzy również sami trzymają się na dystans od wszystkich. Ci przynajmniej mają konkretny powód. To wspomniane wampiry. Każde z nich żyje już bardzo długo, ale wciąż siedzą w szkole – to w końcu fizycznie ludzie młodzi. Tworzą razem rodzinę i unikają możliwości zdemaskowania, czyli unikają kontaktu z ludźmi. Wśród nich jest “On”.

Nie pamiętam już jego imienia. “Jej” zresztą też, ale to akurat nie jest mi do szczęścia potrzebne – wiadomo o kogo chodzi. On, jak się potem okazało potrafi czytać ludzie myśli, ale nie umie przeczytać Jej… zaraz, czy czegoś to przypadkiem Wam nie przypomina? Ta.. True Blood. Ciekawe, która książka była pierwsza. Może stąd wzięło mi się skojarzenie, że Jego pierwsza reakcja na jej widok, jak akurat przechodziła obok wiatraka bardzo przypominała zachowanie Jasona w komisariacie, kiedy przedawkował V.

Początki średnio romantycznie, ale w końcu się spiknęli. Oczywiście najbardziej erotyczną czynnością na jaką się zdecydowali to kilka pocałunków oraz wspólne leżenie. Emo raczej nie są starszymi dziewczynami. Chłopak – On – nie myśli cały czas o jej ciele, ogranicza się tylko do – powiedzmy czterech – jego litrów. Widać jest starej daty i uprzedzony, bo nie uważam, żeby traktowanie ukochanej jako czegoś na kształt obiadokolacji było przejawem romantyzmu. Tak, wiem, że się powstrzymał i w ogóle jego rycerskość, ta akcja w starej szkole baletowej etc, ale co on w niej widzi po za tym? Przez te sto pięćdziesiąt lat (nawet jako Amerykanin:P) zdołał by nieco dojrzeć mentalnie i szukać raczej starszych dziewcząt. Trochę to wszystko w sumie poplątane i jak widać przerasta moje możliwość pojmowania:)

Po wstępnych romantyzmach przychodzi na czas na odrobię akcji, jest nieco chaotycznie, rzeczy dzieją się szybko, może i nawet nie całkiem normalnie – ale to akurat nie traktuje jako wadę. Nie miał to być film przyrodniczy, tylko opowieść o byciu ściganym przez fanatycznego łowcę. W sumie niezbyt to ciekawe.

Jakby tu podsumować ten film? Nie jest taki zły. Może to dlatego, że spodziewałem się kompletnej szmiry, z pewnością film nią nie jest. Jest on kierowany jednak dla emo-dziewczynek, jak i podejrzewam sama książka na której podstawie powstał. I to widać. Samo w sobie nie skreśla go to. Raczej ogranicza krąg odbiorców. No, ale emo teraz jest modne, to i sukces był – w sumie nie sprawdzałem ile ten film zarobił.

No, a teraz dajcie mi ładnie komcie bo się potne. A jak nie dacie, to znaczy, że mnie, nie rozumiecie!!11 I nie kocham Was!!!1!
Pozdrowienia.

HP 6735s FU601ES – oesy w natarciu

Od kilku dni instaluje na tym lapku różne dziwne programiki. Z żalem muszę przyznać, że używanie Ubuntu bardzo mnie rozleniwiło, ten system praktycznie po instalacji ma już prawie wszystko co jest mu potrzebne – pozostają instalacje “niewolnych” sterowników, kodeków itp, oraz szczególne używane przeze mnie aplikacje. Windows z kolei, to niekończące się pasmo: “szukaj w necie”, pobierz, włącz instalator, klikaj dalej i uważaj, żeby instalator nie porobił kretynizmów w systemie (po kiego grzyba tyle badziewia pcha się do autostartu?), a jak już przepełza ten pasek, to nie, nie uruchamiaj się/nie uruchamiaj ponownie komputera. No, ale po kolei…

No to zaczynamy

Zacząłem od instalacji Windows. Jak wiadomo, ma on brzydki zwyczaj nadpisywania boot sektora. I – jak to Windows – zgrzyty. Po tym, jak w końcu miał raczyć mi wyświetlić menu “to czemu włożyłeś płytę z instalatorem”, wywalił mi biało na niebieskim, że on nie będzie ze mną współpracował i żebym sprawdził dysk – ok – restart, do BIOSu i uruchamiamy testy. Chwilę to trwało.

A skoro o BIOSie mowa, wbrew oczekiwaniu nie był taki “tekstowy”, z ramkami w ASCII. Całość jest graficzna, dość prosta, ale jednak + obsługa touchpada. Moja Pani tutaj okazała się zatwardziałą konserwatystką – BIOS bez ASCII, nie podobał jej się. Mnie nie przeszkadzał, dopóki można było dostać to czego się chciało. W miarę to się udawało.

Z tym Windowsem to miałem sporo zabawy, bo na początku myślałem, że winna jest płytka, więc wypróbowałem kilka. Potem jednak się wkurzyłem i zainstalowałem Ubuntu, które żadnych problemów z instalacją nie miało. Na wybrzydzający Windows pomógł stojący obok komputer, na którym wyszukałem, że trzeba zmienić w BIOSie "SATA Device Mode" na “IDE.

No poszedł jaśniepan… inna sprawa, że tym razem ja schrzaniłem sprawę i przez przypadkiem zainstalowałem go na FAT32. Co z kolei spowodowało, że całość nie dostrzegła pliku ntldr. Może go tam faktycznie nie było. Ponieważ nie chciało mi się z tym wszystkim bawić, to zainstalowałem go raz jeszcze – tym razem na NTFS – ufff… jest i Windows. W końcu.

Krajobraz po instalacji

Uruchomił się Windows i … pustka. Dokładnie, na tym systemie nic nie ma. Wszystko trzeba dociągać. A przede wszystkim – sterowniki. Te akurat udostępnia producent na swoje stronie, wstydliwie ukrywając go pod zbiorami przeznaczonymi dla Visty – a zapomniałem napisać – instalowałem XP. Jedyne co mogłem zrobić po pierwszym uruchomieniu to pooglądać swoją gębę z kamerki.

Taki widok po instalacji, bardzo mnie zaskoczył, zwłaszcza, że to po Ubuntu spodziewałem się problemów. Przypomnę, że to je pierwsze zainstalowałem. Dopiero po zainstalowaniu systemu Windows, mogłem zauważyć, że na Ubuntu na wstępie miałem skonfigurowanego touchpada, jakiś domyślny sterowniki karty graficznej (wyglądało to zdecydowanie lepiej od tego co wyświetlał mi Windows), połączenie sieciowe przez kabel itp. Pierwsze co zauważyłem, że nie działa to dźwięk. O nim napiszę trochę więcej później. A nie wiem też w sumie, gdzie jest kamerka obsługiwana w Ubuntu i czy działa.

Głębiej w las

Pomijając wtórność procesu instalacji sterowników na Windows, to w zasadzie nic trudnego, z wyjątkiem sterownika dźwięku. Żeby zainstalować sterowniki do tej karty, trzeba było najpierw zainstalować coś co się nazywa KB835221. Podobno dodają to do SP3, ale akurat tego dodatku moja płytka instalacyjna nie posiadała. Tutaj jednak dopowiem, że trzeba było najpierw wyszukać tej informacji i kiedy już zainstalował mi się sterownik dźwięku, gorzko zapłakałem nad losem tych, tzw. “zwykłych użytkowników” – żartowałem, po prostu zastanawiałem się jakby taki jeden z drugim sobie poradził.

A skoro już o dźwięku zacząłem – głośniki na tym laptopie są bardzo głośne… i to nawet na połowie głośności. A sam dźwięk – jak na moje przydeptane ucho – jest czysty. I dobrze, to było jedno z kryteriów doboru tego właśnie laptopa.

W Ubuntu sprawa z dźwiękami wyglądała na początku nieco tragicznie. Przynajmniej na początku, jednak po chwili poszukiwań natrafiłem na rozwiązanie. Należało na końcu pliku /etc/modprobe.d/alsa-base.conf dopisać: options snd-hda-intel model=laptop (mimo, że procek to AMD:P) i działa. Podobno, jakby podłączył słuchawki, to by działały. Akurat ich nie miałem, więc nie testowałem.

Na stronie producenta oprócz sterowników do XP, jest jeszcze kilka(naście) programów dodatkowych. Ja z tego zainstalowałem tylko wskaźnik baterii, bo Windows żadnego mi nie świetlał – może trzeba było go wyszukać? No, ale w Sapera na touchpadzie można było zagrać – polecam bicie rekordów!

Goście

Jak pisałem, luksus używania Linuksa, sprawił, że straciłem część użytecznych dla każdego “windziarza” instynktów i po jakimś czasie dopiero przypomniałem sobie, że wypadało by zainstalować coś co się zwie “antywirusem”. Na pierwszym skanowaniu pokazały się jakieś cztery robaczki.

Koniec na dziś

Oba systemy jakoś działają. Bardziej bezproblemowe w instalacji okazało się Ubuntu – chyba, że ta kamerka nie będzie działać. Jednak tak naprawdę instalacja to proces jednorazowy. Prawdziwy test, to dopiero przed nami – życie i jego problematyka. Ale to nie ja będę testował.

Do poczytania dla tych, którzy niedawno rozpakowali swojego hp6735s może się przydać:

PS

Tak sobie przypomniałem: wiatraczek jest nieco głośny, jak działa, a nie zawsze. Baterie trzymają jakieś 3 2h (sorry, nie zauważyłem pomyłki), na Ubuntu szybciej się wyczerpują, nie szukałem jeszcze jakiś rozwiązań.

EDIT: Posłowie

Kamerka w Ubuntu była skonfigurowana na dzień dobry. Sprawdziłem, bez problemów działał w Skype, czy w Cheese. A odnośnie baterii, to ostatnio w Windowsie wskazała mi 1.5h pracy – a była pełna. Po 10 minuta przełączyłem się na Ubuntu, które oszacowało, że bateria wytrzyma jeszcze 2 godziny z groszami – tutaj jednak nie testowałem.

HP 6735s FU601ES – pierwsze starcie

No i mam laptopa. Właściwie to nie mój, ja tylko pośredniczę jako – za przeproszeniem – serwis. Leży właśnie rozpakowany, ładuje mu się bateria. Oto wrażenia z zawartości pudełka:

No w pudełku był sam laptop, torba, kable, bateria, jakieś papiery, płytka – chyba z elektroniczą wersją tych papierów – i jedna nie potrzebna ulotka. Całość opakowana w folie i nieco styropianu. Klasyka. Po wypakowaniu, przeglądamy papiery (no mam być ‘inżynier’ – to zobowiązuje).

Makulatura

Co można znaleźć w pudełku:

  • “Computers Equipped with a FreeDOS Operating System” – krótki opis FreeDOS w jakiś dwudziestu ośmiu językach.
  • “HP Notebook Accessories” – taka ulotka z ofertą HP.
  • “Add more valuable extras!” – też ulotka.
  • “Rozpoczęcie pracy” – to jak mniemam instrukcja.
  • “Getting Started” – jak wyżej, tylko po angielsku.
  • “Ograniczona gwarancja i wsparcie techniczne” – wiadomo
  • jakiś świstek (też w 28 językach) o tym, że pod podanym adres można sobie poczytać o substancjach chemicznych

Sam laptop

Na wstępie zwróciłem uwagę na cztery porty USB. Porty są pogrupowane po dwa, po lewej i prawej ściance laptopa i leżą bardzo blisko siebie (na ściance) – bałem się przez chwilę, że okaże się, iż to tak naprawdę dwa porty USB + zapasowe. Jednak, na styk co prawa, ale udało się wstawić po jednej stronie pendrive razem z wtyczką od klawiatury, to rodzi nadzieję, że będzie aż tak tragicznie z tymi portami.

Jeśli chodzi o wygląd, to wygląda nawet ładnie, ale to mnie akurat nie zajmuje…

Podnosząc ekran (taki całkiem leżący, trzeba całość podtrzymać, bo inaczej podniesiemy całego lapka. Choć to pewnie normalne.

Pierwsza krew

Po zamontowaniu baterii, zgodnie z opisem instrukcji włączyłem go do ładowania. Ma się ładować aż do zgaśnięcia wskaźnika baterii. Ta… tylko gdzie on jest. W instrukcji tego nie podano. Zajrzałem dopiero na stronę HP, tam w sporym PDFie, wyczytałem, że to ta dioda, którą wziąłem za sygnał “jestem podłączony do sieci”. Ba, zmienia ona kolor lub miga w zależność od stanu baterii. Szkoda, że wspomniano o tym w tym 15 stronicowym dokumencie. Myślę, że to by się to potencjalnemu użytkownikowi jednak przydało. A biorąc pod uwagę niezwykłą trudność jaką mają niektórzy z wklepaniem sudo apt-get install cośtam w konsoli, pewnie pobranie tego podręcznika przerosło by ich umiejętności (pomijając fakt, że trzeba do tego mieć komputer).

Cisza przed burzą

Tak naprawdę, zacznie, to się dopiero, jak go uruchomię i zacznę instalować system. Może to też opiszę – na razie.

District 9 – zapowiedź

Ledwo opisałem serial True Blood, w który przedstawia wyjście wampirów z ukrycia, a tu znalazłem w necie zapowiedź filmuDistrict 9“. Tutaj mamy kosmitów-uchodźców, którzy mieszkają na Ziemi. Rzecz jasna, ludzie ich miłują i szanują.

Kiedyś pamiętam, oglądałem jakiś dziwny film o podobnej tematyce, ale to była taka bajeczka, która zakończyła się przyznaniem im obywatelstwa najwspanialszego kraju na tej planecie (nie…, chodziło o USA).

Ten film ma być jednak szczery do bólu. Chętnie taki obejrzę.

Tym czasem w kraju nawet nie można obejrzeć filmu “Star Trek” w własnym mieście… za to jest masa innych głupich filmów, potem takie zdziwienie czemu ludzie nie chodzą do kin.

True Blood (sezon 1)

Pisałem o tym serialu nieco wcześniej. Właśnie to nie, nawiązywałem do niego, ale jego samego nie opisywałem, teraz mogę, bo obejrzałem już pierwszy sezon. Tekst raczej nie zawiera spojlerów.

W swoim poprzednim wpisie zastanawiałem się nad sensem wyjścia wampirów z podziemia. W serialu nie bardzo został on wyjaśniony. Tylko tyle, że była to pewna grupa wampirów, do której nie należą one wszystkie, a nawet mniejszość (to też w sumie nie zostało wyjaśnione). Nie bardzo wiadomo, co tym osiągnęły – lokale wyborcze czynne po zmroku? bo przecież nie chodziło tylko o te śluby chyba. Mało który wampir powrócił na swoje stare śmieci, jak główny bohater, kiedy prawo dało mu taką możliwość.

Mimo ujawnieniu się wampiry dalej prowadzą swoje życie po zmroku, jak to dawniej robiły. Również dalej sami sobie stanowią prawo czy wyznaczają zemstę (może nie zawsze skutecznie – prawie nic nie zrobili w sprawie tej spalonej trójki). Mają sporo przewagi nad ludźmi, ale jednocześnie padają też ofiarami uprzedzeń czy po prostu ćpunów (chcących zdobyć ich krew). Rzec można – remis. Sporo wampirów dalej uważa ludzi za “worki z krwią“, a być pracownikiem wampira to wcale nie jest fajna sprawa, choć tutaj to w zasadzie się o tym się nie wie.

Co do samego serialu, to mamy niezłe intro (no dobra – open credis). Świetna piosenka (Jace Everett “Bad Things”) i ciekawa koncepcja zestawienia filmów przedstawiających wręcz maniakalnie rozmodlonych ludzi na przemian z scenami seksu, lokalnych widoczków i śmierci. Wprowadza nas to w miejsce akcji (Luizjana, USA) i trochę w sam klimat serialu. Zresztą sami możecie zobaczyć:

Po intrze (open credis – whatever) pojawiają się bohaterowie. Tutaj pierwsze zgrzyty… Główna bohaterka – Sookie Stackhouse, jej gra, postać nie jest powodem, dla którego będziemy oglądać dalej. No, chyba, że komuś się podoba. Jej brat (Jason) jest chodzącą komedią – co akurat wcale nie jest złe. A ciotka, no cóż… o zmarłych dobrze albo wcale, ale wykazywała się dziwnym zachowaniem jak na staruszkę. Na szczęście szybko się pojawia Tara, pyskata przyjaciółka Sookie. Plus kuzyn Tary, lokalny dealer narkotyków, męska prostytutka i kucharz – dorabia też jako robotnik oraz prowadzi własną płatną stronę internetową – Lafayette. Ta dwójka należy do tych lepszych postaci (jako postacie).

Tu trzeba by opisać fabułę. O ile kojarzę, osi było kilka. Wątek romantyczny: utrata dziewictwa, przez Sookie (nie wspomniałem? Sookie była dziewicą, czym się szczyciła w wolnych chwilach – tzn, dopóki nią była). Inny wątek: kryminalny, zabójstwa miejscowych panien (zakładam, że ciotka Sookie niebyła wdową). W sumie oba te wątki blakły w obliczu pobocznego: dziejów Jasona i jego związków. Jak już wspomniałem, jest on chodzącą komedią. Wątków pobocznych było zresztą więcej i jako kolejny plus zgrabnie przeplatają się i przenikają nawzajem, wprowadzając nieco ożywczej tajemnicy, ale bez przesady.

Jak podsumować True Blood? Średni. Pewnie obejrzę kolejny sezon, ale na pewno nie oczekuje go z wytęsknieniem. Serial potrafił mnie przykuć i zachęcić do obejrzenia kolejnego odcinka, ale bardzo nie jestem w stanie powiedzieć co to powodowało. Być może jego budowa – kolejny odcinek zaczyna się w momencie kiedy poprzedni się skończył, a kończą się rzecz jasna w ciekawszych momentach. Wątki poboczne? A może chodziło o sam pomysł: wyjście wampirów z podziemi. Albo o złudną odpowiedź na pytanie – o czym myślą (a… prawie zapomniałem – Sookie słyszy myśli innych ludzi) inni? A może po prostu jest to taki powiew świeżości wśród serialów?

Dla kogo? Dla ludzi, którzy lubią takie lekkie e… fantasy? SF? (miejscami horror – przynajmniej tak go reklamują) i dla tych, którzy lubią sobie pogdybać. Pozdrawiam.