Fanboys (2008)

Film opowiada historię czwórki przyjaciół – nieco przesadnych fanów Gwiezdnych Wojen, który z niecierpliwością oczekują na kolejny film z cyklu – “Mroczne widmo”. Już samo to w zasadzie jest tragiczne (w znaczeniu: nieszczęśliwe), ale dodatkowo jeden z nich, toczony przez raka, nie dożyje dnia premiery. Może i los chciał mu oszczędzić bólu i rozczarowania, ale kumple nie. Reanimują oni wymyślony przez nich w szóstej klasie plan włamania się do “Rancza Skywalker” George’a Lucasa i wykradzenia scenariusza – teraz to już w zasadzie kopii nowego filmu.

Wypadało by przedstawiać bohaterów. Ten chory nazywa się Linus (gra go Chris Marquette), kolega w brylach (Jay Baruchel) to Windows (warto zauważyć to zestawienie, bo to jedna z niewielu rzeczy wartych w ogóle uwagi). Obok ten wielki to Hutch (Dan Fogler) i jeszcze Eric (Sam Huntington). W skrócie: Eric to ten fan marnotrawny, porzucił rysowanie komiksów inspirowanych GW dla pracy u swojego ojca jako sprzedawca samochodów. Hutch mieszka w garażu u matki – w domu przenośnym – nieważne. Prowadzi też z Windowsem mały sklep z komiksami w którym nie obsługują fanów Treka (w tym momencie filmu opuścił mnie żal do nich).

Oszczędzając meandrów fabuły, powiem, że wszyscy razem wyruszają w długą podróż na rzeczone ranczo. Po drodze dołącza do nich Zeo (Kristen Bell) znajoma z pracy i również fanka Gwiezdnych Wojen. Taki popularny motyw drogi w sporej liczbie filmów, z których kilka jest nawet udanych.

Ten film jednak udany nie jest. Sporo żartów oscyluje dookoła tematu ‘geek’ === prawiczek, albo są zwyczajnie głupie. Żadnym stopniu nie można tego porównywać z “The Big Bang Theory”. Trochę też zastanawia do kogo jest to film kierowany – zbyt krzywdzący jak dla fanów, ale jednak wymagał trochę znajomości Gwiezdnych Wojen jak i Star Treka. Widać istnieje spora grupa ‘pomiędzy’.

Oczywiście w każdej komedii, nawet słabej, znajdzie się coś śmiesznego. Tutaj mogą to być epizody małej wojenki fanów ST i GW, czy niektóre z zachowań Hutcha.

Osobiście nie polecam.

Star Wars: The Clone Wars (2008-2009)

Już od pierwszego filmu z serii “Gwiezdnych Wojen”, widać było, że Georgowi Lucasowi nie chodziło o kino ambitne. “Gwiezdne wojny” to baśń, o chłopcu który marzy o wielkich czynach i który dorasta dzięki podjętej wędrówce – etc. Akcja dzieje się dawno temu i daleko od nas. Mamy jasny podział na dobrych i tych złych, plugawych. Trzeba ratować księżniczki w opałach i można zostać rycerzem. Tyle, że zamiast dekoracji w postaci średniowiecznych zamków mamy tu wnętrza statków kosmicznych, przez co wielu ludzi błędnie zalicza GW do filmów SF i co jeszcze gorsze, jako klasykę gatunku SF i to jest dopiero tragiczne.

George Lucas na wszelki wypadek klapy pozostawił sobie całkiem sporą furtkę w filmie przeznaczoną dla bardzo młodych odbiorców. To dla nich wstawił jedne z najgorszych postaci w całej sadze – dwa roboty – R2 i CP3O. Nie wiem, który z nich jest gorszy, czy ten gaduła, czy ten gwizdający kosz na śmieci. Planem awaryjnym miał być serial z ich udziałem skierowany właśnie do milusińskich. Czemu o tym wspominam? Bo to wydano właśnie taki serial, ale jego głównymi bohaterami wcale nie są te blaszaki.

Nie jestem wielkim fanem Gwiezdnych Wojen, owszem obejrzałem pierwsze trzy części… o pardon – od 4tej do 6tej włącznie. Trzeba oddać, że nawet ciekawe jako filmy przygodowo, o ile nie spodziewamy się wiele, a i opuścimy sobie zakończenia (bo ja wiem, 10 końcowych minut?) – bez tej dawki patosu zdecydowanie całość lepiej się odbiera. Potem obejrzałem kolejne części, które były… hmmm jakby to ująć właściwie – tragiczne? No w każdym razie zwyczajnie nudne i z fabułą dociąganą na siłę.

Akcja recenzowanego przeze mnie serialu rozgrywa się gdzieś przed 3cim filmem – chyba (trzeba było mi nie spać podczas 3ki). Anakin wciąż jest wśród tych dobrych, i ma swoją padawankę – Ahsokę (kiedy to on się wywinął spod skrzydeł Obi-Wan Kenobiego?). Oczywiście dalej kocha Padme.

Jaki jest opisywany serial? Przed wszystkim dziecinny. Wrednie dziecinny. Droidy bojowe, nie wiedzieć czemu mają przygłupawe oprogramowanie – pewnie z Lidla, albo innej Biedronki – pomyślałem w pierwszej chwili, potem jednak wydało się, że są drogie. I jeszcze ktoś płaci za taki szajs? Oczywiście dzieci się ucieszą jak zobaczą ich pocieszne zachowanie. A na samych blaszakach bohaterowie mogą swobodnie się sadyszczyć – nie może tu tryskać na prawo i lewo posoka, a droidy to nie żywe stworzenia. Wbrew nazwie szczytem, wydawać by się mogło podstawowej funkcji owych droidów, jest niezastrzelenie Jar-Jara leżącego na C3PO z odległości kilku metrów – zmarnować taką okazję… Tak, dobrze przeczytaliście Jar-Jar pojawia się w serialu i to nie raz. Z drugiej strony mamy klony – przyszłych szturmowców? Chyba muszę obejrzeć epizod drugi i trzeci tym razem na sporej dawce kawy… Jak na klony, każdy ma taką samą twarz i posturę (przynajmniej oszczędzają na modelach postaci, tak jak i na droidach), ale jak to mówią Jedi – każdy jest inny i wartościowy – i faktycznie różnią się od siebie (i nie mają takich tragicznych wyników w strzelaniu).

Każdy odcinek zaczyna się jakimś światłym cytatem, którego nie powstydziłby się sam Yoda (też się pojawia). Wiele z nich ma też krótkie wstępy, opis aktualnej sytuacji, lub streszczenie poprzedniego odcinka opowiadane głosem i stylem sprzedawcy samochodów – a myślałem, że takie coś można usłyszeć już tylko w stylizacjach starych kronik i serialów. Na większości planet żyją jakieś wieelkiiie potwory. Fabuła poszczególnych odcinków jest kiczowata. Brakuje tez kogoś pokroju Darth Maula z pierwszej części – mało gada, a za to robi jakąś akcję.

A jeśli już mowa o akcji, to też nie jest specjalna. Ponieważ główni źli, to bohaterzy którzy pojawiają się w części 3ciej, tak więc wiadomo, że raczej przeżyją. Tak więc większość walk kończy się na ucieczce jednego z oponentów (czasem i wieją nieustraszeni Jedi). Choć, trzeba przyznać, że taki przedostatni odcinek w sezonie pierwszym, to był nawet bardzo efektowny (pod względem walk).

A skoro już przy rozlicznych plusach – serial jest animowany w technologii 3D, ale postacie całkiem wiernie odzwierciedlają aktorów z filmów. Nawet nie oglądając ich z łatwością można odgadnąć kto kogo grał.

No więc jeśli jestem fanem GW to i tak obejrzałeś – więc co tu czytać;) U nas jest to emitowane jako film po “Walt’s Disney przedstawia” w wersji z dublingiem, więc pewnie sporo dzieciaków to ogląda. Czy warto dla przeterminowanych dzieciaków? Jako tło do śniadania można.

Profesjonalizm w każdej literce – czyli “Nam Linux nie płaci”

Na technologie.gazeta.pl decydowanie przeginają. Pomijając sporą ilość artykułów “sponsorowanych”, to dokładają do tego teksty ludzi, którzy za bardzo nie znają się na rzeczy, co nie przeszkadza im komentować owych.

W artykule jaki ostatnio przeczytałem niejaki Mariusz Koryszewski, wyraża zdziwienie faktem, że sterownik do jawnego standardu, został zaimplementowany na Linuksie, gdzie nie ma żadnych przygłupawych API i tym podobnych przeszkód w programowaniu niskopoziomowych dodatków (w tym sterowników). Pan Redaktor na potwierdzenie swoich słów zestawia fakt ten z brakiem i trudnościami z dostępnością sterowników na sprzęty, które nie mają swoich jawnych dokumentacji.

Muszę kiedyś przestać tam zaglądać, szkoda czasu…

Edit: Tak nawiasem, ten artykuł dotyczy implementacji sterownika USB 3.0 na system Linux.

Sid Meier’s Alpha Centauri

Jedna z pierwszych gier w stylu “cywilizacji” w jaką grałem, o ile można to tak określić. A było to jakieś 10 lat temu, młody wtedy byłem. Do gazety CD-Action dołączono demko pozwalające zagrać przez 100 tur.

Dziś trochę być może zapomniana, ale fani wciąż o niej pamiętają. Kilku się chyba ostało, choć strony jakie przeglądałem, nie były zbyt często aktualizowane, od jakiegoś czasu. Zanim jednak fama tej gry przycichła, Firaxis Games zdążyło wydać dodatek “Alien Crossfire”. Sama społeczność fanów wydała trochę modów itp, a na podstawie fabuły powstało kilka książek, czy komiksów.

Jeśli wie jak się gra w “Civilization” (i gry podobne), to pewnie zdziwił się kiedy przeczytał “fabuła”. Tak, ta strategia turowa posiada fabułę. Zaczyna się ona od tego, że statek kolonistów “Jedność” opuszcza starą Ziemie, na której nie jest za dobrze i odlatuje w stronę Alfa Centauri, aby na jej planetach móc się osiedlić. W czasie lotu kapitan statku zostaje jednak zamordowany (a może tylko miał wypadek), przez co załoga prędko dzieli się na kilka (siedem w podstawie) frakcji, które różnią się filozofią jaką się kierują. Mamy więc frakcję militarystów, technokratów, fanatyków religijnych, ekologów, kapitalistów, wierzących w idee ONZ, czy zwolenników państwa policyjnego (w podstawce, o dodatku później). Każdą frakcję reprezentuje jedna osoba wodza (on lub ona), w którą się wcielamy. Lądujemy na planecie, zakładamy bazy (miasta), wynajdujemy nowe technologię, podbijamy, negocjujemy, kradniemy itp. Jak to w cywilizacji.

Nowości względem poprzedniczki

Co różni Alpha Centauri od ‘duchowej’ poprzedniczki? W grze państwa mają granice, można stawiać miasta na wodzie. Można też własnoręcznie zaprojektować nowy typ jednostki – dać jej konkretny pancerz, napęd, typ broni, szczególne umiejętności. Oczywiście dostajemy sporą ilość już gotowych jednostek, wraz z każdą nowo poznaną technologią, ale mimo wszystko warto czasem z tej opcji skorzystać (np.: łodzie szpiegowskie są przydatne).

W Alpha Centauri, pojawiło się też idea socjalinżynierii, zamiast wybierać jeden ustrój, sami możemy określić, jaka ma być nasza gospodarka, czym społeczeństwo ma się kierować (czy chęcią potęgi, żądzą pieniądza, czy może ciekawością nowej wiedzy), oraz, jako, że to gra SF, inne, dodatkowe możliwości, takie jak np. kontrola zachowania społeczeństwa, czy przerobienie obywateli na cyborgów:).

Samo państwo charakteryzowane jest kilkoma współczynnikami (np.: rozwój naukowy, wywiad, ekonomia, utrzymanie itp..) które określają jak nasza cywilizacja radzi sobie na danym polu. Współczynniki te zależą od frakcji jaką gramy (każda ma jakieś wady i zalety), jak również od naszych ingerencji poprzez socjalinżynierię, czy odpowiednie tajne projekty (odpowiedniki cudów z gier wcześniejszych).

W Alpha Centauri mamy zdecydowanie bardziej rozbudowane menu obsługi budowniczych, można mu np.: zlecić automatyczne budowanie dróg w naszym państwie, lub kazać mu budować samodzielnie dookoła własnej bazy. Dodatkowymi czynnościami są, np.: wznoszenie czy obniżanie terenu (wizualnie zmienia się mapa).

Pojawiła się też instytucja będąca odpowiednikiem ONZ w realnym świecie, gdzie przywódcy frakcji mogą między sobą wybierać gubernatora, czy brać udział w różnych głosowaniach. Wiąże się z tym też opcja zwycięstwa dyplomatycznego.

Fabuła

Powróćmy na chwilę jeszcze do fabuły, oprócz wojowania (lub nie) z braćmi-ziemianami, trzeba i czasem powalczyć z samą planetą. Porastają ją olbrzymie połacie grzybów (ang. xenofugus), w których żyją (między innymi) tzw. larwy umysłu (zastępstwo barbarzyńców), za pomocą PSI atakują nasze miasta i jednostki. Jak się okazuje sama planeta jest istotą, z którą zresztą można sobie porozmawiać (nasz przywódca to potrafi). Na jej powierzchni znaleźć można też pozostałości dawnej cywilizacji. W pewnych specyficznych sytuacja, pierwszy atak na naszą bazę, pierwsze wykrycie ruin, odkrycie niektórych technologii itp. pojawia się nam blok tekstu, który opisuje tę sytuację. Te teksty zawsze są identyczne (w jednej rozgrywce), zmienia się tylko imię naszego dowódcy, razem tworzą one opowieść, zwieńczoną naszym zwycięstwem.

Warto tu wspomnieć, że sama fabuła jest inspirowana, między inni, na podstawie książek Franka Herberta (głównie “Epizod z Jezusem”, ale “Diuną” też), czy teoriach niejakiego Jamesa Lovelocka.

Dodatek

W dodatku (“Alien Crossfire”), oprócz nowych pięciu ludzkich frakcji (+jedna ukryta), pojawiają się oryginalni “właściciele” planety – rasa z angielska określana jako “Prekursorzy” (ang. Progenitor), reprezentowana przez dwie wojujące ze sobą frakcję. Wojna domowa między nimi spowodowała stagnację ich rasy, czy nawet cofnęła w rozwoju technicznym. Stracili więc sporo przewagi nad ludźmi, ale wciąż mogą podbić całą planetę.

Obcy nie różnią się być może wiele w rozgrywce. Niektóre ich jednostki graficznie wyglądają inaczej (zachowują się tak samo). Inaczej się też z nimi negocjuje; nawet kiedy otaczasz ich ostatnie miasto, będą twardo domagać się zwrotu podbitych ziem. Obcy nie biorą też udziału w głosowaniach międzyfracyjnych, stąd aby móc zwyciężyć dyplomatycznie, należy wcześniej ich wytępić (zabijanie cywili nieludzi nie jest karane sankcjami).

Z ludzkich frakcji dostajemy piratów, czyli ludzi którzy wolą żyć w miastach na morzu, cyborgów, wiadomo, fanatyków-ekologów, nie pytajcie…, frakcję szpiegów – bo jak to nazwać (ang. “datajack”) – wierzą w wolny przepływ informacji, oraz frakcję proletariuszy:) walczący o wyzwolenie od ucisku burżuazji mas pracujących. Do tego nowe technologie, nowe jednostki, oraz lekko zmodyfikowaną fabułę.

Podsumowanie

Dla mnie, ta gra w ogóle się niezestarzała. Wciąż wciąga tak samo jak za pierwszym razem. Ma kilka wad, takich np.: zapętlające się jednostki budujące infrastrukturę, czy nieprzydatne algorytmy gubernatorów, ale mnóstwo fajnych pomysłów, ciekawa fabuła i klimat SF (jak i samej gry), sprawia, że wciąż, mimo tych 10 lat, można w nią grać. Z pewnością, jeśli kiedyś się pokaże, zagram w część kolejną.

Na zakończenie film jaki pokazuje się kiedy ukończymy jeden z tajnych projektów. Ukryta w nim aluzja wydaje się wciąż być aktualna. Narratorem jest przywódca frakcji kapitalistów (“Morgan Industries”) – Nwabudike Morgan. Ekolodzy rządzą!

Film dla kobiet

Oglądał ktoś “Kobiety” (“Women” 2008)? Generalnie w całym tym filmie nie ma żadnego faceta (chyba, że to dziecko na końcu). Trochę się o nich mówi, ale ogólnie, tytuł i osada wskazują na to, że jest to film “kobiecy”. (spojlery!)

Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że został on stworzony przez mężczyzn, z bardzo szowinistycznym podejściem. Główna bohaterka to zdradzana żona, która dowiaduje się prawdy. Jej matka, przez historię swojego małżeństwa, o której córka nie miała pojęcia, zachęca ją do wybaczenia mężowi (ta.. tatuś też zdradził mamusie). Po wielu perypetiach, próbie rozwodu, separacji itp… główna bohaterka wybacza mężowi i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Wniosek: faceci już tacy są, zdradzają, ale to tylko chodzi o seks, nie o miłość, więc można (trzeba) im wybaczyć… Trochę ciężko mi uwierzyć, że za scenariusz i reżyserię odpowiadają kobiety. Ktoś może ma podobne odczucia?

I na koniec: tak, wiem, że w tym filmie było jeszcze wiele innych wątków (ciekawszych itp). Ale akurat opisałem ten jeden.

PS. widzę, że nie jestem odosobniony, popatrzyłem trochę na recenzję tego filmu na FilmWeb.

Bing, nowa(?) broń Microsoft na Google

Już nawet na zwykłych polskich portalach, w częściach “technologicznych”, pojawiły się doniesienia o nowej rewolucyjnej wyszukiwarce firmy, jakiej nazwę już w tytule umieściłem, a do jakiej mam lekką awersję. Owo cudo zwie się “Bing”. Przestawiane jest jako nowoczesne, rewolucyjne i co najważniejsze, jako przyszła zagłada dla popularnej wyszukiwarki Google.

Przypomnę, że firma M. posiada już swoją wyszukiwarkę – MSN, którą niestrudzenie premiuje, mimo, iż w zasadzie korzystają z niej osoby, które używają IE, co przemilczę, oraz załamani niskimi wynikami pozycjonowania we wspomnianym Google, właściciele mało znanych witryn.

Czemu o tym wspominam? Abo nasza nowość to w zasadzie MSN, ma te same wyniki, mechanizmy obsługi czy pola GET. Różni je jedynie brak tej głupiej strony startowej na Bing, co jest akurat plusem. Gdzie tkwi więc ta rewolucyjność? Czemu Bing ma zawojować (za)mocną pozycję Google, skoro MSN to się nie udało?

Wyczytałem, że Bing ma lepsze wyniki w wyszukiwaniu porno, oraz, że można na jego stronie można odtwarzać klipy. No to drugie, podejrzewam, że nie trudno będzie zaimplementować w Google, zwłaszcza, że samo posiada YouTube. Innym plusem Bing ma być wyświetlenie się nie tylko linków, ale i recenzji do poszukiwanych produktów i takie tam… Tutaj mnie zastanawia, skąd Bing będzie te dane brał, ale nawet, to przecież i tak inżynierzy z Google sobie z tym poradzą.

Wygląda na to, że M po raz kolejny robi wielkie halo z niczego. Poprzednio było “wow zaczyna się teraz” czy jakoś tak, niedawno wielu pobierało jakąś tam rewolucyjną Siódemkę. Całą tą propagandę podchwyciły media i kółko się kręci. Ciekawi mnie też jeszcze jedno, czemu Bing, nie można było przerobić nieco MSN? przecież to i tak ten sam silnik, baza danych, o ile nie spora część. No pewnie bez nowej nazwy, to nie było by takie medialne. Przynajmniej na Joggerze nie pojawiły się pełne zachwytu wpisy.