Tytus, Romek i A’Tomek wśród złodziei marzeń (2002)

Jeden z pierwszych komiksów do jakiego się dorwałem będąc dziecięciem. O tym, że został zekranizowany dowiedziałem się przypadkiem. Na FilmWeb “Tytus, Romek i A’Tomek wśród złodziei marzeń” na jednak bardzo niską ocenę. Sentyment skusił mnie do zapoznania się z tym dziełem.

Żeby nie przedłużać, napiszę od razu, że nie warto tracić czasu. Niewyobrażalnie kiepski scenariusz, a całość przerobiona na niesamowicie infantylną bajeczkę dla dzieci, w wieku jakiegoś wczesnego przedszkola. Nie tak zapamiętałem fabułę komiksów Papcia Chmiela. Autorzy filmu nie czytali komiksów, ich znajomość tylko przeszkadza w odbiorze.

Co jeszcze można zobaczyć na tej animacji? Potężną dawkę moralizmu: konsumpcjonizm jest okropny, reklamy są złe, chęć gromadzenia bogactw jest zgubna, a papierosy szkodzą, do tego dbajcie o swoich przyjaciół. A byłbym zapomniał: myjcie zęby dzieci!

Wydawać by się mogło, że film, gdzie główny czarny charakter tworzy reklamy, nie jest miejscem, gdzie można znaleźć ‘product placement‘, jednak można się zdziwić.

Do tego średnia ścieżka muzyczna i pasujące do treści teksty piosenek. Grafika wyraźnie inspirowana animacją “O dwóch takich co ukradli księżyc”.

Jakaś to taka polska świecka tradycja kretyńsko ekranizować całkiem poczytne książki (komiksy), jeśli by przypomnieć sobie przeniesienie na srebrny ekran “Wiedźmina”. Odpuśćcie sobie, stanowczo nie polecam nikomu, zwłaszcza wiedzionym sentymentem fanom.

Siedem grzechów Windows 7

Dzień dzisiejszy zacząłem od przeglądu prasy, w tym i tego oto artykułu: 7 grzechów Windows 7. Nie ma jak dobre rozpoczęcie poranka. Oczywiście mogłem wstawić komentarz pod artykułem, ale to może zrobić każdy, ja zrobię to inaczej! Oto i moje kilka groszy – wstawianych w miarę czytania.

1. Komputer staje się coraz częstszym narzędziem edukacji, korzystają z niego najmłodsi użytkownicy. Niestety, dzieci rozpoczynają przygodę z informatyką od poznania produktów jednego dostawcy – Microsoftu.

Hmm, z treści tego wpisu nie wynika, że chodziło o system edukacji. Jeśli ktoś ma w domu prywatnie Windows, to choć powinien się wstydzić:P, to jego sprawa. Ale jeśli o szkolnictwo idzie, jest to jak najbardziej zła sytuacja. Nie dość, że z naszych podatków robi się darmową reklamę MSowi, to jeszcze płaci mu za licencje.

2. Zastosowane w systemie Windows 7 mechanizmy DRM (cyfrowa ochrona praw autorskich) ograniczają swobodne wykorzystywanie sprzętu – użytkownik oddaje kontrolę nad podstawowymi aspektami używania PC w ręce przemysłu rozrywkowego.

Na pohybel piratom. Wiadomo, widać ktoś tam się zgadał na górze. Mimo wszystko użytkownicy dalej korzystają z tego systemu, więc są sobie sami winni. Ale z drugiej strony nie ma konkurencji, do której mogą się udać. Też z ich własnej winy. Osobiście nie popieram takich wynalazków jak DRM, nie korzystam również z Windows.

3. Microsoft bardziej dba o własne bezpieczeństwo, niż bezpieczeństwo użytkowników. Windows jest podatne na wszelkiego typu cyber-zagrożenia, a użytkownicy są całkowicie zależni od producenta oraz jego polityki przygotowywania łat i aktualizacji.

Bo jest popularny. I badziewny. Liczy się data premiery i kolorowe przyciski. Większość użytkowników nawet nie jest świadoma zagrożenia, to po co je eliminować? Zabawne, że ta prosta prawda jakoś nie dociera do urzędników, czy nawet wojskowych.

4. Firma z Redmond dała się poznać na całym świecie jako bezwzględny monopolista. Przed premierą systemu Vista współpracowała z producentami komputerów nad znacznym zwiększeniem sprzętowych wymagań systemu, by użytkownicy byli zmuszeni do kupna silniejszych maszyn. Ponadto większość pecetów sprzedawana jest z preinstalowanym Windows, jednak nie dzieje się tak z wyboru użytkowników.

Spiskowa teoria dziejów. Ale coś w tym jest, zastanawiałem się czemu Vista miała aż tak wielkie wymagania sprzętowe. Preinstalowany system jest złem! Nie umiesz sobie zainstalować? Chętnie pomogę (jest jeszcze wielu informatyków na świecie), za niewielką cenę.

5. Microsoft próbował zablokować standaryzację formatów dokumentów (posuwając się nawet do łapówek) gdyż formaty takie jak ODF (OpenDocument Format) zagroziłyby kontroli, jaką posiada firma nad użytkownikami jej pakietów biurowych.

Prawda.

6. Koncern regularnie próbuje wymuszać na użytkownikach aktualizacje oprogramowania, np. kończąc wsparcie starszych wersji Windows i Office.

Przecież musi sprzedać jakoś to swoje badziewie, które nie różni się tak znowu wiele od poprzednika. Nie rozumiem zachwytów na nowymi Office’ami. Większość jego użytkowników ma i tak problem z podstawowymi jego funkcjami jak np. style.

7. Przy użyciu mechanizmów takich jak Windows Genuine Advantage Microsoft dokonuje inspekcji komputerów użytkowniów.

Nie wiem czym jest rzeczony program(?), ale brzmi paskudnie. Przy okazji, WP.pl macie literówkę! W tym punkcie z przyczyn merytorycznych wstrzymam się od komentarza.

Zdaniem dyrektora wykonawczego FSF, Petera Browna, wszystko to sprawia, że polityka Microsoftu zasługuje na miano “zdradzieckiej informatyki”.

Ja bym to nazwał monopolistą. Każdy taki będzie bronił swojego poletka i nie ma co wierzyć w jego dobre intencje. Liczy się zysk i nawet samozwańcy; Obrońcy Dobrego Imienia Microsoft nie napiszą mi tu “wcale nie”. Jakby napisali to znaczyłoby, że żyją w jakimś innym Wszechświecie…

Grupa rozsyła też listy do władz spółek z listy magazynu Fortune – skupiającej 500 największych światowych koncernów – w których namawia do przejścia z oprogramowania Microsoftu (Windows, Office) na bezpłatne alternatywy (Linux. OpenOffice.org). FSF argumentuje, że migracja ta przyniesie korzyści z etycznego, technicznego, a w dłuższej perspektywie także finansowego, punktu widzenia.

Popieram, popieram. Tylko, oprócz samego przejścia trzeba by też nieco doinwestować w wymienione ‘produkty’. Nie tylko finansowo. Producenci sprzętu powinni pisać sterowniki na Linuksa itd…

Ciekawe, czy list taki otrzyma także Steve Ballmer – Microsoft, którego jest prezesem, na ostatniej liście Fortune 500 zajmuje 44. miejsce.

No, on i tak wolałby Appla;)

Free Software Foundation została założona w 1985 r. przez Richarda Stallmana, guru wolnego oprogramowania. Organizacja nie chce, by identyfikowano ją z ruchem open source, którego przedstawiciele promują udostępnianie kodów źródłowych aplikacji, ale dopuszczają pobieranie opłat za korzystanie z programów.

No… to wszystko wyjaśnia. Jak wspominałem czytałem ten artykuł w miarę wklejania tekstu, więc macie przykład oto przykład notki w czasie rzeczywistym;) Swoją drogą myślałem, że to jakaś ‘normalna’ fundacja, nie związana z ruchem OS i podobnymi.

Ja mam jeszcze jedno, ogólne ‘ale’. W nazwie artykułu, jaki i strony, jest mowa o grzechach Windows 7, a pasuje pod to w zasadzie tylko jeden podpunkt. Trochę to mylące. Zapewne chodziło o wyłapanie wszystkich tych użytkowników, który z wypiekami na twarzy poszukują informacji o nowym dziecku Microsoftu.

Więcej informacji: Windows 7 Sins – http://windows7sins.org

Przyznam, że tą stronę nie zaglądałem, mój wpis dotyczy tylko i wyłącznie tekstu na portalu Wirtualnej Polski.

Trawka a seks

W dzisiejszym Metrze wypatrzyłem na stronie (szóstej) z krzyżówką artykuł(?), małą notkę raczej, o wpływie palenia marihuany na mężczyzn, jak i na kobiety. Całość opiera się na badaniach australijskich naukowców, opublikowanych w “Journal of Sexual Medicine” (podobno prestiżowa gazeta – na Wiki jest tylko brytyjska wersja).

W skrócie: palący trawkę mężczyźni częściej mają problemy z osiągnięciem orgazmu (cztery razy trudniej), oraz przedwczesnym wytryskiem (trzy razy częściej). Zażywające kobiety są za to aktywniejsze seksualnie – o ile jeszcze się do niej nie przyzwyczaiły.

Ciekawe ilu facetów teraz przestanie głosić hasła o legalizacji. Chyba żaden.

EDIT:
Trochę szerzej poczytać o sprawie można np. na Interii “Seksualne problemy palaczy marihuany”.

Czy przetrwasz atak zombie?

Kanadyjscy naukowcy opracowali matematyczny model ataku zombie. Można więc szybko sprawdzić, czy uda się nam (bardziej jako społeczności) przeżyć potencjalną epidemię. Artykuł opisujący ten wyczyn znalazłem na Gazeta Technologie.

Rzecz jasna, model dotyczył ogólnie rzecz biorąc wszelakich epidemii. Ale trzeba oddać Kanadyjczykom zabawny sposób rozsławienia swojej pracy która, gdyby zaprezentować ją normalnie, nie zainteresowała by aż tylu ludzi. Brawo!

A tak swoją drogą, czemu nikt czegoś takiego nie wymyślił na dość nudnie prowadzonym (przynajmniej u mnie) przedmiocie “Modelowanie cyfrowe”?

The Core (2003)

Amerykańsko-brytyjski film Sci-Fi, o tematyce katastroficznej – u nas pod nazwą “Jądro Ziemi“. “Tytułowy bohater” powoli zatrzymuje się. Co za tym idzie, pole elektromagnetyczne, które ochrania naszą planetę zaczyna zanikać. Na początku powoduje to miejscami dziwne zachowania się ptaków, oraz delfinów, które wykorzystują pole magnetyczne do nawigacji. Incydenty zaczynają się pojawiać również w pobliżu dużych miast. Pierwszymi ofiarami są ludzie z rozrusznikami serca. A to dopiero początek. Ogólnie rzecz biorąc całe życie na powierzchni ma przewalone – co nie zginie w wyniku wyłączenia całej instalacji elektrycznej czy gwałtownych burz, do roku zostanie ugotowane.

Jest jeszcze szansa – odpalanie ładunków nuklearnych w pobliżu jądra Ziemi. Trzeba by tam jednak się najpierw dostać. I to jest jak okazuje możliwe. Dobrana zostaje grupa ekspertów i ruszają z pięcioma głowicami na pokładzie Wergiliusza głęboko w dół.

O! ja to znam…

Brzmi prawie jak “Armageddon“, tyle że zwrot przeciwny – w dół, zamiast w górę. Faktycznie podobieństw jest trochę. Nie ma tu jednak aktorów z czołówki, Liv Tayler nie czeka z zapartym tchem na wieści o chłopaku, oraz nie ma piosenek zespołu Aerosmith. W sumie plus;) No, dobra żartowałem. Trzeba jednak przyznać, że niema też tyle patosu, czy machania amerykańską flagą. Przedsięwzięcie skonstruowania statku zostało przedstawione jako wspólny (tajny) projekt wielu państw, ale załoga to i tak Amerykanie.

Fikcja nad nauką

Na FilmWeb ten film ma dość niską ocenę. Przeczytać tam można wiele słów krytyki na temat lekceważenia nauki w nim. Ludzie, czego się spodziewacie po amerykańskiej produkcji, z gatunku akcji? Owszem, jest to Sci-Fi, ale bez przesady, to tylko film, musi być widowiskowy. Twórcy musieli jakoś umożliwić podróż w głąb Ziemi, stąd i niezwykły minerał, który akurat został opracowany, jednak jego wynalazcy brakowało funduszy do rozpowszechnienia go. Oraz szereg innych nagięć, które sprawdzają się do jednego: niech w końcu ruszy jakaś akcja!

Scenariusz (trochę spojlerów)

Przewidywalny. Zwłaszcza, jak się oglądało wspomniany “Armageddon, lub filmy podobne. Wiadomo, jest załoga, jest statek, jest niebezpieczna misja. Załoga liczy sześć osób, będą więc ze cztery szlachetne zgony, za słuszną sprawę uratowania ludzkości (właściwie to trójki osób – wyjaśnienie na filmie). Pani pilot i pan geolog czują do siebie mięte – oboje młodzi, więc pewnie przeżyją, by się romantycznie całować na tle zachodzącego słońca (nic z tego;P). Być może jeden z bohaterów sam wysadzi się uruchamiając zaciętą głowicą – w każdym razie podczas seansu raczej ogólnie fabuła nas nie zaskoczy, co innego epizody.

Podsumowując

Oryginalny dość pomysł, rzadko korzysta się z pomysłu umiejscowienia akcji w płynnych warstwach Ziemi. Jak wspomniałem wyżej nie ma w filmie aż tyle patosu, co w niektórych produkcjach. Autorzy zadbali o widza, aby się nie nudził i mieli na to kilka fajnych pomysłów. Problem tylko, żeby owy widz nie spodziewał się jakiegoś naukowego dokumentu. Trzeba podejść do filmu z zupełnie czystą głową, odwiesić na chwilę wiadomości z geologii, czy fizyki, oraz informatyki (za sprawą Szczura – hakera, mającego zapewnić tajność przedsięwzięcia). Także trzeba sporo wybaczyć scenariuszowi.

Nie jest jakieś wybitne dzieło, ale spokojnie obejrzeć można. Spokojnie postawiłbym go nad “Pojutrze”, “W stronę Słońca”, na równi (no, może ciut niżej) z tym mega widowiskiem “Armageddon” (efekty może i słabsze, pomysł wydaje się wtórny, ale niema też tyle tego – wiadomo czego).

The Craft (1996)

Postanowiłem odpocząć nieco od wielkich joggerowych flejmów, pod opisami przepełnionymi żalem do świata. W ramach tego odpoczynku obejrzałem film “Szkoła czarownic” (w oryginale: “The Craft“). Na FilmWeb ktoś to określił jako horror, lecz to zdecydowanie za mocne słowo.

Kolejny amerykański film o nastolatkach?

Tak też myślałem. Główna bohaterka – Sarah (grana przez Robin Tunney) – lat 17 – przeprowadza się z rodziną do Los Angeles. Idzie do nowej szkoły. Poznaje miłego chłopaka, oraz trzy koleżanki – wyrzutki społeczne, o których wszyscy mówią, że są czarownicami. Owe dziewczyny to Nancy (Fairuza Balk), Bonnie (Neve Campbell) oraz Rochelle (Rachel True). Chłopak (Skeet Ulrich – znany m.in. z roli w Jerycho) okazuje się świnią (jak to śpiewał Big Cyc), a owe dziewczyny faktycznie bawią się magią, a przynajmniej próbują.

Sarah przystaje do paczki, a jako “naturalną czarownica” sprawia, że te śmieszne rytuały jednak coś dają. Dziewczyny spełniają swoje marzenia, Bonnie zyskuje piękno, Rochelle mści się na wrogiej jej koleżance, Sarah omotuje Chrisa (owego chłopka), sprawiając, że traci dla niej głowę, a Nancy zdobywa bogactwo (wycenione na 175 tyś dolarów) i moc. To oczywiście zmienia zachowanie bohaterek na gorsze, a w szczególności Nancy, która pragnie więcej i więcej. Sarah zauważa to i chce przestać, czym drażni Nancy. Łatwo domyślić się kolei rzeczy.

A co z koncepcją magii?

Sama magia pochodzi od niejakiego Manona, który jest uosobieniem Natury. Nie dzieli się ona (magia) na czarną i białą, bo Natura taka nie jest, to dopiero ludzie używają jej do czynienia dobra, lub zła. Mało tego, cokolwiek zrobisz innemu, wróci do Ciebie po trzykroć (jakoś bohaterki tego nie doświadczyły w sumie), bo każdy czar wytrąca Naturę z jej równowagi. Dodano do tego żywioły, jakichś strażników i ducha Manona, który może Cię wypełnić. Do rytuałów potrzebne są: świece, pentagramy, rymowane zaklęcia, różne małe zwierzaczki oraz koncentracja.

Podsumowanie

Dobry film. Spodziewałem się banalnych haseł w stylu “moc jest w Tobie” (raz w sumie padło takie), szkolnych wielkich miłostek, itp, a obejrzałem film, który okazuje jak to władza i moc korumpują ludzi. Do tego kilka ładnych efektów specjalnych – jednak bez przesady. Trochę sztucznie dodano na początku bezdomnego z wężem, lecz nie rozwinięto tego wątku w filmie. Nie jest może film jakoś szczególnie wybitny, ale jeśli jest okazja, można spokojnie obejrzeć i nie żałować.

A tak swoją drogą, to chyba nie za dobrze o mnie świadczy, że jak zobaczyłem amerykańską zakonnicę wykładającą nauki ścisłe (chemię chyba), to od razu zacząłem się zastanawiać czy będzie ona uczyć te dzieciaki prawdziwej nauki? Chyba za dużo obracałem się ostatnim czasy wśród materiałów na temat kreacjonizmu… i na co mi to było?

Nieładne Jamendo?

Dawno nie logowałem się na swój profil na Jamendo, zapomniałem więc hasła. Ale jest opcja przypominania. Zajrzałem do skrzynki pocztowej, otworzyłem e-mail i zobaczyłem swoje zapomniane hasło. Oj nie ładnie Jamendo, przechowujemy w bazie hasła jawnym (zdolnym do odkodowania) tekstem? czy nie powinno się przechowywać skrótów, a w przypadku przypomnienia, wygenerować jakieś losowe?

Ja fanboy bez dystansu do siebie

Już któryś raz powtarza się pewna maniera wśród komentarzy do moich wpisów. Można by powiedzieć, że to daleka kuzynka dziwnie pojmowanej poprawności politycznej. Ogólnie rzecz biorąc polega to na tym, że nie wolno mi krytykować np. firmy Microsoft, bo ktoś przyjdzie i nazwie mnie fanboyem czy coś. Ewentualnie, nie wolno mi zauważyć, że żart o Linuksiarzach jest głupi, bo oznacza to, że brak mi dystansu do siebie… Czy tylko ja dostaję podobne teksty?

Otóż Panowie (Panie) znawcy-psychologie, przeszli i przyszli: zacznijcie swoje psychogusła od siebie. Ja tym czasem będę wytykał przekręty kogo mi się żywnie podoba, krytykował badziewne produkty i nie śmiał z głupich żartów. Niezależnie od tego; czyje to przekręty, kto jest producentem i czego owe żarty dotyczą. Dziękuję.

BTW: w sprawie tego nieszczęsnego dowcipu o User agent, na blogu Peceta, brzmiało zdecydowanie lepiej – nie zawsze warto cytować z pamięci.

Najpopularniejsze OSy w Polsce

Ankieta do artykułu: “Najpopularniejsze systemy operacyjne w Polsce – zestawienie (sierpień 2009)” przestawia się mniej-więcej tak: Windows XP 39 %, Linux 32 %, Vista 19 % a Windows 7 1% (na oddanych głosów 834). Wysoka pozycja Linuksa dziwi, jeśli wziąć pod uwagę statystykę z artykułu, gdzie zajmuje on 0,44% rynku.

Jak dla mnie, wysoki udział komputerów z deklarowanym Linuksem czy Windows 7, oznacza, to po prostu, że dział Technologie czytają ludzie nieco bardziej świadomi swoich komputerów, albo obdarzeni sporym, acz dziwnym poczuciem humoru…