Gra dla Lecha Kaczyńskiego

Natrafiałem przez kilka dni na różne artykuły, wywiady, robione raczej z przymrużeniem oka, w których pytano, czy to wydawców, czy polityków, jaką grę polecili by naszej głowie państwa?.

Co by o panu Lechu Kaczyńskim nie mówić, ma on dość – tak myślę – stresującą pracę. Do tego ktoś go tam obraża, to się z niego śmieje premier, a tu trzeba twardo rozmówić się z jakimś politykiem, dziennikarzami etc…

Niestety, wydawcy (itp) gier zwyczajnie potraktowali to jako dobrą okazję do reklamy, politycy z kolei (nie mogłem znaleźć linku do filmu) nie bardzo znają się na tematyce. Sam też nie jestem ekspertem, ale mam propozycję: S.T.A.L.K.E.R. (który bądź).

A oto i czemu:

  • Nie ma to jak postrzelać sobie do ruskich! – co prawda, fabularnie to Ukraińcy (no, można by dyskutować), ale gadają jak i Putin. Można też spróbować sprawdzić wersję niemieckojęzyczną (jeśli jest)
  • Będzie można odpłacić za Gruzję
  • Wystrój gry przypomina ten z Polski, z ulubionej epoki pana prezydenta (no, tyle nawiązuje do tej komuny, widać ją lubi)
  • Gra przypomni panu prezydentowi te chwile młodości, kiedy rzucał gra… kamienie do miejsc gdzie stało ZOMO
  • Nie mogłem znaleźć informacji, czy Zwierzchnik Polskich Sił Zbrojnych, odbył służbę wojskową, ale tak czy siak, wypada, żeby znał się na popularnym i nowoczesnym uzbrojeniu (trzeba doinstalować moda z prawdziwymi nazwami), które jest dostępne w tej grze, a jeśli odbył zapewne ucieszy go obecność kałacha
  • Dużo strzelamy tutaj do bandytów – zaprowadzając prawo
  • Można przyłączyć się do “Powinności” i strzelać do tych anarchistów, …
  • … albo przyłączyć się do “Solid…”, o pardon, “Wolności” i walczyć z odpowiednikiem ZOMO w Zonie
  • Nie ma układów! Frakcje nie zawiązują tajnych sojuszy, wszystko jest jasne.
  • Kiedy przystąpisz do danej frakcji jasny staje się podział: “biali” (frakcja) i “czarni” (wroga frakcja). I nikt cię nie przekonuje, że jest inaczej
  • W grze płacimy za wszystko gotówką
  • Nie ma tu burżujskich alkoholów, czy tego popularnego pitego przez oglądaczy porno, tylko przaśna wódka!
  • Wszędzie można dojść na piechotę, nie trzeba jeździć autem (pomijam mody)
  • Szybko zdobywa się respekt innych postaci
  • Jak cię ktoś obraża, to go rozwalasz, a gra toczy się dalej
  • Nie ma mediów – w tym niemieckich – oraz dziennikarzy
  • Nie ma Internetu – i internautów
  • Zrobiło ją ukraińskie studio
  • Gra nie wymaga zaanagażowania, można spokojnie sobie siedzieć przy niej kiedy się chce
  • Gry FPS poprawiają refleks i koordynację, co może się przydać kiedy ktoś zaskoczy naszego przywódcę niespodziewanym pytaniem itp.

Po namyśle, stwierdzam, że wybór ma też kilka wad:

  • Od czasu do czasu trzeba strzelać do różnorakich potworów, a to może przysporzyć o palpitację serca
  • No właśnie, trzeba wszystko samemu zrobić, a nie zlecać to innym
  • A w głównym wątku jest się chłopcem na posyłki
  • Na końcu strzelamy do “Monolitu”, frakcji, z którą mogłaby się identyfikować część elektoratu PiSu
  • Kiełbasa jest drobiowa
  • Nie można założyć własnej partii – frakcji
  • Strzelamy też do oficjalnej reprezentacji władzy – wojska
  • Nie ma szoferów w autach – jak zainstalujemy odpowiedni mod umożliwiający używania ich

W ostatecznym rozrachunku wychodzi, że S.T.A.L.K.E.R. jest grą, przy której pan prezydent mógłby się całkiem dobrze bawić. Jeśli nie to, to może jednak jakaś strategia? Np. któryś z “Red alert” – no, ale to temat na osobną notkę.

Test jest humorystyczny, nie stanowi wykładni moich przekonań politycznych, nie miał też na celu obrazy osób wymienionych. Tekst zawiera różne aluzje do prezydenta, ale przez przypadek może zawierać aluzje do jego brata, na potrzeby tego tekstu to wszystko mi jedno. Nie jest to również tekst reklamy, nie jestem w żaden sposób powiązany z dystrybutorem, czy twórcami wymienionych gier, po prostu w nie grałem.

Wolność w internecie (w Australii)

Na Joggerze, jeszcze nie ucichły tak do końca echa pogadanek o pewnej pani, która wygrała jakiś tam proces, to pojawiły się kolejne modne tematy, w tym i kwestia nowej ustawy – a co łączy wymienione sprawy? Wolność słowa. Dołożę więc i swoją cegiełkę:

Zauważyłem dzisiaj notkę na gazeta.pl, w ichniejszym dziale “technicznym”: “Anonimowi” walczą z Australią. Chodzi o to, że grupie hakerów podpadł premier tego kraju, za to, że chciał on wprowadzić filtrowanie internetu. Przyznam szczerze – nie wiem o co tam chodzi, bazuje na tej krótkiej notce, ale nie podoba mi się co widzę.

Chcą tam ograniczyć możliwość korzystania z wolnego internetu. Bo nawet jeśli na początku to ma służyć tylko do pornografii dziecięcej, czy inszego zła, to łatwo będzie zapewne wprowadzić dodatkowe filtry. Pamiętamy przykład z własnego podwórka, kiedy to uczniowie zostali odcięci np. od strony Gazety Wyborczej, za to mogli śmiało oglądać gołe panienki.

A przy okazji, panowie redaktorowie, to są maski Guy’a Fawkesa!

GSC World Publishing leci sobie w kulki

Firma GSC World Publishing ukończyła grę “S.T.A.L.K.E.R. Call of Pripyat”. Gra zdążyła już zebrać kilka nagród w Rosji i ukaże się w tym kraju około 2 października.

Gracze z poza Rosji jednak będą musieli poczekać do przyszłego roku. No chyba, że są Niemcami, ale wątpię, żeby Ci czytali ten blog. Ściślej trzeba będzie czekać do pierwszego kwartału przyszłego roku. Co to ma być? Nie można było się jakoś dogadać zawczasu z dystrybutorami?

W oparciu o nius ze strony gry-online.pl, zawarto tam też wymagania sprzętowe gry. Na tej stronie znajduje się też opis gry.

Kolorowe chmury nad “Diablo 3”

Słyszałem już coś o tym, że nowa odsłona Diablo ma zatracić swój mroczny klimat, ale nie brałem tego na poważnie, dopóki nie obejrzałem poniższego traileru:

Diablo 3 *Monk Trailer and Gameplay* (HQ 16:9).

Zaprezentowano w nim klasę Mnicha, który między innymi walczy z jakiś demonem, który wygląda jak wyjęty z “World Of Warcraft”, jarząc się kolorami pomarańczowym i fioletowym. Co gorsza, film wygląda, jak wygenerowany na silniku gry.

Na gameplay’u to tak strasznie nie wygląda, więc może jest jakaś nadzieja?

Dan Brown – Cyfrowa twierdza

Przyznam, że nie wiem, czy była już premiera filmu “Anioły i demony” i w zasadzie mnie to jakoś szczególnie nie zajmuje. Pomyślałem, że moja recenzja może być na czasie, bo z okazji jednego pewnie w księgarniach pojawią się też inne książki Dana Browna. Ale potem wyczytałem, że “Cyfrowa twierdza” jest pierwszą książką autora (wydana w 1996r). Kto wie, czy jak “Anioły i demony” odniosą sukces, to ktoś może z rozpędu zekranizuje omawianą książkę.

Zarys fabuły

Zacznijmy od streszczenia fabuły “Cyfrowej twierdzy”. NSA posiada wielki komputer do łamania szyfrów. Ale! Oto były pracownik tej instytucji, Japończyk Ensei Tankado wystawia na aukcji nowy nie-do-złamania algorytm szyfrujący. Przy czym robi to w dość ciekawy sposób, opis algorytmu i jego kod zaszyfrował przy jego pomocy – on sam zaś sprzedaje klucz do pliku. Im dłużej wszyscy starają się złamać nowy szyfr, tym wyższe ceny oferują. Oczywiście NSA nie może dopuścić do upublicznienia takiego algorytmu. Sprawy jednak nieco się komplikują – Tankado umiera w Sewilli, przez co znika możliwość negocjacji z nim, a dodatkowo wspólnik Tankado – znany jako North Dakota – ma upublicznić swoją kopię klucza. Rozpoczyna się wyścig z czasem. W siedzibie NSA Susan Fletcher poszukuje wspólnika Tankady, a tym czasem jej narzeczony leci do Hiszpanii odzyskać klucz jaki posiadał zmarły Japończyk.

UWAGA! Poniższy tekst, może zawierać spojlery, choć starałem się ich unikać, to być może przesadziłem z niektórymi opisami, więc czytacie na własną odpowiedzialność.

Rzut oka na kryptografię

Odnośnie komputera – nazwany jest tutaj “Translator“, ma on ma mieć około 3 milionów procesorów i służyć do łamania szyfrów, jak już wspomniałem. Robi to przy użyciu skutecznej, acz czasochłonnej metody “brutalnego ataku” (sprawdza 30 milionów kluczy na sekundę). Brawo dla czytelników, którzy właśnie próbują połapać się w tym co napisałem, w końcu jak można brutalnym atakiem łamać szyfr, którego algorytmu nie znamy. Dan Brown najwyraźniej nie bardzo rozumie różnicę pomiędzy szyfrem, jako zakodowaną wiadomością, przy użyciu konkretnego znanego algorytmu, a szyfrem – jako algorytmem szyfrowania. Ewentualnie ktoś mu źle wyjaśnił na czym polega szyfrowanie, czy metoda “brutalnego ataku”. Jest to jedna z wielu – nieścisłości – autora, z jakimi przyjdzie zmierzyć się czytelnikom (lub słuchaczom – wyjaśnię później).

Na potrzeby powieści Dan Brown – nieco – nagiął znaną nam kryptografię i wprowadził do niej wiele nowych prawideł. Jak np. to, że każdy szyfr można złamać, co gwarantować ma zasada Bergowskiego – z wyjątkiem właśnie szyfrów ze zmiennym tekstem jawnym – metoda opisana w 1975r. przez Josefa Harne – węgierskiego matematyka (postać fikcyjna – nie szukajcie;). Tankado zaimplementował ją przy użyciu “łańcuchów mutacyjnych” (cokolwiek by to znaczyło). Może tutaj przerwę tą wyliczankę, bo zajmie to chwilę i przejdę dalej.

Komputery w książce

Oprócz translatora Dan Brown opisał również inne maszyny liczące i urządzenia z nimi związane, ale przyznam, że jak tak sobie tego słuchałem, to nie mogłem umiejscowić czasu akcji. Z jednej strony Hulohot używa miniaturowego komputerka “Monokl”, to z drugiej w siedzibie Krypto (wydział kryptografii NSA) korzystają z bardzo starych monitorów, które wymagają rozgrzania się i posiadają pokrętła.

Lekko na bakier Brown stoi też z informatyką i elektroniką. Bohaterowie używają tajemniczych języków hybrydowych (przecież dla programisty nie ma to wielkiego znaczenia), np. Limbo i Pascal. Ciekawy był też opis lutowania leżącego na podłodze we wnętrzu jakiegoś komputera niejakiego Jabby, który unosząc lutownice w górę, starał się unikać ściekającej cyny. Tutaj również nie będę kontynuował tej listy.

Więcej o fabule

Jeśli przymknąć oko na pewne szczegóły, to początek książki jest nawet bardzo ciekawy. Pod względem fabularnym. Szkoda tylko, że Brown ma taką manierę na wyraźne podziały bohaterów. Ci dobrzy, są mili, szlachetni, uczynni itp, a Ci źli, to sadyści, brzydcy i często w jakiś sposób są ułomni. Do tego głowni bohaterowie są bardzo uzdolnieni w dziedzinach jakie reprezentują; on jest lingwistą, zna 6 języków (nie wiem, czy nie posługiwał się większą ich ilością w czasie trwania fabuły), a ona wybitnym matematykiem, programistą, kryptografem. Jeśli znacie jakieś inne książki tego autora, to zapewne nie zdziwi was zwrot akcji. Tzn, samo to, że jest, ale on sam wyszedł nieźle. Pod koniec powieści Brown kreśli nam trwającą jakieś 20 minut scenę, ale rozpisaną na kilka rozdziałów – skoro już tutaj o tym mowa, plus dla autora za zręczne uzasadnienie fabularne, widoku na zaatakowany system, choć było to bardzo filmowe.

Hiszpania w książce

Właściwie to Sewilla. Niby duże miasto, na skraju Europy (ale zachodnim), ale opisywana jest gorzej jak Polska za PRLu. W sumie nie byłem w Hiszpanii, kto wie, może to i prawda, że policja tam jest skorumpowana, a każda prostytutka zna się z każdym funkcjonariuszem (ile może być policjantów w 700tyś mieście?). Albo to, że szpital jest na sali gimnastycznej. Jeśli ktoś był, może skonfrontować własne wrażenia z książkowym opisem. Jest też możliwość, że Hiszpanii dostało się za jej Katolicyzm. Autor wyraźnie ma coś do tej religii, biorąc pod uwagę poprzednie (właściwie to kolejne) książki (zapoznałem się z nimi wcześniej).

Sprawa prywatności w książce

Pozytywnymi bohaterami powieści jest tutaj NSA. Autor nie widzi nic złego w tym, że potrafi ona czytać wszystkie listy. Tłumaczy jej działalność powstrzymanymi atakami terrorystycznymi, czy wspomaganiem działalności służb śledczych. Niestety patriotom w niej pracującym przeszkadzają ludzie domagający się prywatności i możliwości tajemnicy korespondencji. Przedstawieni tutaj jako tumani, “punki z PCtami“. Ensei Tankado został wyrzucony z NSA, po tym, jak zaprotestował przeciwko możliwości używania Translatora bez zgody sądu (ściślej, zamierzał rozpowszechnić informacje o Translatorze wśród mediów, po tym, jak ogłoszono, że to dyrekcja NSA ma możliwość decyzji w sprawie odczytywania wiadomości podejrzanych). To jedyny w miarę pozytywny bohater, który był przeciw Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Innym przeciwnikiem był kolejny kryptolog, tym razem były więzień, który był chamem, składał niemoralne propozycje głównej bohaterce i zaliczał się do tych złych.

Podsumowanie

No cóż, jeśli znacie inne książki tego autora – no to wiecie czego się spodziewać. Sensacji, dokładnych opisów wszelakich czynności, stanów, emocji, motywacji, itp, itd… ktoś nawet powiedział, że Brown wyraźnie nadużywa przymiotników – ja się z tym zgadam. Fabuła z grubsza jest taka sam jak w innych książkach, dobry bohater, jego kobieta, morderca – koniecznie z jakimś defektem (tutaj Hulohot – głuchy, ale chyba nie całkiem) i konieczność działania, od której bardzo wiele zależy. Do tego mnóstwo wręcz na siłę wstawionych zapożyczeń z przeróżnych języków.

No cóż, to ciężka lektura dla kogoś kto dysponuje wiedzą z omawianych dziedzin. No chyba, że go to po prostu bardzo śmieszy. Swoistą rozrywką może być sprawdzenie czy uda nam się wyłapywać uproszczenia w materiale, dlatego właśnie starałem się ich wszystkich nie zdradzić. Jeśli ktoś jednak ma znajomego, który szyfruje pliki za pomocą algorytmu ZIP, oraz podpisuje się “bez wosku“, to być może przyda się dłuższa lista, znaleźć ją można na stronach Wikipedii, czy to polskiej, czy angielskiej. Jak do wszystkich publikacji tego autora trzeba podejść do niej zupełnie rozrywkowo. Sięgajcie na własną odpowiedzialność, ja nie polecam, zwłaszcza osobom, które jeszcze z twórczością Browna nie spotkały się.

A właśnie, miałem wyjaśnić czemu słuchałem. Właściwie to nie czytałem żadnej z książek Browna, tak się jakoś złożyło, że słuchałem ich audiobooków, nikt nie chciał mi pożyczyć papierowej wersji (na ebooka nie chciało mi się patrzeć). I tak jakoś wyszło, że dotyczyło to “Kodu…”, “Aniołów …” i właśnie “Cyfrowej twierdzy”. Przy okazji, czytał ją Mirosław Utta (podkładał głos w polskiej wersji gry S.T.A.L.K.E.R.).

17 Again (2009)

“17 Again” to film komediowym, dla młodzieży, w którym głównym źródłem humoru ma być zestawienie “rodzice w wieku swoich nastoletnich pociech”. Ściślej rzecz ujmując, chodzi o to, że facet mający 37 lat na karku nagle znowu ma (jak w tytule) lat 17. Powraca do szkoły, gdzie ma okazję obserwować swoje dzieci, z którymi wcześniej miał bardzo marny kontakt. Do tego, w roli owego siedemnastoletniego wcielenia zobaczyć można Zaca Efrona, który gra również w serii musicali (mi akurat obcych) “Hight School Musical“.

O fabule

Może trochę więcej o fabule – zaczyna się dwadzieścia lat temu. Mike O’Donnell, szkolna gwiazda koszykówki szykuje się na swój wielki mecz (jeśli dobrze zagra, dostanie stypendium). Tuż przed tym wydarzeniem na sali pojawia się jego dziewczyna Scarlett, która ma coś ważnego i trochę niepokojącego do powiedzenia. Mecz rozpoczyna się, ale nasz bohater odrzuca trzymaną piłkę i biegnie za swoją miłością, zapewniając ją o swoich uczuciach. Pięknie. Ale moment – przecież dopiero film się zaczął, czemu to już się kończy?

Nie, w następnym ujęciu widzimy jak Mike (w wersji 37 letniej – Matthew Perry) budzi się w domu swojego najlepszego kumpla, który był szkolnym popychadłem (o nim później). Dowiadujemy się, że żona (tak, Scarlett) właśnie go wyrzuciła z domu, a dzieci nie chcą znać. Słowem życie uwzięło się na biedaka… – tak przynajmniej on to widzi. Oczywiście potem ulega odmłodzeniu – w co już nie będę się wdawał.

O filmie

Film jest jakiś taki nijaki. Jest tam trochę tańca w wykonaniu wielkiego nazwiska tej produkcji, to jak się domyślam, mają być ukłony w kierunku fanów (fanek?) musicali, ale też nie są to jakieś częste i głębokie ukłony. Niby to komedia, ale długo starałem sobie przypomnieć co właściwie było tam śmiesznego, a to co sobie przypomniałem, to raczej wywołuje nieśmiały grymas na twarzy. Trochę morału, romantyzmu (tego chyba najwięcej). W zasadzie zapadła mi w uwagę tylko jedna scena…

O lekcji antykoncepcji

… Jak Mike poszedł na zajęcia z czegoś co się zwie “Health class“, na których to tematem był akurat ludzka seksualność. Nauczycielka na wstępie oznajmiła, że oficjalną polityką szkoły jest nakłanianie do abstynencji. W USA mają tego hopla, zwłaszcza za kadencji Busha. Miałem nadzieję, że idea zostanie wykpiona. A wracając do sceny, w drugim zdaniu nauczycielka przyznała, że gadanie o abstynencji do młodzieży nie ma sensu, więc oficjalnym stanowiskiem szkoły jest przygotowanie ich do ‘bezpiecznego seksuteraz. (zdecydowali by się z tym oficjalnym stanowiskiem, chyba, że w pierwszym zdaniu chodziło ogólnie o amerykańskie szkolnictwo). Owo przygotowanie do bezpiecznego seksu polegało na rozdaniu prezerwatyw. No dobra, a co w tym wszystkim robi Mike? Ano, jako ojciec dwójki nastoletnich dzieci całym sercem popiera idee wstrzymania się od seksu – najlepiej do ślubu. Urządził w klasie pogadankę na temat tego, jak to kochanie się (w angielskim making love) służy do przekazywania miłości, o tym, jak fajnie jest trzymać własne dziecko w ręku itp. w skutek czego prawie wszyscy w klasie odrzucają te plugawe narzędzie szatana, a jedynie szkolny rozrabiaka (czarny charakter) bierze całą garść ze sobą. Niezła robota jak na kogoś kto w wieku 17 lat został ojcem (właściwie to coś tu się nie zgadza z tym wiekiem, albo jego opisami).

O postrzeganiu nerda

Wspomniałem coś o kumplu Mike’a – Nedzie (Thomas Lennon). Postać ta jest jak najbardziej sztampowym ujęcie miłośnika komiksów, rpg, twórczości Tolkiena, Gwiezdnych Wojen, gier itp.. – słowem obraz geeka w kulturze masowej. W szkole był fajtłapą, teraz jest bogaty, bo napisał jakiś program do zapobiegania kradzieży muzyki (ta…). Ja rozumiem, że zna elfi, chodzi z elfimi uszami, oraz udekorował cały swój dom najróżniejszymi gadżetami, ale czemu musi on się tak ubierać? Albo chcąc pomóc bohaterowi wystawiać ‘diagnozę’ w oparciu o zgromadzone komisy (inna sprawa, że okazuje się to całkiem trafne…)?

Wieńcząc

Podsumowując. Film jest mierny. Nie, nie mierny, bywały gorsze. Jest taki obojętny. Wlatuje i wylatuje i praktycznie nic po nim nie zostaje (no, w moim wypadku zostało nieco jak widać). Bohater niby to pamięta, że ma te 17 lat, to znowu zapomina się, próbując wyrwać swoją żonę. Całkiem nieźle przedstawiono szkołę w wieku powszechnych telefonów komórkowych z kamerą. Lepsze sceny właściwie zostały zamieszczone w trailerze, tak więc w mojej opinii raczej szkoda czasu.

Antychryst (2009)

Lars von Trier wielkim reżyserem jest – tak przynajmniej mówią niektórzy z moich znajomych. Dopiero po seansie jego ostatniego filmu o wdzięcznej nazwie “Antichrist”, przypomniano mi, co on właściwie nakręcił jeszcze – bo jak się okazało, kilka z jego filmów oglądałem, ale zupełnie nie pasują mi do omawianego.

W wielu znanych mi opisach przedstawiany jest on jako film o magii, czarownicach, czarach i to wszystko na odludziu w głębokim lesie. Zgadza się z tym tylko ten las.

Film podzielony jest na akty. W prologu mamy okazję obserwować, jak mały odkrywca, korzystając z chwili nieuwagi rodziców wspina się na okno, aby móc podziwiać płatki śniegu. Łatwo domyślić się, co nastąpiło potem. Matka (gra ją Charlotte Gainsbourg) bardzo źle przeżywa tą tragedię. Jej mąż (Willem Dafoe), terapeuta, postanawia – wbrew zaleceniom innych lekarzy – samodzielnie prowadzić leczenie żony. Zabiera ją do lasu, z daleka od ludzkich siedzib, gdzie małżeństwo ma swoją chatkę. Tam próbuje pomóc jej w przeżyciu żalu, tak przynajmniej mu się wydaje.

Film jest przesycony symbolami, alegoriami. Można go rozpatrywać na wielu płaszczyznach i długo debatować nad znaczeniem poszczególnych scen, zdarzeń czy faktów. Wbrew pozorom nie ma tu żadnego zewnętrznego zła, czy mocy nadprzyrodzonych, o jakich zapewniają dystrybutorzy. Są pewne odwołania do tematyki średniowiecznych procesów czarownic – ale bez przesady – nie chcę psuć filmu komuś, kto go jeszcze nie oglądał, więc nie wyjaśnię.

Dla kogo? Jeśli cenisz sobie możliwość długich analiz, rozpatrywania symboliki itp. to może Ci się spodobać. Nie jest to film na ‘randki’, nawet jeśli druga przyszła połówka ceni sobie tego rodzaju obrazy – a to za sprawą kilku scen, przy kulminacji. Warto wspomnieć też o muzyce, zwłaszcza w prologu (i epilogu).

Tak nawiasem; czy to normalne, zastanawiać się nad tym, że skoro ten film jest dystrybuowany przez Gutek Film w Polsce, ten sam Gutek Film, który narobił takiego bajzlu na portalach z napisami, to tym samym go wspieram?

Tytus Andronikus (1999)

Ekranizacja jednego z pierwszych i podobno najbardziej krwawych dzieł Williama Szekspira, choć jak to już jest z jego twórczością – nie można być tego całkiem pewnym. Dramat ten – “Najsmutniejsza opowieść o tragedii Titusa Andronicusa” – należy również do tych mniej znanych utworów artysty.

Jak streścić fabułę “Tytusa Andronikusa“? Tytułowy bohater (Anthony Hopkins) jest rzymskim generałem, który powrócił właśnie ze zwycięskiej wojny. Zgodnie z tradycją poświęca jednego z jeńców w charakterze ofiary za poległych żołnierzy. Wybór pada na najstarszego syna królowej Gotów Tamory (Jessica Lange). Ta oczywiście nie zamierza tego puścić Andronikusowi płazem. Wkrótce też zyskuje możliwość manipulowania nowo wybranym cesarzem… Padnie więc kilka trupów, do tego nieco szaleństwa, gwałtu i krwawych spisów – w końcu, to Szekspir.

Twórcy tego filmu postanowili zupełnie zerwać z konwencją – przynajmniej jeśli chodzi o dekoracje i kostiumy. Choć rzecz dzieje się w starożytnym Rzymie, sytuacja polityczna przypomina znaną z podręczników, to mamy odniesienia do przeróżnych epok. Dla przykładu tytułowy bohater na początku ubrany jest w zbroję legionisty, a później w bogato zdobiony mundur. W świecie przedstawiony znane są silniki spalinowe, czy elektryczność. Bohaterowie grają w gry video, czy bilard, a zamiast tóg noszą garnitury.

Niektórzy uważaj, że jest to przerost formy nad treścią i niejako stanowi to zaprzeczenie idei omawianej sztuki. No cóż, cała ta maskarada, ma nam pokazać uniwersalność dzieła Szekspira – nawet w takich odrealnionej scenerii przekaz wciąż nie zmienia się. Jeśli komuś to nie wystarcza, to może przekonać go fakt, że w teatrze epoki elżbietańskiej nie przelewało się i dekoracje, jeśli były, to były ubogie a i nikt też nie martwił się o wierne odwzorowanie kostiumów – grano w tym co było na składzie.

Czy warto? Tekst Szekspira w połączeniu z ciekawą wizją i dobrą grą aktorską sprawia: że warto – pod warunkiem, że nie oczekuje się po tym filmie efektownego bicia się po “twarzach”, czy masy eksplozji. Podobnie jak w XVI wieku, wciąż najważniejsze jest tu słowo mówione.

BTW. Szekspir miał coś do Maurów, przynajmniej na to wygląda w tej tragedii. Może w końcu zapoznam się z “Othello“.

Naprawa gryzonia à la MacGyver

W ferworze walki, jaką stoczyłem dziś w pewnej grze FPS, oprócz niezliczonej śmierci protagonisty, ucierpiała moja wierna mysz, której lewy klawisz dosłownie wyrwał się do przodu. Przestawiłem w opcjach strzelanie na klawisz prawy i ubiłem Złego, z myszką już tak fajnie nie wyszło. Ułamał się kawałek plastiku który trzymał klawisz na miejscu i w górze, tak więc teraz ciągle będzie on wypadał.

Ale głowa do góry, jest taśma klejąca, dwa plasterki z zewnątrz i już! Działa. Nawet nieco lepiej niż poprzednio, bo ciszej teraz klika. Zobaczymy za kilka dni. Kolejna sprawność geeka zdobyta!

Nie mam aparatu, więc trzeba mi wierzyć na słowo – tylko dlatego nie wstawię tego Technobloga (tak, to ironia).

Humanistka vs matematyka

Zajrzałem sobie do tekstu: Naznaczony: największe wpadki odcinka, znalazłem tam następujący tekst:

genialny matematyk (mnożący w pamięci sześciocyfrowe liczby) jest nauczycielem matematyki w liceum, a nie np. wykładowcą uniwersyteckim

Droga Pani redaktor Kaju: matematyka nie polega wbrew pozorom na mnożeniu liczb w pamięci, to znacznie bardziej skomplikowana dziedzina wiedzy. Mało tego! znane są przypadki osób upośledzonych, które mimo to wykazywały podobne zdolności (coś jak w filmie Cube). Już pomijając nawet fakt, że można się ich nauczyć. To, że pamięta Pani z lekcji matematyki tylko tabliczkę mnożenia świadczy o Pani ignorancji wobec tego przedmiotu.