Obcy we mnie (2008)

Zaczyna się od sceny w lesie, który samotnie przemierza główna bohaterka. Szybko zastępują ją ujęcia szczęśliwej spodziewającej się dziecka kobiety, pracującej w kwiaciarni i szykującej z mężem pokój dla małego. Dlaczego jednak, ta sama kobieta błąka się bez celu po lesie?

Po porodzie zamiast matczynej miłości Rebecca odczuwa tylko niechęć i zmęczenie, jednocześnie obserwuje reakcję otoczenia, pełną zachwytu nad maleństwem. Sytuacja pogarsza się gdy oboje wracają do domu. Julian pracujący większość dnia, zostawia kobietę samą z synem na długie godziny.

Jak widać tytuł (“Obcy we mnie” – w oryginale “Fremde in mir”) jest dość mylący, będąc w ciąży bohaterka nie popadła w depresje. Bardziej by więc pasował “Obcy ze mnie” – ale dziwnie to brzmi. Często można spotkać się z określaniem tego jako filmu “o depresji poporodowej”, co jest w zasadzie tylko w połowie prawdą, gdyż fabuła obejmuje okres rehabilitacji oraz następstwa choroby bohaterki w tym i reakcje jej męża, reszty rodziny, jak i samego dziecka.

Tego filmu nie zobaczycie jednak w kinopleksach, nie jest to przepełniona niezliczonymi efektami wysokobudżetowa produkcja, ale dokument poruszający temat uznawany za tabu. Dla kogo? Niby to film kobiecy, ale przecież do ciąży trzeba dwojga – dla bezdzietnych jeszcze par, zwłaszcza dla tych z obawami, bo mimo wszystko na końcu jest happy end.