Tytus Andronikus (1999)

Ekranizacja jednego z pierwszych i podobno najbardziej krwawych dzieł Williama Szekspira, choć jak to już jest z jego twórczością – nie można być tego całkiem pewnym. Dramat ten – “Najsmutniejsza opowieść o tragedii Titusa Andronicusa” – należy również do tych mniej znanych utworów artysty.

Jak streścić fabułę “Tytusa Andronikusa“? Tytułowy bohater (Anthony Hopkins) jest rzymskim generałem, który powrócił właśnie ze zwycięskiej wojny. Zgodnie z tradycją poświęca jednego z jeńców w charakterze ofiary za poległych żołnierzy. Wybór pada na najstarszego syna królowej Gotów Tamory (Jessica Lange). Ta oczywiście nie zamierza tego puścić Andronikusowi płazem. Wkrótce też zyskuje możliwość manipulowania nowo wybranym cesarzem… Padnie więc kilka trupów, do tego nieco szaleństwa, gwałtu i krwawych spisów – w końcu, to Szekspir.

Twórcy tego filmu postanowili zupełnie zerwać z konwencją – przynajmniej jeśli chodzi o dekoracje i kostiumy. Choć rzecz dzieje się w starożytnym Rzymie, sytuacja polityczna przypomina znaną z podręczników, to mamy odniesienia do przeróżnych epok. Dla przykładu tytułowy bohater na początku ubrany jest w zbroję legionisty, a później w bogato zdobiony mundur. W świecie przedstawiony znane są silniki spalinowe, czy elektryczność. Bohaterowie grają w gry video, czy bilard, a zamiast tóg noszą garnitury.

Niektórzy uważaj, że jest to przerost formy nad treścią i niejako stanowi to zaprzeczenie idei omawianej sztuki. No cóż, cała ta maskarada, ma nam pokazać uniwersalność dzieła Szekspira – nawet w takich odrealnionej scenerii przekaz wciąż nie zmienia się. Jeśli komuś to nie wystarcza, to może przekonać go fakt, że w teatrze epoki elżbietańskiej nie przelewało się i dekoracje, jeśli były, to były ubogie a i nikt też nie martwił się o wierne odwzorowanie kostiumów – grano w tym co było na składzie.

Czy warto? Tekst Szekspira w połączeniu z ciekawą wizją i dobrą grą aktorską sprawia: że warto – pod warunkiem, że nie oczekuje się po tym filmie efektownego bicia się po “twarzach”, czy masy eksplozji. Podobnie jak w XVI wieku, wciąż najważniejsze jest tu słowo mówione.

BTW. Szekspir miał coś do Maurów, przynajmniej na to wygląda w tej tragedii. Może w końcu zapoznam się z “Othello“.