Wszędzie ten Rydzyk!

W ramach prasówki, przejrzałem sobie zdjęcia z antyklerykalnej manifestacji z Torunia (skierowanej głównie przeciwko Tadeuszowi R.), potem dla krotochwili, włączyłem sobie CBC Radio One z Kanady (cokolwiek by to nie było) i co na trafiłem? na audycje o Imperium Ojca Rydzka, o jego wpływie na władzę, ludzi, o jego sieci telefonów…

Jeśli ta tendencja się utrzyma, to nie wiem co mnie jeszcze czeka…

Czy może chciałby pan …

Tknęło mnie dzisiaj… czemuż to, zamawiając pizzę, usłyszę zawsze w telefonie, wypowiedzianą jednym zdaniem całą litanię różnego rodzaju dodatków, promocji etc. Pracownikowi pizzerii nie przeszkadza nawet moje wcześniejsze zapewnienie, że nic więcej poza tym co wymieniłem nie pragnę.

Czyżby za zaproponowanie mi tych wszystkich przystawek było spowodowane przez jakaś premię za każdego poinformowanego klienta? A może rozmowie przysłuchuje się szef? A może nie wierzy się, że dostałem ulotkę z ich lokalu, mimo iż regularnie dostaje ją cała okolica. Ewentualnie, mogłem tej ulotki zwyczajnie nie przeczytać.

Może ktoś, miał okazję bliżej przyjrzeć się tej sprawie?

Matematyka największa liczba sześciocyfrowa przez 2

Zajrzałem sobie do statystyk, aby dowiedzieć się, w wyniku poszukiwań czego to, ludzie (lub boty…) zaglądają na mój skromny blog. Między innymi znalazłem tam fascynujące zadanie z matematyki o następującej, nieco nieformalnej, treści: matematyka największa liczba sześciocyfrowa przez 2. Zadanie owo, widać tak bardzo frapowało niezłomnego mojego gościa, że minął on aż 3 strony w wyszukiwarce (pomińmy nazwę:P) zanim, na czwartej, trafił na moją notkę Czy liczba jest liczbą? (PHP).

Ponieważ wypada zadbać o potrzeby czytelników, a ów nie znalazł tego, czego poszukiwał w wymienionym poście (tak mi się wydaje), podniosę zatem teraz rzuconą mi rękawicę, rozwiązując owo zadanie.

Ujęcie klasyczne

W pierwszej chwili, zakładając, że chodzi o układ dziesiątkowy, stwierdziłem, że największa liczba sześciocyfrowa to: 999999, a podzielona przez 2 daje 499999,5. Czy jednak tak prosta odpowiedź mogła by skłonić mojego czytelnika do przeklikania się przez jakieś 35 linków? Zapewne nie. Gdzie tkwi haczyk?

Ujęcie uniwersalne

Może nie chodzi o system dziesiątkowy, a o dowolny. Szybko nadrobiłem braki. Przyjmując, że system ma podstawę p, obliczymy największą sześciocyfrową liczbę poprzez wzór:

LaTeX: (p - 1)p^5 +(p - 1)p^4 + ... + (p - 1)p^0

Wynik oczywiście zależy od tego, w jakim systemie zapiszemy p, oraz poprowadzimy obliczenia. Ja zakładam system dziesiątkowy, wynik można w razie potrzeby skonwertować. Przekształcając powyższy wzór, oraz dzieląc go przez dwa otrzymujemy uniwersalny wzór:

LaTeX: \frac{1}{2} (p-1) \sum_{i=0}^{5} p^i

Teraz wystarczy już tylko podstawić, oraz jak wspomniałem w razie potrzeby skonwertować wynik. Zauważyłem jednak, że można spojrzeć na to zadanie jeszcze prościej.

Inne podejście

Mianowicie, kiedy od najmniejszej liczby siedmiocyfrowej odejmiemy jedność, otrzymamy największą liczbę sześciocyfrową. Potem wystarczy tylko podzielić przez 2. We wzorze wygląda to następująco:

LaTeX: \frac{p^6 -1}{2}

Mam więc nadzieję, że pomogłem mojemu anonimowemu czytelnikowi, lub przyda się to jakiemuś jego następcy w przyszłości.

Posłowie

Obrazki pochodzą z Roger’s Online Equation Editor, na której można sobie generować je, za pomocą składni LaTeX-a. Ciekawe, czy znikną kiedyś. W razie czego, mam pobrane je na dysku. No i znikły, po jakiś 24h – chyba, dokładnie nie mierzyłem, wrzuciłem obrazki na hosting wstaw.org, ciekawe ile tam się utrzymają (jako nie nastroił mnie pozytywnie nius ze strony głównej: 15 Czerwca 2009 – Feralna awaria serwera. Straciliśmy wszystkie zuploadowane do tej pory obrazki.). Wciąż mam te obrazki na dysku, tak więc poszukiwacze matematycznej wiedzy mogą być spokojni.

Moja metoda chyba nie będzie dobrze działać dla systemów opartych o liczby nienaturalne. Cóż, przyznaje skromnie, że są one mi obce. Tzn. systemy oparte o liczby nienaturalne, a nie same “nienaturalne” liczby…

To już druga notka (pierwsza była o gadu-gadu), którą zamierzałem wstawić do minibloga, ale zbyt się “roztyła” na niego…

Jak powstało życie? Przez ewolucję czy przez stwarzanie?

Od czasu do czasu, zapoznaje się z różnymi materiałami związanymi z tzw. “kreacjonizmem”. Już pisałem o tej koncepcji, jednak wtedy było to bardzo naiwne wywody Kenta Hovinda, do których obalenia wystarczyło odrobina rozsądku. Tym razem przypadło mi nieco inne spojrzenie na kreacjonizm. Różni się nawet tłumaczenie nazwy (ang. creationism), bo tutaj przetłumaczono ją na “stwarzanie”, co jest nawet ładniejszą, bardziej poprawną, nazwą. Mianowicie wpadała mi w ręce książka pt. “Jak powstało życie? Przez ewolucję czy przez stwarzanie?”.

Zapewne już niektórzy domyślili się (z własnego doświadczenia, albo przeczytali wpis na Wikipedii), skąd mam tą pozycję bibliograficzną. Tak, dostałem ją od dwóch miłych panów, którzy pewnego dnia zadzwonili do moich drzwi, razem z nieaktualnych wówczas, numerem “Przebudźcie się” – po tym, jak zasugerowałem, iż biblijny opis stworzenia był dość metafizyczny (tak to teraz ujmę…).

Początkowo zamierzałem opisać wszystkie spostrzeżenia, jakich dokonałem, przemyślenia jakie mi się, w czasie lektury, nasunęły, ale zauważyłem, że zrobiono już to za mnie. W sumie dobrze, bo tylko potwierdziło to je. Sama ta publikacja również jest dostępna w sieci. A nawet ją zekranizowano – powiedzmy.

Okolice okładki

Zacznijmy od tego, że wolumin owy napisano “ad maiorem Dei gloriam“, nie posiada ona żadnego wymienionego autora. Pierwszy raz wydany został po angielsku w 1985 r. A tłumaczenie polskie pochodzi z roku 1989 r. Wydawca polskiego wydania to: Watchtawer Bible And Tract Society Of New York Inc. International Bible Students Association. Ale wydrukowano w Niemczech, o czym głosi napis “Made in German”. Trochę to skomplikowane, więc mam nadzieję, że nic nie pomyliłem. W oryginale tytuł brzmi: “Life – How Did It Get Here? By Evolution or by Creation?”. Została skierowana do osób bez uprzedzeń – uprzedzeń trochę może i mam, ale ciężko mi chyba odmówić ich zasadności.

Cele publikacji

Wbrew okładce książka nie ma na celu przedstawienia obu stanowisk (kreacjonizmu i ewolucjonizmu) i dowodów na nich. Już w pierwszym rozdziale widać krytykę ewolucji, jakby błędnej, niedowiedzionej należycie, ale mimo to forsowanej w nauczaniu, teorii. Teorii nawet nie w naukowym tego słowa rozumieniu, ale jako poglądu, doktryny, czy nawet wiary. W kolejnych rozdziałach przedstawiono konkurencyjną i pozbawioną tych wad teorię stwarzania, popartą Pismem Świętym. Całość dzieła sprowadza się do obalania dowodów na ewolucję, wskazywania w niej szeregu dziur, co rzecz jasna dowodzi kreacjonizmu. Podjęto też się wytłumaczenia dlaczego darwinizm (używany jako synonim słowa “ewolucja”), choć błędny jest tak popularny (i groźny). Na zakończenie zajęto się samą Biblią, wykazano jej prawdziwość, oraz natchnienie jej twórców. Całość wieńczy już jawnie wprowadzona doktryna Zgromadzenia Świadków Jehowy.

Cytaty

Jednym z ważniejszych sposobów argumentacji tez postawionych w owej księdze jest cytowanie znanych i mniej znanych nazwisk uczonych oraz innych książek, często naukowych oraz powszechnie szanowanych, periodyków, opracowań itd… Nie zawsze jednak właściwie.

Najczęściej cytowana jest Biblia. Co ciekawe w różnych wydaniach (przynajmniej w polskiej wersji). Być może tłumaczenie Świadków nie jest adekwatne, nie zawiera odpowiednio brzmiących zwrotów w pewnych specyficznych fragmentach. Trochę dziwi mnie to podejście ludzi, którzy uważają się za znawców i badaczy Pisma Świętego, oraz którzy taką pieczę przykładają do jego tłumaczenia na inne języki. Czy w razie niezgodności, nie powinny byli odwołać się do hebrajskiego, a nie do obcych tłumaczeń?

Niemniej wiele cytatów pochodzi ze słynnego dzieła Darwina “O powstawaniu gatunków”, szczególnie tych, w których Darwin przyznaje się do niewiedzy. Należy tu pamiętać, że autor żył prawie 2 wieki temu, nie jest więc dziwnym, że paru rzeczy nie wiedział, albo popełnił kilka błędów. Jego idea na tym nie ucierpiała, wręcz przeciwnie, nadal pomimo licznych krytyk i ataków wciąż stanowi podstawę biologii.

Niestety należy tutaj wytknąć autorom pewnego rodzaju… nadużycia, przy cytowaniu znanych naukowców. Często są to wypowiedzi wyjęte z kontekstu, np. uczony zwraca uwagę na luki w teorii ewolucji, co jest cytowane, ale już nie wspomina się o tym, że w dalszej części publikacji stwierdza on, że więcej jest dowodów “za” niż “przeciw” (tak potraktowano prace np. Roberta Jastrowa, czy samego Darwina). Czasem cytowani autorzy nazywani są ewolucjonistami, choć w rzeczywistości to zwolennicy tzw. “inteligentnego projektu”, zainicjowanego przez Boga, czy przez Kosmitów (np. Francis Hitching, Christopher Booker). Niektóre z cytowanych pism, mimo nazwy, lub zapewnień, że są pismami naukowymi, nie są za takie uznawane na świecie (np. “New Scientist“). Co ciekawe, przeciw ewolucji wykorzystano też fragmenty książki “Samolubny gen” Richarda Dawkinsa.

Jeśli ktoś chciałby bliżej przyjrzeć się zaprezentowanym w opisywanym dziele cytatom, zwłaszcza w ich oryginalnych kontekstach polecam stronę “Nieuczciwe cytowanie w Jak powstało życie…?”, gdzie autor znacznie dokładniej opisał tą tematykę.

Podsumowanie

“Jak powstało życie?” przedstawiane jest jako oparta na rzetelnych naukowych podstawach i rzeczywiście sprawia takie wrażenie. Tak jednak nie jest, jest to lekko zmodyfikowany katechizm, który wziął sobie na cel zaprzeczanie (za wszelką cenę) nie pasującemu do przekonań jego autorów poglądowi naukowemu. Jeśli ktokolwiek odwołuje się do tej publikacji, jako dowodu na kreacjonizm, stwarzanie, czy po prostu zaprzeczenie ewolucji, to można spojrzeć na taką osobę jedynie z politowaniem i wyjaśnić, że ten argument dobitnie świadczy o tym, że kreacjonizm jest poglądem mocno podejrzanym, skoro popierają go takie książki.

Linki

Dystrykt 9 (2009)

Czekałem na ten film, a zapowiadał się całkiem nieźle. Głównie za dość oryginalne podejście do tematu “inwazji Obcych na Ziemię”, nieczęsto spotykana konwencja Obcych-uchodźców. Podobno “Dystrykt 9” (ang. “District 9”) to aluzja do Dystryktu 6, powiązanego z czasami apartheidu w RPA, w których przyszło żyć reżyserowi Neillowi Blomkampowi. Nie przedstawia on ładnego obrazka gościnności naszego gatunku, ani też miłości bliźniego.

Statek Krewetek – bo tak Obcych nazwano – pojawił się nad Johannesburgiem przed 28 laty. Pojawił się i wisiał sobie nad miastem. W końcu ludzie wdarli się do środka, gdzie znaleźli około miliona osobników oczekujących pomocy. Przewieziono ich do zamkniętej strefy – Dystryktu 9. Choć dysponujący sporą wiedzą technologiczną oraz będące silniejsze od ludzi, Krewetki obecnie koczują na wielkim śmietnisku dając się wyzyskiwać przez lokalną mafię, wymieniając swoją zaawansowaną broń (która dla ludzi, jest bezużyteczna – na razie) na puszki z kocim jedzeniem. Wielu ludzi zwyczajnie wątpi w ich inteligencję. Nad losem przybyszów oficjalnie czuwa Multi-National United, która zarządza wielką przeprowadzkę na nowe lepsze miejsce do życia, ale tak na prawdę chodzi właśnie o broń i technologię Obcych pochowaną gdzieś tam w getcie.

Film zrobiony został po częściowy jako dokument. Zawłaszcza na początku: mamy ujęcia z ręki, serię niespecjalnych scen, przedstawiających przygotowania do operacji przesiedlenia Obcych. Przerywane jest to wypowiedziami ekspertów, oraz ludźmi powiązanymi z pewnym wydarzeniem, które dotyczyło jednej z osób odpowiedzialnych bezpośrednio za operację – urzędnika Wikusa Van De Merwe (jego zięć, a zarazem szef, zapewnia, że korelacje rodzinne nie miały wpływu na jego wybór). Po takim wprowadzeniu rozpoczyna się część fabularna.

Krótko podsumowując: nie zawiodłem się, niezły film, nawet późniejsza strzelanina, choć trochę przesadna, ale efektowna, nie zmieniła mojego dobrego zdania o tym filmie. Oraz delikatnego przesłania, którego nie wciska nikt na siłę. Słowem: Polecam.

Wiele osób zarzuca filmowi szereg błędów i wypaczeń, ale nie zmienia to mojej oceny, bo: jeśli by trzymać się twardo rzeczywistości, to zapewne nie jeden film poszedł by do kosza, bawiłem się świetnie, a część “nielogiczności” została całkiem zgrabnie wyjaśniona przez samego reżysera, lub przez innych widzów filmu. Poniżej zamieszczam linki do FAQ District 9, po angielsku, oczywiście zawierają nie jeden spojler, ale warto po seansie zajrzeć:

Podpowiem, że sporo opiera się na zasadzie “Krewetki są jak owady społeczne, a na statku zmarła królowa”.

Nowa powieść Sapkowskiego już w sprzedaży

Ha! Przypomniałem to sobie przeglądając najnowsze Metro. Wszak to dziś ukazuje się kolejna powieść Andrzeja Sapkowskiego pt. “Żmija” – fantasy (jak mniemam) w klimatach wojny rosyj, o.. pardon, sowiecko-afgańskiej. Samo “Metro” odgraża też, że wkrótce zamieści wywiad z autorem.

Choć cenię sobie prozę wymienionego sam jeszcze chyba nie popędzę do księgarni. Głównie z powodów finansowych.

Twoje nowe konto w Gadu-Gadu

Przeglądam sobie SPAM w mojej rzadko używanej skrzynce, a tu nagle patrzę, dostałem coś z adresu tech-konto z domeny gadu-gadu.pl. Email następującej treści (dodałem tagi html):

Gratulacje!

Teraz mo??esz w pe??ni korzysta?? z us??ug jakie oferuje Gadu-Gadu. Mo??esz rozmawia?? przez komunikator Gadu-Gadu, rozmawia?? za grosze w Gadu naG??os, najlepszej muzyki w necie na platformie OPEN.FM, a tak??e pisa?? bloga na MojaGeneracja.pl

Tw??j nowy numer Gadu-Gadu to: ******

Z Gadu-Gadu mo??esz korzysta?? na trzy sposoby: instaluj??c komunikator Gadu-Gadu na swoim komputerze (http://www.gadu-gadu.pl/pobierz), w przegl??darce internetowej ze strony (http://web.gadu-gadu.pl) lub instaluj??c Mobilne Gadu-Gadu w swoim telefonie kom??rkowym (http://mobilne.gadu-gadu.pl)

Warto wiedzie??:

  1. Zachowaj t?? wiadomo????. Mo??esz odszuka?? t?? wiadomo????, gdy zapomnisz sw??j numer konta Gadu-Gadu.
  2. Je??li zapomnisz has??a przejd?? na https://login.gadu-gadu.pl/account/remindpass

??yczymy dobrej zabawy 🙂

Zesp???? Gadu-Gadu

Nie muszę nic podawać, domena jest chyba prawidłowa – więc chyba nikt mnie nie nabiera. Strony gadu-gadu omijam szerokim łukiem, komunikatoru też staram się nie używać – skąd więc takie coś? Widzę dwie możliwości:

  1. Akcja reklamowa – ale to na mnie nie działa, pisałem wyżej
  2. Ktoś się pomylił (zakładam) i podał mój email – to już pewnie ma nowy numer.

Rejestrował się ktoś może na tym serwisie? Jakoś mnie to specjalnie nie przeraża, ciekawy jestem tylko.

Korzystając z okazji, Ci od Gadu-Gadu, mogli by w końcu wbić sobie do głowy, że są różne typy kodowania.

True Blood (sezon 2)

Jeśli ktoś wytrzymał sezon pierwszy i wciąż nie ma dość, to śmiało może obejrzeć kolejny sezon. Sporo rzeczy poprawiono, dalej mamy do czynienia z tym samym światem no i nie wstępniak wciąż jest ten sam, zdecydowanie lepiej się to teraz ogląda.

Krótkie streszczenie fabularne: mamy kilka wątków głównych. Sookie, razem z Billem wyjeżdżają do Dallas, na zlecenie Eryka, szukać zaginionego wampira – Godrica. Otwartym pytaniem jest: czemu Erykowi tak na tym zależy? W dodatku ewidentnie knuje on coś na boku. Do Dallas jedzie też Jason, brat Sookie i mój ulubieniec, który związał się z Bractwem Słońca, wyraźnie faworyzowany przez parę założycieli – ciekawe, co Newlinowie od niego chcą? Stackhouse bryluje wśród fanatyków religijnych, którzy tak na prawdę wydają się zgrają dzieciaków z patykami rzucającymi się na maszyny do zabijania. Tym czasem w Bon Temps, Tara wciąż mieszka z Maryann, osobą, która na pewno nie jest człowiekiem i która również skrywa swoje motywy. Do tego ma zdolność na wpływanie na wszystkich mieszkańców miasteczka.

Wątek poboczny to m.in. historia Jessici – podopiecznej Billa, która, raz to przedstawiana jest jako wamp, raz jako nastolatka zdolna rzucać ludźmi o ścianę, lub ewentualnie jako dziewica. Kolejnym jest historia Lafayette’a, który został porwany pod koniec pierwszego sezonu.

Będąc w Dallas poznajemy nowych wampirów, przybliżone nam są struktury ich władzy, oraz relacje ludzie-wampiry. Przygody w Dallas kończą się gdzieś w połowie sezonu, a dalsza część toczy się w zdewastowanym miasteczku Bon Temps – aura tajemnicy, czy wręcz “horroru”, zmiesza jest z sporą dawką trochę wymuszonego humoru (czasem nawet śmieszy). Znalazło się też trochę czasu na reklamę konsoli Wii – nawet za dużo.

Podsumowując: drugi sezon jest lepszy niż pierwszy. Z pewnością zachęcił mnie do obejrzenia kolejnego. Będzie on prawdopodobnie dotyczył spisku królowej (pojawia się pod koniec sezonu) wampirów, oraz animozji pomiędzy Billem, a Erykiem.

Gorky 17

W chwili wydania robiła sporo zamętu, w końcu to polska gra. Sam próbowałem ją uruchomić, ale mój komputer z trudem dźwigał demo. Potem o niej zapomniałem i żyłem dalej, aż do czasu kiedy okazało się, że można ją dość łatwo dostać – z gazetą Gry Komputer Świat (byłbym zapomniał – znana jest również pod nazwą “Odium”, głownie w USA). W końcu po 10 latach i ja w nią zagrałem. Można ją dostać też w wersji na system Linux.

Fabuła

Ogólnie rzecz zaczyna się od tego, że Rosjanie (w roku 2008 – przypominam, że dla twórców odbyło się to w przyszłości) zbombardowali jedno ze swoich “tajnych miast” – właśnie Gorky 17. Czemu? Tego wywiad NATO nie ustalił, ale wszyscy podejrzewają, że oficjalny powód, czyli “zamknięcie”, jest tylko przykrywką.

Rok później – czyli w roku 2009, co zresztą bardzo pasuje, jeśli spojrzeć w kalendarz – oddziały NATO wprowadzają się do Polski – w ramach 3cie etapu integracji Wojska Polskiego z siłami sojuszu. Między innymi, sprawdzane są dokładnie opuszczone przez Rosjan ich byłe bazy na naszym terenie. W jednej z nich, niedaleko Lubina, prowadzone były podobno eksperymenty podobne do tych z Gorky 17. Wysłano tam grupę naukowców, ale ci już nie wrócili. Wymarłe z założenia miasto zostało otoczono kordonem wojska jak i żądnych sensacji mediów. A do miasta wyrusza kolejna grupa tym razem wojskowych – czyli my.

Drużyna

Dowódcą jest Kanadyjczyk – Cole Sullivan. Drugim po nim jest Jarek Owicz (dla przyjaciół Ovitz), jak można się domyślić jest Polakiem, a to oznacza, że: jest tłumaczem, bo zna angielski, polski i rosyjski (niemiecki podobno też, ale nie korzystał z niego w czasie gry), oraz jest katolikiem, który na widok hybryd (o tym później) wyzywa je od demonów, czy dzieł szatana. Lubi nieco dokuczać trzeciemu członkowi ekipy, którym jest Francuz Thiery Trantigne. Teoretycznie postaci rozmawiają po angielsku, ale żeby znali go np. spotkani szabrownicy?

Do drużyny można dołączyć – właściwie nie mamy za dużego wyboru zwykle – jeszcze jakieś 5 osób, w tym 2 kobiety. Te dodatkowe osoby jednak są tymczasowymi kukiełkami, rzadko kiedy coś mówią, a w końcu, w pewnym momentach odłączają się od ekipy. W finale będziemy mieć tylko naszych trzech wojaków. Tak nawiasem, śmierć dowolnego z członków drużyny kończy walkę.

Rozgrywka

Mamy niejako dwie mapy – pierwsza to ogólna, gdzie nasi podopieczni chodzą to tu, to tam, rozwiązując proste zagadki i zbierają przedmioty do nich. Co pewien czas natrafiają oni na wroga, zawsze w tych samych miejscach. Na mapie głównej wszystko jest zaplanowane, nie ma nic losowego. Nie musimy zwiedzać całej mapy, czy rozwiązywać wszystkich zagadek, co ograniczy nam ilość przeciwników do wyeliminowania, ale opłaca się to robić ze względu na ciekawe przedmioty jakie można znaleźć no i punkty doświadczenia. Przejdźmy do walki.

Walka jest rozgrywana w turach, na specjalnym ekranie stanowiącym niejako powiększenie widoku z poprzedniego w tym szczególnym miejscu. Plac boju jest ograniczony. Jak wspomniałem, w Gorky 17 wszystko jest zaplanowane. Tak więc ta sama walka ma dokładnie taki sam początek jak i zestaw przeciwników, jedyną zmienną jest nasza taktyka. A i jedna ważna rzecz: ponieważ walczymy na małych ograniczonych arenach możliwości rażenia broni zostały mocno również ograniczone. W zależności od typu broni, można z niektórych z nich, strzelać np. tylko na wprost. Przypomina to więc nieco grę w szachy. Zanim będziemy mogli strzelać trzeba postać dobrze ustawić, żeby w ogóle mogła oddać strzał. Podobno jest to zapożyczenie z jakiegoś japońskiego tytułu. Ale zaletą tego rozwiązania jest to, że dotyczy ono także przeciwników, więc przesuwając nieco bohatera możemy postawić go poza możliwością rażenia wroga. Walka jest silnie taktyczna, przypomina to raczej łamigłówkę, którą należy rozwiązać za pomocą dostępnych środków.

Trzecim aspektem gry, są elementy RPG. Współczynniki tutaj dotyczą tylko walki. Właściwie to można zignorować planowanie ich rozwoju. Każda z postaci ma też osobny stopień rozwoju w danej broni. Dlatego warto od razu zastanowić się, czym kto ma walczyć i konsekwentnie się tego trzymać.

Przeciwnicy

No to spory plus gry. Mieli twórcy fantazję, choć może trochę chorą, to jednak. Przeciwnikami są w większości tzw. hybrydy, ponieważ stanowią one połączenie ludzi, byłych mieszkańców miasta, z najróżniejszymi zwierzętami, dodatkowo doprawione o jakieś różnorodne przedmioty, w tym sporo broni palnej, takich jak miniguny, czy wyrzutnie rakiet. Jeśli kogoś one ciekawią, może obejrzeć sobie artworki z oficjalnej strony gry.

Potwory mają różne umiejętności, czy techniki ataku. Niektóre są też odporne na pewne specyficzne formy zadawania cierpienia. Do każdego z nich trzeba dopasować swoją strategię. Jeśli chodzi o ich inteligencję, to mogło być lepiej. W kilku sytuacjach widziałem, jak marnują one okazję na zadanie większych szkód, czy nawet dobicia rannej postaci.

Grafika

Tła są ładne, ale statyczne. Tak samo w czasie walki. Po tych tłach chodzą sobie trójwymiarowi bohaterowie, którzy są dość kanciaści. Na systemie Windows XP gra też często sprawiała mi problemy z grafiką, co ciekawe, nie miałem takich problemów z demkiem na systemie Linux. O ile główna trójka jest dobrze animowana, to postacie dodatkowe już nie. Widać, że autorom nie chciało się ich dopracowywać, mają zbyt wolną animację chodzenia do samej prędkości poruszania się, animacje dodatkowe (np. obroty) mają również uproszczone. Potworki oddane są całkiem nieźle. Twórcy nieco ułatwili sobie życie i efekty ataków (np. krew, płomienie) są płaskimi bitmapami, które zresztą szybko znikają. Na polu walki nie uświadczymy szczątków czy kałuży posoki. Agonia każdej z postaci jest taka sama, niezależenie od tego od czego przyjdzie jej zginąć.

Walki z bosami, poprzedzane są krótkimi, acz wykonanymi w dobrej jakości, filmami. Przedstawiają nam one przeciwnika z jakim przyjdzie się potykać. No i oczywiście do filmów należy doliczyć intro – przedstawia zbombardowanie Gorky 17, oraz krótkie outintro.

Dźwięk

Wszystkie dialogi są “mówione”, aktorzy radzą sobie dobrze, nie mamy tu do czynienia z odwalaniem roboty. Dialogów też nie jest za dużo.

Dźwięki niczego sobie, choć trochę irytujący jest odgłos, kiedy klikamy w miejscu do którego nie można wejść, za pierwszym razem myślałem, że mam problemy z odtwarzaniem muzyki.

Co do muzyki, to jest i to całkiem niezła. W czasie walki dynamiczna i szybka, na mapie głównej spokojna, ale niepokojąca. Buduje klimat.

Podsumowanie

No to teraz najtrudniejsze, jaką notę wystawić “Gorky 17”? Przede wszystkim, jest to gra liniowa, ma trochę z prostej przygodówki. Posmak survirval horroru znika na zawsze po znalezieniu dodatkowego ekwipunku. Kilka niedoróbek w grafice, czy w logice świata. Oraz nagłe dołożenie dodatkowych wątków na samym końcu gry – odnoszę wrażenie, że twórcy nie przemyśleli swojej i tak nieskomplikowanej fabuły i nie bardzo mieli co z nią zrobić. Na plus mamy ciekawy zestaw potworków, ładne tła, interesujące walki, choć może nieco dziwnie prowadzone. Przechodząc za jednym razem demko, potem pełną wersję, właściwie nie miałem większych problemów, zostało mi nawet sporo amunicji i środków leczących.

Twórcy nie zdecydowali się kontynuować fabuły, oraz samego stylu gry “Gorky 17”. Wydano dwa prequele, które były o ile mi wiadomo, skradanko-strzelankami. Ich bohaterem jest Cole Sullivan.

Ale wracają do “Gorky 17”. Jeśli macie okazję, lubicie gry taktyczne, oraz leży tam gdzieś na półce płytka, to polecam. Gierka ma klimat, szkoda, że właściwie jest to zabawa jednorazowa, no i trzeba przymknąć oko na to czy na tamto. Ja bawiłem się dobrze.

Linki