Nie ma czegoś takiego, jak darmowy freeware

Jak moim czytelnicy wiedzą, nie używam za dużo Windowsa. A, że nie używam go za dużo, ten służy mi wiernie i bez większych problemów (biorąc pod uwagę, że to Windows) już dość długo, od czasu jego pierwotnej instalacji. Krótko mówiąc – dawno nie reinstalowałem tego systemu, a co za tym idzie, nie instalowałem masy przeróżnych programów potrzebnych do jakiegoś normalnego wykorzystania komputera.

Ale, przyszła kryska na matyska. Musiałem zreinstalować system Windows i to na dwóch kompach na raz. Rzecz jasna, dodatkowo na obu zainstalowałem sporą liczbę dodatkowego oprogramowania, głównie freeware. I tu własnie leży wampir pogrzebany…

O ile kiedyś było to zjawiskiem rzadkim, to teraz prawie każdy “darmowy” nie Open Source’owy program oprócz samego siebie proponuje instalacje najróżniejszego śmiecia. Jakiś pierdół: pasków do przeglądarki, dodatkowych programików nie-wiem-na-co-mi-one, i to jeszcze takich fajnych, które z miejsca lokują się przy starcie systemu, czy nawet całej przeglądarki (w tym wypadku Google Chrome – przy instalacji Avasta).

O ile jeszcze część uczciwie pyta, czy można dorzucić coś na hasiok, i jest możliwość odkliknięcia domyślnie wybranego zaśmiecania, ale tylko pod warunkiem, że proces instalacji nie sprowadza się do przechodzenia “dalej”, “dalej” z uporem godnej lepszej sprawy, to np. takie Skype bezpardonowo instaluje sobie jakieś swoje dodatki (tutaj, przyznam, że opuściłem pole wyboru opcji, dokładnie tak, jak sugerują komentujący mój wpis). Trzeba je potem ręcznie wyszukać i usunąć z systemu.

A potem jeszcze się ludzie dziwią, czemuż to ich komputer wygląda jak przydrożny kawałek lasu, na którym okoliczni mieszkańcy oszczędzają na wywozie śmieci. Cóż, stara dobra zasada “nic za darmo” jak widzę wciąż w mocy.

Z cyklu dziwne hobby

Zauważyłem ostatnio u siebie manierę, iż wchodząc do jakiegoś urzędu szukam na ścianie symbolów religijnych. To zapewne efekt uboczny moich kilku ostatnich postów oraz ogólnokrajowego zainteresowania tematem tzw. “krzyży”.

Zanim ktoś mi zapiszę receptę na pigułki z suszonej żaby, dopowiem tylko, że na 2 odwiedzone urzędy miasta (od czasu tej afery), w obu, w jakiś w sumie 4 pomieszczeniach, nie znalazłem rzeczonego krzyża. Na korytarzu owszem, była choinka i na niej obrazek świętej rodzinny z życzeniami. Cieszy mnie iż są ludzie, którzy potrafią rozdzielić pracę od swojej prywaty, bez odgórnego nakazu, zdecydowanie lepiej człowiek się czuje.

Nie wiem jednak czy tak jest wszędzie, no i jeszcze sprawa szkół…

I znowu sprawa krzyży… kolejne komentarze

Użytkownik Igon podzielił się na głównej stronie Jogger swoimi 3 “jezusowymi” groszami z resztą świata. Jednak, z czystej złośliwości (to żartobliwie piszę) zablokował możliwość komentowania jego wpisu. Użyłem co prawda trackback, ale to też zablokowane (lub nie wyświetla się), więc zdecydowałem się wrzucić ten tekst na główną.

Na prośbę jedno z czytelników, chciałem zaznaczyć, że zamieszczone przeze mnie fragmenty postu Igona są skopiowane bezpośrednio z tekstu oryginalnego, innymi słowy: pisownia oryginalna.

Przepraszam bardzo ale czy ludzią klapki na oczy spadły czy nie potrafią czytać? Bezstronność państwa, wolność sumienia i wyznania – gdzie to jest zachowane jeśli zakaże się wieszania symboli religijnych? Moim zdaniem taki zakaz jest właśnie ewidentną próbą mieszania się w życie publiczne – bo w polsce nie tak łatwo o katolicką szkołę i większość jest państwowa – a skoro tak to jak w takiej szkole mają się czuć dzieci katolików? Jako przymusowi ateiści?

Igon zapomniał, że nikt nie nakazuje nikomu zerwać z religią. Po prostu należy, zauważyć, że nasze Państwo, nie może wspierać ŻADNEJ religii. I to jest właśnie owa Bezstronność państwa, wolność sumienia i wyznania.

Mętność wykładni widać już przy kolejnym zdaniu: bo w polsce nie tak łatwo o katolicką szkołę i większość jest państwowa, a właśnie, przy okazji: w Polsce! Biedni Katolicy nie mają swoich szkół, to Państwo musi pospieszyć przerobić im szkoły państwowe na katolickie… Ciekawe, jakby mój adwersarz zareagował, jakby grupka Satanistów zażądała odwrócenia tychże krzyży, bo nie ma dostatecznej liczby prywatnych szkół satanistycznych.

W następnym paragrafie mamy przykład demagogii, której nie skomentuje, choć mógłbym się przekrzykiwać z autorem. Np. wysunąć wizję, jakby w przyszłości, każdego niechrzczonego Polaka należałoby pozbawić obywatelstwa… no chyba, że udowodni w urzędzie (i kurii), że nie jest Żydem, lub Masonem. Oto i rzeczony paragraf:

Może zakazać także noszenia krzyży na szyjach itd? W końcu osoba z innej wiary może czuć się zgorszona widokiem katolika tak się afiszującego? A może jej religia / sekta każe traktować katolików jak wrogów (np ekstremalne odmiany islamu)?

Przejdźmy dalej, ciekawą propozycję szkicuje nam Igon: jeśli już chcą być tacy poprawni politycznie to dać możliwość wieszania WSZYSTKICH symboli legalnych religii w danym państwie – będzie to poprawne politycznie. W celu uniknięcia bałaganu na ścianie możnaby umieszczać symbole tylko tych osób które na prawdę uczęszczają do danej szkoły – a nie każdej możliwej religii.. Czyli nie ma to jak wieszać wszystkie symbole, każdej religii. Wierzysz w Różowego Papę Smerfa Stwórcę Wszechrzeczy? Ok, proszę, przyklej symbol tutaj… To może lepiej od razu zakazać wieszania KAŻDEGO symbolu religijnego i będzie spokój?

A co z ateistami? Przecież są nie wierzący -więc jak krzyż, gwiazda dawida czy cokolwiek innego może na nich wpłynąć? Skoro nie wierzą to dla nich to fajna ikonka – taka jak logo windowsa na przycisku start – więc gdzie tu jakikolowiek przymus? Nikt przecież nie zmusza do odmawiania pacierza na rozpoczęcie zajęć ani nikt nie ocenia religijności danej osoby (prócz przedmiotu religia który nie jest obowiązkowy).

Niejaki Tomasz Moore w swojej “Utopii” nakreślił wizję społeczeństwa, w której można wierzyć w różne religie, ale ateizm jest zakazany. U niego też religia też najwyraźniej nie wpływała na ateistów. Obecność symbolu religijnego na państwowej ścianie to znak tego, że jeśli wyda się iż owy uczeń, czy petent jest ateistą, może narazić się na nieprzyjemności. Czemu? Chociażby dlatego, że już ktoś dał dowód nieumiejętności oddzielenia życia prywatnego od pracy. Kto wie co do czego jeszcze się posunie w obronie jedynego słusznego źródła moralności.

Tak samo z eliminacją religii ze szkół – czemu? skoro kuria daje własnych nauczycieli w niektórych przypadkach (księży) to w czym problem?

W czym problem? To niech ich kuria też opłaci, a nie, żeby płacili za to wszyscy, czy są Katolikami, czy nie.

Moim zdaniem walka z krzyżem i przejawem religijności to właśnie ZMUSZANIE do ateizmu – skoro chce być katolikiem to chce czuć się bezpiecznie i pewnie w państwie, chce by moje dzieci były wychowywane w wierze katolickiej i z zasadami moralności jakie jej dotyczą a nie w wierze ateistycznej z nauczaniem że wolno ci wszystko bylebyś nie złamał prawa.

No tak, a nie przypadkiem budowanie wspólnoty, gdzie religia nie jest czymś narzuconym, a jedynie prywatną sprawą każdego człowieka. Do której, jak i do większości prywatnych spraw, Państwo nie powinno wsadzać nosa?

Igon jawnie zadeklarował się jako Katolik i ciągnie swoją, waham się trochę napisać to – populistyczną (dla Katolików) wypowiedź: Ja płacę podatki i utrzymuje z nich m.in. szkoły – jestem katolikiem więc skoro nie może być mojej religii w szkole to nie chce płacić na nią – wolę zapłacić na szkołę katolicką – jeśli tak zmienią prawo to sam poprę wyparcie religii ze szkoły publicznej i przeniesienie wszystkiego do szkół religijnych.. A więc rolą szkoły ma być nauczenie religii! Co tam język ojczysty, historia, fizyka czy matematyka – najważniejsza jest religia! I już!
Przykro mi, nie uważam, że jest to zadanie państwowej szkoły.

Komentowany artykuł znaleźć można pod adresem: Komenatrz do afery o krzyżach.

Coraz mniej święte Święta

Mamy Święta, ale jakie? Już od jakiegoś czasu, w tzw. krajach zachodnich, nie można powiedzieć “Bożego Narodzenia”. Zwyczaje owe docierają i do nas. Do tej pory miały one postać nieświętego Mikołaja, czyli grubego dziadka w czerwonym wdzianku, którego ze świętym Mikołajem z Miry ma coraz mniej wspólnego. Ewentualnie całej tej “szkopki” (to chyba złe słowo w tym kontekście…) jakie fundowały nam wielki sieci handlowe już od października. Wyczytałem dzisiaj, że czynimy kolejny krok w stronę “Zachodu”. Może to by tłumaczyło tą irracjonalną chęć zatrzymania krzyża na państwowej ścianie?

No cóż, w końcu święto w okolicach 24 grudnia, to nie jest wcale wynalazek Chrześcijan. Oni tylko pokryli istniejące obrządki w dniu swoją teologią. Do dziś obchodzimy część zwyczajów naszych pogańskich przodków, być może nawet o tym nie wiedząc (ręka do góry ci, którzy myślą, że dodatkowe nakrycie jest dla samotnego wędrowca). Tak samo dzisiaj robią “żydomasoni”, jak ktoś lubi uogólnienia, ale wolę myśleć o tym jako o laicyzacji społeczeństwa oraz konsumpcjonizmie, napędzanym “żadnymi zysków kapitalistami” – szefami sklepów – brzmi tak samo strasznie, tylko ciut mądrzej i nikt nie będzie mnie pytał, gdzie moja moherowa czapka.

Można by dociekać: czy to ważne? Osobiście święta pojmuje jako święto rodzinne (prawie jak u naszych nieochrzczonych antenatów). Czas w którym mogę się z moją rodziną spotkać, pogadać, przypomnieć sobie czemu mieszkamy osobno, jak powiedzieli by złośliwi, i takie tam. Czy do tego obrazka potrzeba jakiś mistycznych objawień? Byle by oczywiście reszta rodziny tak właśnie na Święta patrzyła. Nie ma nic gorszego niż wysłuchiwanie litanii narzekań na “pogańską” współczesną młodzież. Zwłaszcza, jeśli samemu się jest w poczet owej wliczanym.

Życzę wszystkich Wesołych Rodzinnych Świąt.

O niedawnym podboju Kaliningradu

Szukając alternatywy dla PKP, zawędrowałem na stronę DB Bahn, gdzie przy wyborze kraju, zauważyłem, że przegapiłem chyba akt oddania Polsce przez Rosję, wspomnianego w tytule, skrawka Ziemi na północy naszego kraju (oto i screen). Ktokolwiek tworzył tą ładną stronkę, bez użycia Flesha, chyba nie jest na bieżąco z geografią centralnej Europy. Ale to miły, nie powiem, akcent. W Rosji ta firma chyba jeszcze nie ma filii.

Revolution OS (2001)

Na ten film natrafiłem chyba, dzięki jakiemuś Joggerowi. Ogólnie rzecz biorąc, jest to dokument, trochę już stary, wyjaśniający jak powstało, na czym polega ruch Wolnego Oprogramowania (ang. Free Software), czy Otwartego Oprogramowania (ang. Open Source). Można też dowiedzieć się z niego nieco o Richardzie Stallmanie, Eriku Raymondzie, czy Linusie Torvaldsie. Powiązaniach pomiędzy nimi oraz różnicach.

Film przedstawia też początek systemu GNU/Linux. Pierwszych firm z branży IT, które opierają się o niezamknięte oprogramowanie, takie jak np. Cygnus Solutions, Red Hat, czy Netscape.

Jak wspominałem film się nieco zestarzał, ale mimo to wciąż dobrze prezentuje genezę wymienionych ruchów. Polecam jedynie zainteresowanym, bo osoby postronne mogą nieco pogubić w terminologii, nazwach programów i nazwiskach. Na zakończenie piosenka z filmu, która nie wiedzieć czemu, wpadła mi jednak w ucho…

Strona filmu

Sprawa krzyża w szkole, komentarze do debaty

Dzięki Pawłowi Ciupakowi, w jego poście Imgblog: Palikot w wersji „czercz” trafiłem na artykuł Miała być debata o krzyżach w szkole, wyszło show. Pozwolę sobie skomentować, na podstawie tego artykułu, niektóre z wypowiedzi.

W tonie dramatycznym odpowiadał jej dr Nysler: – To, że domagacie się zdjęcia krzyży, świadczy, że jego wartości i znaczenia nie doceniacie i nie pojmujecie – zarzucił Niemier i jej kolegom. – W imię wolności proszę was, pozwólcie nam, katolikom, na publiczne wyznawanie naszych wartości.

Proszę bardzo, ja Katolikom nie zabraniam wieszać krzyżu na ścianie, czy na szyi, tylko wara od ściany szkoły, to nie jest prywatna ściana.

Tomasz Terlikowski wygłosił wykład z historii chrześcijaństwa. – To chrześcijaństwo stworzyło Polskę i Europę. Czy w Iraku lub Iranie, gdzie go nie ma, taka debata byłaby możliwa? A może chcielibyście żyć w Chinach, państwie neutralnym światopoglądowo? – pytał.

“W historii się nie gdyba” panie Tomaszu! Jestem pewien, że poradziła by sobie Europa, w końcu jej ostatnia historia to okres bez udziału religii. A demokracja powstała w pogańskiej Grecji. A co do Chin, to jest to czysta demagogia. Też zarządzona przez fanatyków, tylko z innej “filozofii”. W Iranie i Iraku rządziły religie i jak się to skończyło?

Dyskusję na właściwy tor próbował sprowadzić prof. Hartman z UJ. – Spór o obecność krzyży w szkole nie jest sporem osób wierzących z niewierzącymi. To debata o bezstronności światopoglądowej państwa. Nieobecność krzyży w szkole nie jest zwycięstwem żadnej ze stron, oznacza jedynie neutralność i pokorę wobec praw wszystkich

To prawda, sami wierzący, powinni czuć różnicę między prywatą a Państwem.

Bronił też autorów petycji, których mianem “rozwydrzonych smarkaczy” określił były minister edukacji w rządzie PiS prof. Ryszard Legutko. – Nie wszyscy profesorowie filozofii na UJ są tacy – przekonywał.

Słowa Legutko świadczą, że nie powinien był on ich wygłaszać. Ewentualnie przemyśleć je wcześniej. Długo.

Najbardziej zdumiewające było zachowanie ks. Wojciecha Zięby. Nie krył, że nie traktuje serio uczestników debaty. Na zakończenie wręczył Niemier różowego pluszowego misia. Jej koledzy dostali natomiast po pistolecie na baterie. Tłumaczył, że to symbole pojedynku, jaki w “czternastce” został stoczony.

Kolejny dowód na to, że krzyż na szkolnej ścianie miesza, za przeproszeniem, we łbach ludziom i trzeba je niezwłocznie ściągnąć. Oto i szacunek jakiego ma uczyć ten właśnie zawieszony krzyż.

Kończąc debatę, dyrektor XIV LO Marek Łaźniak uznał sprawę obecności krzyży w kierowanej przez siebie szkole za zamkniętą. I powtórzył: – Obowiązuje mnie rozporządzenie ministra edukacji z 1992 roku, zgodnie z którym nie mam prawa zdejmować krzyży ze ścian.

Jak to ktoś ładnie ujął: Nie ma prawa zdejmować krzyży a ma prawo wieszać? Czy to szkoła katolicka?Czy kler ją finansuje? w swoim komentarzu “Czarny terror”.

Młodzi ludzie otrzymali od swoich wychowawców bolesną lekcję, że krzyż w rękach ludzi nie musi być symbolem pojednania.

Krzyż nie jest takim symbolem, należy o tym pamiętać, to symbol religijny. Dla niektórych jest też reklamą narzędzia tortur, czy ozdobnikiem, ale przemilczmy to. Nasze państwo w Konstytucji gwarantuje nam neutralny światopogląd i tego należy przestrzegać. Nie ma miejsca dla krzyża w urzędzie, czy w szkole, nie dla tego, że nie doceniam jego znaczenia, ale dlatego, że właśnie to robię.

BioShock

Gdyby Andrew Ryan, ateista, chcący wyzwolić ludzkość, rozumianą jako zbiór jednostek wybitnych, od tyranii religii, socjalizmu oraz Państwa, prowadziłby swojego Joggera, byłby zapewne bardzo poczytny. Nie mając gdzie wylewać swoich żalów, postawił “wybrać niemożliwe”, mianowicie zbudował na dnie oceanu miasto, które szyderczo nazwał Rapture[1]. Rapture to miejsce, gdzie człowiekowi należą się owoce jego własnej pracy! A mali nie stoją na drodze Wielkich! A to jest moja recenzja gry BioShock w wersji na PC.

Premium Games

Zacznijmy od początku. Na początku był wybór… Mając do wyboru wersję zwykłą oraz wersję gry wydaną w serii “Premium Games”, zdecydowałem się na tą ostatnią, pomimo większej ceny. Skusił mnie “Premium Disc”, naiwnie spodziewałem się tam jakichś ciekawych dodatków np. modów do głównego krążka. Modów niestety nie uświadczymy, wstawiono tam takie elementy, jak soundtrack, tapety, podcasty na temat BioShock (nie wszystkie zresztą, brakuje jednego i późniejszych, związanych z wersją gry na PS3) – wszystko to można pobrać ze strony gry – oraz “profesjonalnie” napisany poradnik (kilka literówek, wygląda, że autor raz przeszedł grę, nie analizował obrzeży mapy – co w sumie na solucję wystarczy).

Z tym dodatkowym krążkiem wiąże się też sprawa polskiego tłumaczenia (kinowe, tylko napisy). Niestety jego instalator odmówił mi współpracy, argumentując, że nie umiem mu wskazać miejsca zainstalowania gry. Nie wiem kto i co zwalił, ale bawiłem się z tym kilkanaście minut dopóki nie pobrało mi się tłumaczenie Cenegi dostępne w sieci. Doradzam przemyślenie decyzji odnośnie kupna gry z serii Premium Games, chyba, że nie można kupić już innej, lub stanieje.

Gra

Uznana za grę roku 2007 (w tym roku została wydana). Jest to gra typu FPS, w której walczymy za pomocą 7 broni oraz za pomocą plazmidów (coś à la magia). Dodatkowo mamy możliwość pewnego wpływu na swoją postać. W grze zdobywamy substancję zwaną ADAMem, za którą możemy “kupować” kolejne ulepszenia naszego “ja” w tak zwanych “Ogrodach Obfitości”. Ulepszenia, czyli oprócz plazmidów, np. tzw. toniki, a także dodatkowe sloty dla toników i plazmidów. Skoro już wspomniałem o ADAMie, wspomnę też o substancji EWA, tak jak broń wymaga amunicji, tak plazmidy wymagają EWY (coś à la mana). Bohater bardzo widowiskowo ją sobie wstrzykuje.

Oprócz ulepszania samego siebie, może też dokonać modyfikacji posiadanej broni czy używać amunicji innego typu. Dodatkową zabawką jest aparat, którym robimy zdjęcia przeciwnikom, za które to dostajemy tzw. punkty badawcze, a po ich uzbieraniu konkretne bonusy, np. premie do obrażeń sfotografowanych przeciwników.

Akcją gry jest podwodne miasto Rapture, które niestety ma swoje najlepsze dni za sobą. Obecnie jest cieniem tego czym było i miało być. Wyeliminowani przeciwnicy respawnują się co pewien czas, dlatego należy ostrożnie przemierzać nawet oczyszczone już rejony.

Oprócz gromadzenia łupu z przeciwników będziemy mogli kupować potrzebne nam zapasy w specjalnych automatach. W innych możemy konstruować przedmioty lub leczyć się. Prawie wszystkie automaty można hakować, tak samo jak wszelkiego rodzaju mechanicznych (np. wieżyczki obronne, boty strażnicze) oponentów, dzięki czemu będą one atakować swoich byłych sojuszników. Hakowanie polega na wygraniu małej minigierki, polegającej na ułożeniu rury doprowadzającej płyn do ujścia.

Biorąc pod uwagę wytrzymałość wrogów, braki w zaopatrzeniu itp oraz bardzo wygodną (prawy przycisk myszy) zmianę broni na plazmid i na odwrót, gra zachęca nas do kombinowania nad sposobami eliminacji osób nam niemiłych. Być może zamiast użycia broni, trzeba by za pomocą telekinezy rzucić czymś we wroga, ewentualnie porazić go prądem, podejść i wycelować w głowę. Możliwości jest całkiem sporo i jest to jedna z zalet tejże gry.

Fabuła

W Rapture miejscami ze ścian leje się woda (ciekawe, gdzie odpływa…), część tuneli jest zniszczona, tu i ówdzie ślady walki. Od czasu do czasu zwłoki. Kim jesteśmy? Kimś kto właśnie przeżył katastrofę, samolotu na środku Pacyfiku i kimś, kto musiał ratować się wsiadając do batyskafu z biletem w jedną stronę do podwodnego miasta. Ale także i kimś pozbawionym kompleksów, stworzonym do rzeczy wielkich.

Nieco później historia naszego protagonisty nieco się rozjaśnia, ale na początku widzimy tylko tatuaż na jego ręce oraz kilka śladowych wspomnień. Nasi przeciwnicy to głównie tzn. genofagi (ang. splicers), to byli (w sumie wciąż nimi są) mieszkańcy, który przesadzili z ulepszaniem samych siebie, z związku z czym popadli w obłęd (spokojnie, AI stoi na wysokim poziomie). Obecnie znajdują się pod wpływem kontroli umysłów, a za sznurki pociąga Ryan.

A czemu jest jak jest? W Rapture wybuchła wojna o władzę. Ryan jej nie pragnął (do czasu), dlatego postanowił po nią sięgnąć niejaki Fontaine – gangster, przemytnik, który dorobił się nie tylko na przemycie Biblii i krzyży (bo to, oprócz alkoholu można znaleźć w skrzyniach przemytników), ale również był pierwszym, który finansował badania nad ADAM. Czym jest ADAM? To substancja wydzielana z pewnego gatunku morskich ślimaków, której niezwykłe właściwości umożliwiły leczenie nieuleczalnie chorych czy poprawę wszelakich defektów – a to dopiero był początek modyfikacji genetycznych wśród mieszkańców. Właśnie na niej bazują plazmidy.

Fabuła gry jest liniowa. O ile na początku jest to nieźle uzasadnione (jesteśmy sami w obcym świecie, a jedyny pomocny głos to niejaki Atlas), to później już nie bardzo. Do czasu, gdzieś w połowie, następuje świetny zwrot akcji. Szkoda tylko, że wciąż to całkowicie liniowa fabuła. Ale i tak jest dobra.

Jednym z haseł reklamowych gry były wybory moralne, czy uratować mieszkańców, czy nie itd… Tak na prawdę niczego takiego w sumie nie ma. Jedyne, na co masz wpływ, to wybór, czy zabijesz tzw. Małą Siostrzyczkę, czy nie. Jeśli zabijesz, dostaniesz więcej ADAM, jeśli nie, ocalisz dziecko, ale ADAMa dostaniesz mniej (podpowiem, że dr Tannenbaum stara się nam to wynagrodzić). Nawet ten jednak wybór jest w zasadzie kosmetycznym, gdyż podpakowany bohater wcale nie jest jakiś o wiele lepszy od mniej podpakowanego – głownie z racji tego, że do najlepszych ulepszeń dostajemy dostęp dopiero później. Może, jakby gra była trudniejsza, nabrałoby to jakiegoś znaczenia.

Gra oferuje nam 3 zakończenia, z czego jedno różni się od innego tylko tonem głosu lektora, czyli de facto 2 zakończenia. Zależą one od jedynego wyboru (wyborów) w grze (zabijałeś, czy ocaliłeś Małe Siostrzyczki). Widziałem na YouTube tzw. ukryte zakończenia, ale wydaje mi się, że to czyjś dowcip.

Wystrój i grafika

W grze wykorzystywano silnik Unreal. O tym wspomina screen, zaraz po dwóch takich, jakie w trzech językach informują o prawach autorskich. Nie ma to jak kupić oryginał i być zmuszanym do czytania o konsekwencjach piracenia za każdym uruchomieniem gry. O konsekwencjach użycia tego właśnie silnika wspomnę niżej, przy błędach.

A jak wygląda gra? Świetnie. Wszystko w tej grze stylizowane jest na styl Art Déco, czy chodzi o kosze na śmieci, flakoniki z plazmidami, bronie, fryzury, czy wnętrze batysfery. To jedna z bardziej oryginalnych konwencji. Wystrój wnętrz, plakaty wiszące na ścianach, dekoracje, rzeźby, wymieniać można bardzo długo.

Dużo starań oddano również do wyglądu wody. Wiadomo, tego akurat w Rapture nie zabraknie. Woda i jej zachowanie jest bardzo ładne. A jeszcze żeby wspomnieć o takich atrakcjach, jak widok topiącej się skóry podpalonego przeciwnika (jak ktoś lubi). Po prostu grafika jest świetna.

Dźwięk

Świetna, choć krótka muzyka (polecam soundtrack), dźwięki otoczenia też dobre. Nie ma niczego złego w doborze lektorów. Świetnie zrealizowane reklamy, czy hasła propagandowe ze świata Rapture.

Błędy

Wśród recenzji jakie oglądałem panowały ogólnie nastroje zachwytu. Nie mam nic przeciwko, dopóki nie zaćmiewają one osądu recenzenta. Kierując się swoją wrodzoną złośliwością, wymienię błędy gry BioShock.

Jak wspomniałem, gra bazuje na silniku Unreal, który ma nieco upierdliwą wadę, niedoładowywania tekstur. Często obserwować to można po wczytaniu gry, co ciekawe, raczej rzadziej przy pierwszym wejściu na dany poziom. Już bym wolał nieco dłużej poczekać przy wczytywaniu gry niż oglądać dość długo same gradienty kolorów. Przy okazji grafiki warto wspomnieć, że czasem na suficie widać cienie osób (głównie zwłok) znajdujący się nad nami.

Kolejnym z błędów jest niestety poziom gry. Na początku wiadomo – nie mamy nic, apteczek, broni, ulepszeń, a przeciwnicy atakują, szybko to się zmienia, jeśli dobrze celujemy (w głowę znaczy), to szybko zauważymy, że kończy nam się miejsce w kieszeniach (żeby nie było, teraz o Trudnym poziomie piszę). Przydałby się dodatkowy poziom trudności. Jest nawet taki mod (patrz linki). Być może kiedyś się skuszę.

W oryginalnej wersji, nikt prawdopodobnie nie sprawdził napisów do gry. Są one zupełnie nie synchronizowane z tekstem wypowiadanym. Jak dla mnie jest to spory minus. W polskim tłumaczeniu teksty wyświetlają się zdecydowanie lepiej (choć czasem pojawiają się o zdanie wcześniej). A skoro jestem przy polskim tłumaczeniu, to jest ono poprawne, choć w paru przypadkach zgubiono pojedyncze zdania.

A jeszcze, jeśli o tłumaczeniu jest mowa, to trochę żałuję, że twórcy (gry, nie tłumaczenia) nie zrobili tego lepiej. Nie są tłumaczone napisy na niektórych ścianach, zastąpiono to jedynie plakietką “propaganda” (również w angielskiej wersji), a szkoda, bo bardzo niektóre mi się podobały, np. No god, no king, only man. Za teksty nie zostały też uznane narzekania, złorzeczenia itp.. genofagów, a czasem warto ich posłuchać, choć w zasadzie są dość cykliczne i występują tylko w kilku wersjach (genofag-religijny, genofag-kokietka, matka, etc). Słownie nie wyświetlają się też reklamy (…) smart splicer is happy splicer!, czy hasła propagandowe Atlas is a friend of Parasite, don’t be a friend of Atlas. Choć pewnie mocno by zaciemniały widok, więc może to i lepiej.

O tych nieszczęsnych hasełkach reklamowych (widnieją na pudełku) o wyborach moralnych wspominałem. Kilku nielogicznościach terenu (np. ta woda wiecznie lejąca się gdzieś), czy o tym, że ogon rozbitego samolotu z powierzchni opada zdecydowanie za wolno, albo, że niektóre z plazmidów zupełnie nie mają uzasadnienia. Itp, ale to akurat jest przysłowiową betką, tym nie warto się przejmować.

Podsumowanie

Czy w BioShock warto zagrać? Tak. Z kilku powodów. Zaczynając od ciekawego rozwiązania jakimi są plazmidy oraz związanymi z nimi możliwościami eliminacji przeciwników. Kolejnym powodem jest muzyka oraz wystrój samej gry, bardzo oryginalne, bardzo ładne i bardzo ciekawe. A powodem kolejnym jest klimat. Szkoda, że jest ich może tak mało, ale są scenki, w których nagle uświadamiamy sobie, że czegoś brakuje, coś się zmieniło, w których wiemy, że jesteśmy w pułapce, rozglądając się nerwowo czekamy na cios przeciwnika – nie podam tutaj przykładów, aby nie psuć gry, ale warto zwiedzać całą mapę. A i opowieść, choć może i linowa, może i miejscami sztampowa, ale i tak gnała mnie dalej i dalej, każąc szukać czemu Ryanowi nie wyszło. Polecam.

Linki

Przypisy

1. Z języka angielskiego jest to tzw. “Porwanie Kościoła”, czyli przeświadczenie chrześcijan, iż Jezus zabierze wybranych ze sobą do nieba.

Galaxy Quest (1999)

Z założenia, jak przypuszczam, parodia Star Trek oraz środowiska “Trekkie“. Polski tytuł brzmi: “Ko(s)miczna załoga”. Taka sobie komedia pretendująca do miana filmu SF.

Fabuła

Aktorzy, którzy grali kiedyś główne role w serialu telewizyjnym SF, tytułowym Galaxy Quest, o przygodach załogi statku “Protector”, broniącego pokoju w galaktyce, przez osiemnaście lat od zakończenia emisji mocno podupadli, również na duchu. Obecnie jedynym ich źródłem utrzymania jest odcinanie kuponów z dawnej sławy i występy na różnych konwentach fanów. Do czasu, kiedy grupka baaardzooo prostodusznych kosmitów zwraca się do nich z prośbą o pomoc w walce z ich ciemiężcą. Mimo, jak wspominałem dość sporej łatwowierności, kosmici odtworzyli na podstawie dokumentów historycznych emitowanych z Ziemi, statek “Protector” w najdrobniejszym szczególe. Brakowało im tylko załogi, a ta myśląc, że chodzi o kolejną pracę dla fanów, zgodziła się.

Podsumowanie

Jest to film miejscami śmieszny, ale ma też kilka gorszych momentów. Oceniam go jako dobre wypełnienie wieczoru (jednego). Daleko tutaj do np. odcinka “Wormhole X-Treme!” z serialu “Gwiezdne wrota” (“Star Gate”). Mogło by się przydać więcej docinków odnośnie samej społeczności (trochę marginalnie ją potraktowano), ewentualnie jakieś bardziej konkretne aluzje do istniejących seriali, czy filmów SF. Być może nie wszyscy by je zrozumieli, ale część tak.

Linki