BioShock

Gdyby Andrew Ryan, ateista, chcący wyzwolić ludzkość, rozumianą jako zbiór jednostek wybitnych, od tyranii religii, socjalizmu oraz Państwa, prowadziłby swojego Joggera, byłby zapewne bardzo poczytny. Nie mając gdzie wylewać swoich żalów, postawił “wybrać niemożliwe”, mianowicie zbudował na dnie oceanu miasto, które szyderczo nazwał Rapture[1]. Rapture to miejsce, gdzie człowiekowi należą się owoce jego własnej pracy! A mali nie stoją na drodze Wielkich! A to jest moja recenzja gry BioShock w wersji na PC.

Premium Games

Zacznijmy od początku. Na początku był wybór… Mając do wyboru wersję zwykłą oraz wersję gry wydaną w serii “Premium Games”, zdecydowałem się na tą ostatnią, pomimo większej ceny. Skusił mnie “Premium Disc”, naiwnie spodziewałem się tam jakichś ciekawych dodatków np. modów do głównego krążka. Modów niestety nie uświadczymy, wstawiono tam takie elementy, jak soundtrack, tapety, podcasty na temat BioShock (nie wszystkie zresztą, brakuje jednego i późniejszych, związanych z wersją gry na PS3) – wszystko to można pobrać ze strony gry – oraz “profesjonalnie” napisany poradnik (kilka literówek, wygląda, że autor raz przeszedł grę, nie analizował obrzeży mapy – co w sumie na solucję wystarczy).

Z tym dodatkowym krążkiem wiąże się też sprawa polskiego tłumaczenia (kinowe, tylko napisy). Niestety jego instalator odmówił mi współpracy, argumentując, że nie umiem mu wskazać miejsca zainstalowania gry. Nie wiem kto i co zwalił, ale bawiłem się z tym kilkanaście minut dopóki nie pobrało mi się tłumaczenie Cenegi dostępne w sieci. Doradzam przemyślenie decyzji odnośnie kupna gry z serii Premium Games, chyba, że nie można kupić już innej, lub stanieje.

Gra

Uznana za grę roku 2007 (w tym roku została wydana). Jest to gra typu FPS, w której walczymy za pomocą 7 broni oraz za pomocą plazmidów (coś à la magia). Dodatkowo mamy możliwość pewnego wpływu na swoją postać. W grze zdobywamy substancję zwaną ADAMem, za którą możemy “kupować” kolejne ulepszenia naszego “ja” w tak zwanych “Ogrodach Obfitości”. Ulepszenia, czyli oprócz plazmidów, np. tzw. toniki, a także dodatkowe sloty dla toników i plazmidów. Skoro już wspomniałem o ADAMie, wspomnę też o substancji EWA, tak jak broń wymaga amunicji, tak plazmidy wymagają EWY (coś à la mana). Bohater bardzo widowiskowo ją sobie wstrzykuje.

Oprócz ulepszania samego siebie, może też dokonać modyfikacji posiadanej broni czy używać amunicji innego typu. Dodatkową zabawką jest aparat, którym robimy zdjęcia przeciwnikom, za które to dostajemy tzw. punkty badawcze, a po ich uzbieraniu konkretne bonusy, np. premie do obrażeń sfotografowanych przeciwników.

Akcją gry jest podwodne miasto Rapture, które niestety ma swoje najlepsze dni za sobą. Obecnie jest cieniem tego czym było i miało być. Wyeliminowani przeciwnicy respawnują się co pewien czas, dlatego należy ostrożnie przemierzać nawet oczyszczone już rejony.

Oprócz gromadzenia łupu z przeciwników będziemy mogli kupować potrzebne nam zapasy w specjalnych automatach. W innych możemy konstruować przedmioty lub leczyć się. Prawie wszystkie automaty można hakować, tak samo jak wszelkiego rodzaju mechanicznych (np. wieżyczki obronne, boty strażnicze) oponentów, dzięki czemu będą one atakować swoich byłych sojuszników. Hakowanie polega na wygraniu małej minigierki, polegającej na ułożeniu rury doprowadzającej płyn do ujścia.

Biorąc pod uwagę wytrzymałość wrogów, braki w zaopatrzeniu itp oraz bardzo wygodną (prawy przycisk myszy) zmianę broni na plazmid i na odwrót, gra zachęca nas do kombinowania nad sposobami eliminacji osób nam niemiłych. Być może zamiast użycia broni, trzeba by za pomocą telekinezy rzucić czymś we wroga, ewentualnie porazić go prądem, podejść i wycelować w głowę. Możliwości jest całkiem sporo i jest to jedna z zalet tejże gry.

Fabuła

W Rapture miejscami ze ścian leje się woda (ciekawe, gdzie odpływa…), część tuneli jest zniszczona, tu i ówdzie ślady walki. Od czasu do czasu zwłoki. Kim jesteśmy? Kimś kto właśnie przeżył katastrofę, samolotu na środku Pacyfiku i kimś, kto musiał ratować się wsiadając do batyskafu z biletem w jedną stronę do podwodnego miasta. Ale także i kimś pozbawionym kompleksów, stworzonym do rzeczy wielkich.

Nieco później historia naszego protagonisty nieco się rozjaśnia, ale na początku widzimy tylko tatuaż na jego ręce oraz kilka śladowych wspomnień. Nasi przeciwnicy to głównie tzn. genofagi (ang. splicers), to byli (w sumie wciąż nimi są) mieszkańcy, który przesadzili z ulepszaniem samych siebie, z związku z czym popadli w obłęd (spokojnie, AI stoi na wysokim poziomie). Obecnie znajdują się pod wpływem kontroli umysłów, a za sznurki pociąga Ryan.

A czemu jest jak jest? W Rapture wybuchła wojna o władzę. Ryan jej nie pragnął (do czasu), dlatego postanowił po nią sięgnąć niejaki Fontaine – gangster, przemytnik, który dorobił się nie tylko na przemycie Biblii i krzyży (bo to, oprócz alkoholu można znaleźć w skrzyniach przemytników), ale również był pierwszym, który finansował badania nad ADAM. Czym jest ADAM? To substancja wydzielana z pewnego gatunku morskich ślimaków, której niezwykłe właściwości umożliwiły leczenie nieuleczalnie chorych czy poprawę wszelakich defektów – a to dopiero był początek modyfikacji genetycznych wśród mieszkańców. Właśnie na niej bazują plazmidy.

Fabuła gry jest liniowa. O ile na początku jest to nieźle uzasadnione (jesteśmy sami w obcym świecie, a jedyny pomocny głos to niejaki Atlas), to później już nie bardzo. Do czasu, gdzieś w połowie, następuje świetny zwrot akcji. Szkoda tylko, że wciąż to całkowicie liniowa fabuła. Ale i tak jest dobra.

Jednym z haseł reklamowych gry były wybory moralne, czy uratować mieszkańców, czy nie itd… Tak na prawdę niczego takiego w sumie nie ma. Jedyne, na co masz wpływ, to wybór, czy zabijesz tzw. Małą Siostrzyczkę, czy nie. Jeśli zabijesz, dostaniesz więcej ADAM, jeśli nie, ocalisz dziecko, ale ADAMa dostaniesz mniej (podpowiem, że dr Tannenbaum stara się nam to wynagrodzić). Nawet ten jednak wybór jest w zasadzie kosmetycznym, gdyż podpakowany bohater wcale nie jest jakiś o wiele lepszy od mniej podpakowanego – głownie z racji tego, że do najlepszych ulepszeń dostajemy dostęp dopiero później. Może, jakby gra była trudniejsza, nabrałoby to jakiegoś znaczenia.

Gra oferuje nam 3 zakończenia, z czego jedno różni się od innego tylko tonem głosu lektora, czyli de facto 2 zakończenia. Zależą one od jedynego wyboru (wyborów) w grze (zabijałeś, czy ocaliłeś Małe Siostrzyczki). Widziałem na YouTube tzw. ukryte zakończenia, ale wydaje mi się, że to czyjś dowcip.

Wystrój i grafika

W grze wykorzystywano silnik Unreal. O tym wspomina screen, zaraz po dwóch takich, jakie w trzech językach informują o prawach autorskich. Nie ma to jak kupić oryginał i być zmuszanym do czytania o konsekwencjach piracenia za każdym uruchomieniem gry. O konsekwencjach użycia tego właśnie silnika wspomnę niżej, przy błędach.

A jak wygląda gra? Świetnie. Wszystko w tej grze stylizowane jest na styl Art Déco, czy chodzi o kosze na śmieci, flakoniki z plazmidami, bronie, fryzury, czy wnętrze batysfery. To jedna z bardziej oryginalnych konwencji. Wystrój wnętrz, plakaty wiszące na ścianach, dekoracje, rzeźby, wymieniać można bardzo długo.

Dużo starań oddano również do wyglądu wody. Wiadomo, tego akurat w Rapture nie zabraknie. Woda i jej zachowanie jest bardzo ładne. A jeszcze żeby wspomnieć o takich atrakcjach, jak widok topiącej się skóry podpalonego przeciwnika (jak ktoś lubi). Po prostu grafika jest świetna.

Dźwięk

Świetna, choć krótka muzyka (polecam soundtrack), dźwięki otoczenia też dobre. Nie ma niczego złego w doborze lektorów. Świetnie zrealizowane reklamy, czy hasła propagandowe ze świata Rapture.

Błędy

Wśród recenzji jakie oglądałem panowały ogólnie nastroje zachwytu. Nie mam nic przeciwko, dopóki nie zaćmiewają one osądu recenzenta. Kierując się swoją wrodzoną złośliwością, wymienię błędy gry BioShock.

Jak wspomniałem, gra bazuje na silniku Unreal, który ma nieco upierdliwą wadę, niedoładowywania tekstur. Często obserwować to można po wczytaniu gry, co ciekawe, raczej rzadziej przy pierwszym wejściu na dany poziom. Już bym wolał nieco dłużej poczekać przy wczytywaniu gry niż oglądać dość długo same gradienty kolorów. Przy okazji grafiki warto wspomnieć, że czasem na suficie widać cienie osób (głównie zwłok) znajdujący się nad nami.

Kolejnym z błędów jest niestety poziom gry. Na początku wiadomo – nie mamy nic, apteczek, broni, ulepszeń, a przeciwnicy atakują, szybko to się zmienia, jeśli dobrze celujemy (w głowę znaczy), to szybko zauważymy, że kończy nam się miejsce w kieszeniach (żeby nie było, teraz o Trudnym poziomie piszę). Przydałby się dodatkowy poziom trudności. Jest nawet taki mod (patrz linki). Być może kiedyś się skuszę.

W oryginalnej wersji, nikt prawdopodobnie nie sprawdził napisów do gry. Są one zupełnie nie synchronizowane z tekstem wypowiadanym. Jak dla mnie jest to spory minus. W polskim tłumaczeniu teksty wyświetlają się zdecydowanie lepiej (choć czasem pojawiają się o zdanie wcześniej). A skoro jestem przy polskim tłumaczeniu, to jest ono poprawne, choć w paru przypadkach zgubiono pojedyncze zdania.

A jeszcze, jeśli o tłumaczeniu jest mowa, to trochę żałuję, że twórcy (gry, nie tłumaczenia) nie zrobili tego lepiej. Nie są tłumaczone napisy na niektórych ścianach, zastąpiono to jedynie plakietką “propaganda” (również w angielskiej wersji), a szkoda, bo bardzo niektóre mi się podobały, np. No god, no king, only man. Za teksty nie zostały też uznane narzekania, złorzeczenia itp.. genofagów, a czasem warto ich posłuchać, choć w zasadzie są dość cykliczne i występują tylko w kilku wersjach (genofag-religijny, genofag-kokietka, matka, etc). Słownie nie wyświetlają się też reklamy (…) smart splicer is happy splicer!, czy hasła propagandowe Atlas is a friend of Parasite, don’t be a friend of Atlas. Choć pewnie mocno by zaciemniały widok, więc może to i lepiej.

O tych nieszczęsnych hasełkach reklamowych (widnieją na pudełku) o wyborach moralnych wspominałem. Kilku nielogicznościach terenu (np. ta woda wiecznie lejąca się gdzieś), czy o tym, że ogon rozbitego samolotu z powierzchni opada zdecydowanie za wolno, albo, że niektóre z plazmidów zupełnie nie mają uzasadnienia. Itp, ale to akurat jest przysłowiową betką, tym nie warto się przejmować.

Podsumowanie

Czy w BioShock warto zagrać? Tak. Z kilku powodów. Zaczynając od ciekawego rozwiązania jakimi są plazmidy oraz związanymi z nimi możliwościami eliminacji przeciwników. Kolejnym powodem jest muzyka oraz wystrój samej gry, bardzo oryginalne, bardzo ładne i bardzo ciekawe. A powodem kolejnym jest klimat. Szkoda, że jest ich może tak mało, ale są scenki, w których nagle uświadamiamy sobie, że czegoś brakuje, coś się zmieniło, w których wiemy, że jesteśmy w pułapce, rozglądając się nerwowo czekamy na cios przeciwnika – nie podam tutaj przykładów, aby nie psuć gry, ale warto zwiedzać całą mapę. A i opowieść, choć może i linowa, może i miejscami sztampowa, ale i tak gnała mnie dalej i dalej, każąc szukać czemu Ryanowi nie wyszło. Polecam.

Linki

Przypisy

1. Z języka angielskiego jest to tzw. “Porwanie Kościoła”, czyli przeświadczenie chrześcijan, iż Jezus zabierze wybranych ze sobą do nieba.