F.E.A.R.

F.E.A.R. to dość stara gra. Pochodzi z roku 2005 i rok temu doczekała się (nie licząc dodatków do podstawy) kontynuacji. Nie grałem w nią jeszcze, dlatego postanowiłem to nadrobić. Jej premiera w 2005 r. była dość głośna, mocno reklamowana, zapewne sporo mogło pomylić plakaty do niej z fragmentami filmu “Ring”. Na obu wszak występuje mała dziewczyna z długimi włosami.

Pochodziłem do tej gry 2 razy. Za pierwszym razem, było to krótko po S.T.A.L.K.E.R., co zresztą nie wyszło F.E.A.R. na dobre. Czemu? F.E.A.R jest reklamowane jako gra-horror, ale prawdę mówiąc, przy S.T.A.L.K.E.R.ze jakoś żywiej mi biło serce. Skąd różnica? Ponieważ F.E.A.R. jest FPS, pełną gębą, mamy nasze punkty zdrowia, które powoli ubywają wraz z ostrzałem przeciwnika, odwdzięczamy się tym samym, a przeciwnicy są zdecydowanie mniej odporni od nas. Podczas gdy we wspominanym dziele myśli ukraińskiej, nasz protagonista potrzebował jedynie kilka celnych otrzymanych strzałów by wznieść się ponad ten łez padół. Dlatego już tutaj zalecam podniesienie poziomu trudności gry (można go zawsze obniżyć) – łatwo zadeptać klimat grozy budowany przez cutscenki, kiedy idziemy jak baba przez niską kapustę do przodu, pozostawiając za sobą jedynie trupy i ślady po kulach. A… poprawka – tylko ślady po kulach.

Fabuła

No dobra, przejdźmy do jakiegoś opisu gry. Tytuł gry jest nazwą oddziału przeznaczonego (First Encounter Assault Recon) do walki z zagrożeniem paranormalnym. Nasz bohater gadatliwy niczym Gordon Freeman, jest nowym kadetem tejże jednostki. Grupa dostała polecenie zajęcia się rozbrykanym generałem Paxtonem Fettenem, który zwiał z więzienia i uzupełnia braki w diecie przez spożywanie fragmentów ciał pewnych osób. Zwykle jeden człowiek to żaden problem, ale ten akurat ma pod swoją telepatyczną kontrolą cały batalion super żołnierzy – klonów, bezwzględnie mu posłusznych. Plus tej całej sytuacji jest taki, że jeśli wyeliminuje się Fettena, to klony zaprzestaną walki, a kolejny, jest taki, iż w mózgu naszego antagonisty znajduje się nadajnik zdradzający jego położenie. Całość wydaje się prosta. Niestety jak to w życiu, pierwotne założenia biorą w łeb i sytuacja komplikuje się.

Wspomniałem, że jest to gra FPS. Gramy samotnie, mimo iż jesteśmy w drużynie, to szybko okazuje się, że musi się ona podzielić, tak więc jedynym naszym towarzyszem jest koordynator, który łączy się przez radio. Oprócz naszej misji, w mieście równolegle toczą się inne wydarzenia, o czym jesteśmy informowani, czy to przez koordynatora, czy podsłuchując rozmowy innych, czy też słuchając relacji dziennikarzy serwisów informacyjnych. Te wydarzenia zresztą są ze sobą powiązane i niektóre z nich są tematami dodatków i innych gier tej serii. Rzecz jasna wszystko to ma jedno wspólne dno w postaci eksperymentów pewnej firmy produkującej uzbrojenie oraz knowań różnych ludzi, w tym jej – Almy.

Gra

Ta mała, ostro wkurzona kobietka, której większość nielicznych wypowiedzi ogranicza się do kill them all, nie jest jedyną inspiracją z kraju kwitnącej wiśni, jaką zobaczymy w F.E.A.R. Motywów mangowych można dopatrzeć się również w dizajnie oręża (niektórych przeciwników zwłaszcza), a także usłyszeć (to akurat bardziej anime) w muzyce. Jednak są to bardzo delikatne motywy, wiec nie trzeba się martwić o wyłupiastość oczu bohaterów.

Ciekawym motywem jest możliwość walki wręcz. Nasz bohater może wykonywać kilka ciosów, w tym i z wyskokiem, ale zawsze może też zwyczajnie zdzielić przeciwnika kolbą posiadanej broni. Jeśli ktoś lubi więc wyzwania, może śmiało szarżować z gołymi pięściami.

A skoro już o broni. Możemy posiadać przy sobie tylko 3 różne pukawki, do tego 2 rodzaje granatów oraz miny. Mamy pistolet, pistolet maszynowy, strzelbę, kołkownicę (penetrator), itd. na końcu miotacz cząstek (Railgun) – jako niezłą snajperkę, choć akcji snajperskich w dość ciasnych korytarzach gry raczej nie uświadczymy zbyt wiele. Oczywiście im potężniejsza broń tym zwykle albo później osiągalna, lub znajdujemy do niej zdecydowanie mniej amunicji.

Czy o czymś zapomniałem? Jasne, nasz protagonista nie jest do końca normalny, ma niezwykle szybki refleks, co objawia się w grze możliwością wykorzystania tzw. “odruchów” – czyli bullet time. Po mapach rozrzucone są wspomagacze, dzięki którym dłużej możemy przebywać w trybie “bullet time”, lub zwiększyć sobie na trwałe zdrowie. Te wspomagacze ukryte są w jakichś zakamarkach (ale też nie jakoś przesadnie), tak więc opłaca się nieco pomyszkować po mapie.

Grafika

Grafika jest całkiem poprawna. Dodatkowo wsparta silnikiem Havok i jeszcze czymś, do efektów cząsteczkowych – cokolwiek to jest – ale oznacza to, że cześć przedmiotów może zlecieć z półek, a po wystrzałach porobią się całkiem spore dziury, no i wzbity kurz ograniczy widoczność na kilka chwil. Silnik gry umożliwia również przybicie (przy użyciu wspomnianej kołkownicy) przeciwnika do ściany, czy do barierki schodów (wiem, dziwne to, ale nie będę wybrzydzał). Jeśli ktoś jeszcze pamięta początek wpisu, to pewnie wyjaśnię teraz o co chodziło mi z tymi ciałami. Mianowicie zabici dość szybko znikają, jeśli jednak zapiszemy i wczytamy grę, zabici przed zapisem pojawią się już na stałe. Dziwne i nieco irytujące. Znikające ciała powodują czasem, że niektóre z kołków (te akurat nie znikają) wiszą potem w powietrzu.

Podsumowanie

Jeśli nie dać się zwieść temu wielkiemu halo o horrorze, to gra się nieźle, zwłaszcza przy zgaszonym świetle w nocy, w cichym pokoju. Jednak po pierwszym przejściu nie mam ochoty sięgać do “single player” raz jeszcze. Jakoś przebolałem te poziomy, w których walczymy z upiorami (ostrą amunicją). Mimo to, jeśli jednak mi się uda, chętnie pogram sobie w dodatek – a właściwie dodatki, bo trochę tego wyszło. Dużym plusem jest muzyka, a kolejnym AI przeciwnika. To nie Gwiezdne Wojny, te klony tutaj łatwo swojego życia nie oddają (no, w każdym razie próbują), współdziałają drużynowo, rzucają granaty oraz próbują zajść gracza od tyłu. Tak więc, nie jest źle się dać skusić.

I jeszcze na koniec o samej grze jako horrorze. Gwarantuje wam, że zapewne nieraz zużyjecie nieco amunicji strzelając do zjaw (w sensie, do postaci, których nie ma fizycznie i zupełnie nam nie zagrażają, a tylko pojawiają się znienacka). Albo jak będziecie mocniej zaciskać myszkę w niektórych cutscenach. Problemem jest jednak to, że takich motywów nie ma zbyt dużo. Jeśli wspominać tę grę, to jednak pamięta się głównie walki z drużynami przeciwników na niewielkich przestrzeniach.

Linki

2 thoughts on “F.E.A.R.

  1. Zabawne, ja żadnych bugów ze zwłokami nie zaobserwowałem.
    Swoją drogą, FEAR i dodatki otrzymało nagrodę i wyróżnienie w moim osobistym rankingu, zatytułowaną “niesamowita przyjemność zabijania”. Te gry są wyjątkowo grywalne, mimo wielu uproszczeń i naiwnej fabuły.
    Cholera, narobiłeś mi smaka…

    Like

Comments are closed.