Rozdają Playstation w prezencie

I to nie w “Lokers” (nie chciało mi się sprawdzać, czy dobrze napisałem). W Getin Banku, ale stara dobra zasada mówi wszak, że nie ma nic za darmo. Pytanie więc, czego bank chce w zamian?

Zacznijmy od początku: będąc ostatnio w banku – dokładniej Getin Banku – zauważyłem ofertę: lokata 8% na sześć miesięcy. Złośliwi mogli by powiedzieć, że zauważyłem napis lub Sony Playstation 3 z zestawem gier w prezencie, ale to tak naprawdę zauważyłem dopiero w domu, analizując ulotkę tej oferty. Oferta ta nazywa się Pareto II i nawiązuje do osoby włoskiego ekonomisty Vilfredo Pareto.

Z grubsza rzecz biorąc – niestety ekonomia i finanse jakoś nie bardzo chcą się wliczać w poczet moich rozlicznych talentów – chodzi o to, że wpłacamy na początku 20% jakiejś kwoty, a potem przez 180 miesięcy (15 lat) w ratach wpłacamy pozostałe 80% tejże kwoty. Ale już od początku ta cała kwota nam procentuje – w jakiś tam sposób. Czyli to rodzaj kredytu na inwestycję, bo trzeba wiedzieć, że Getin Bank pobiera sobie jakieś 19,2% zysku (szczegóły pod podanymi adresami poniżej) w ramach obsługi.

Tyle z grubsza. W szczegółach to jest szczerze powiedziawszy nieźle zawiłe, takie zresztą ma być. Jeśli kogoś ta oferta interesuje, polecam zamieszczone przeze mnie linki, warto się zapoznać z ich treścią jeśli chce się wtopić kasę w piętnastoletnią inwestycję.

No dobra, a co z tymi konsolami? Na pierwszej stronie ulotki zapowiadają nam, że dostajemy prezent do wyboru: konsola, lub lokata. Dopiero na trzeciej stronie ulotki wyjaśnione, że aby otrzymać konsole Sony PlayStation PSP 3004 trzeba wpłacić minimum 9 000 zł. Przypominam, że do tego trzeba jeszcze dokładać co miesiąc min. 200 zł, przez 15 lat. Aby dostać Sony PlayStation 3 250 trzeba wpłacić w tzw. “Składce Pierwszej” minimum 20 250 zł. No cóż, nawet gwiazdki ładnie nie umieścili. Czyli ceną za darmową konsolę jest tutaj powierzenie całkiem sporej ilości pieniądza na całkiem spory odcinek czasu.

Całość tej oferty, jej pogmatwanie dla zwykłego zjadacza chleba, czy choćby te super prezenty jakoś nie zachęcają mnie do inwestowania w nią. Zresztą i tak nie mam środków.

Linki

Galerianki (2009)

Jeden z głośniejszych polskich filmów ostatniego czasu. A zaczęło się od krótkiego, około 30 minutowego podyplomowego filmu Katarzyny Rosłaniec pod tym samym tytułem: “Galerianki”.

Krótki rzut oka na fabułę: młoda bohaterka – Ala – stara się dołączyć do paczki koleżanek z klasy. Owe koleżanki są tytułowymi galeriankami. Co oznacza, że włócząc się po sklepie chętnie świadczą usługi seksualne w zamian za jakiś drobiazg. Do tego dość ostro imprezują, co z kolei odbija się na ich ocenach, co ich zresztą nie obchodzi za bardzo.

Film pani Rosłaniec stał się sławny, dostała więc trochę kasy, znanego rapera, którego pseudonim ładnie prezentuje się na spotach, a do tego plakat, przedstawiający bohaterki na białym tle (“kreatywność” w polskiej sztuce plakatu filmowego – przynajmniej do ostatnich, znanych produkcji – to chyba pojęcie całkowicie nieznane). Z takim zapleczem nakręcono “rimejk” wspomnianego filmu.

Odgrzany kotlet trwa, w nowej wersji, około 40 minut. Zmieniono obsadę, np. główna bohaterka z pierwszego filmu, tutaj gra postać z tła (chyba tylko ojciec Ali pozostał ten sam). Zmieniono też perspektywę na szerszą, oraz zwiększono liczbę wątków pobocznych, jednak wszystko co było na krótszej wersji ma i swoje odbicie tutaj. Do tej połowy filmu autorka dokręciła ciąg dalszy.

Niektórzy wolą tutaj zdecydowanie tę właśnie pierwotną wersję, inni pewnie docenią tę pełnometrażową, ja raczej skłaniałbym się ku tym pierwszym, ale być może to dlatego, że od niej zacząłem. Szkoda tylko, że ciekawsze kwestie można było posłuchać na trailerze.

Linki

Moc pozytywnego myślenia

Ponad 5 milionów sprzedanych egzemplarzy – kusiła okładka, zapewniała: Najbardziej inspirująca książka naszych czasów, zachęcała: Przeczytaj tę książkę. Zmień swoje życie! ale nie dlatego po nią sięgnąłem. Książka ta zachęcała mnie swoim tytułem, pomyślałem, że choć mój przeżarty cynizmem umysł uśmiecha się lekko na takie rzeczy, to przecież mi nie zaszkodzi?

Jednak skrzywienie zawodowe, skłoniło mnie, do rzutu okiem na spis treści. Już od tego momentu wiedziałem, czego należy się spodziewać. Niestety. Ale jakby to powiedzieć: pomyślałem pozytywnie i zacząłem czytać.

Wpis do akt

Ale może najpierw jakaś informacja bibliograficzna: nazwa książki jest taka jak w tytule: “Moc pozytywnego myślenia”, tytuł oryginału: “The power of positive thinking”, pióra Normana Vincenta Peale’a. Przeczytana przeze mnie kopia wydana została w 2002 r. przez wydawnictwo “Studio Emka”.

Do czego sprowadza się treść książki? Najkrócej opisać to słowami “wiara i modlitwa czyni cuda”. Dodać jeszcze należy, że konkretna wiara. Pan Peale, jest protestanckim pastorem, w dodatku, o ile dobrze zrozumiałem jego notkę biograficzną, nie bardzo przepada za Katolikami (zwłaszcza, jeśli jakiś ma zostać prezydentem). Mimo to, jest poczytny w Polsce, wśród tych właśnie. Ostatecznie czym różni się bóg Katolików od boga protestantów?

Być może też bierze się to z tego, że w książce nie ma wprost napisane: “protestantyzm”, zamieniono to na “chrześcijaństwo”. Raczej nie podejrzewam celowego działania tłumacza, a jedynie właściwą każdemu odłamowi chrześcijaństwa tendencję do określania się “tymi prawdziwymi”.

Jak to jest w książce

No cóż, prawdę powiedziawszy autor wcale nie krył się ze swoim religijnym zacięciem, przeciwnie, uczynił go podstawą wyznawanej filozofii, już od 55 strony miałem serdeczną ochotę odrzucić tą książkę precz. Niezależnie od tego, jakie masz problemy, jedynym czego potrzebujesz, jest modlitwa, fragment Biblii, chodzenie na msze oraz z tym wszystkim gorąca i szczera wiara w to, że Bóg Cię kocha i chroni. Jakikolwiek przypadek nie został omówiony zawsze pomagała Biblia i wspólna, nawet przez telefon, modlitwa. Masz problemy w interesach? Nie możesz znaleźć męża? Nie możesz spać? Na wszystko remedium znajdzie się, kiedy zaczniecie śpiewać psalmy, czy cytować proroków. Tak było na początku książki.

Pastor Peale rozpędził się z czasem, zaczął wypisywać coraz większe banialuki. Przede wszystkim jest on absolutnie przekonany o skuteczności Biblii oraz wiary w swojego Boga. Wielokrotnie to podkreśla. W dodatku czytając książkę, ma się nieodparte wrażenie, że między literkami wzbija się w powietrze orzeł, szybując nad Wielkim Kanionem, a gdzieś w tle łopocze amerykańska flaga. Z pewnością nie można odmówić Normanowi Peale fanatycznego oddania swojemu wyznaniu jak i krajowi.

Jak to jest w rzeczywistości?

Wbrew pozorom nie jestem tutaj jakimś gorącym wyznawcą czystego ateizmu, który próbuje nawrócić swoich łatwowiernych ziomków ze złego toku myślenia. O nie, rzeczywistość jest zupełnie inna.

Tak naprawdę dowolna wiara może zdziałać to samo. Nie trzeba męczyć się z Biblią, można też sobie wmawiać sentencję mistrza Yody z Gwiezdnych Wojen, byle tylko robić to na poważnie. Być może bardziej konstruktywne jest nauczenie się np. litanii Bene Gesserit, w każdym razie efekt będzie ten sam.

Dowody? To jeszcze się pytasz? Jest dużo religii na świecie, a każda z nich daje swoim wyznawcom to samo. W końcu po coś powstały. Szkoda tylko, że tak często są zniekształcane aby mogły służyć dowolnemu innemu celowi, w tym i też tych niezbyt światłych.

Choć może i ekspertem nie jestem, ale do pozytywnego myślenia nie trzeba w ogóle żadnej religii, czy świętych tekstów. Wystarczy sama wiara – wbrew pozorom, nie równa się ona religii.

Czego jednak nie zdzierżę?

Być może to moja osobista wizja, ale stanowczo pan Peale przesadził, pisząc następujące słowa:

Chrześcijaństwo również można zrozumieć jako naukę. Jest ono filozofią, systemem teologicznym i metafizycznym, zespołem praktyk religijnych, kodem moralnym i etycznym. Ma również charakter nauki, ponieważ jest oparte na Księdze, która zawiera skład technik i metod postępowania niezbędnych do rozumienia i leczenia natury ludzkiej. Przedstawione w niej prawa są tak precyzyjne i tak wiele razy dowiodły swojej trafności i skuteczności (jeśli spełniane są warunki zrozumienia, wiary i praktyki), że można uznać, że religia chrześcijańska jest nauką ścisłą.

Tylko w głowie kapłana, lub osoby zaślepionej swoją wiarą mogły zrodzić się podobne brednie. Ze wspomnianej Księgi, która modyfikowana była wedle potrzeb w czasach kiedy powstawała, dziś wyciąga się fragmenty, pozbawia się je kontekstu, a następnie interpretuje wedle woli. Moralność i etyka chrześcijan zmienia się i zmieniała się na przestrzeni wieków, w żaden sposób nie można myśleć o jakiejkolwiek religii jako o nauce ścisłej.

Jeden z rozdziałów, poświęcony jest wierze w leczeniu różnorakich chorób. Podkreśla tutaj boskie możliwości, które można na siebie ściągnąć za pomocą modlitwy. Przytaczane są przypadki uzdrowionych osób. Autor pisze wprost:

W zapobieganiu chorobom oraz w leczeniu umysłu i ciała nie pomiń zatem szansy, jaką daje jedno z największych dostępnych źródeł pomocy: uzdrawiająca wiara.

Na świecie jest tysiące ludzi nieuleczalnie chorych, którzy mają najszczerszą wiarę w swoje uzdrowienie, mają też innych, którzy się o nich modlą. Jednak to im nie pomaga. Przytoczone przez Peale przypadki były dość szczególne, zasadniczo były to przypadki chorób psychosomatycznych (co oznacza, że i leczenie może się odbywać w umyśle). No i oczywiście zawsze jest efekt placebo, ale dotyka on jedynie 30% chorych. Ciekawe czemu pastor Peale nie opisał jakiegoś przypadku z pozostałych 70%? Nie pasował do tezy?

Ażeby tego było mało, w jednym z ostatnich rozdziałów, autor wziął na warsztat pocieszanie osób, które doświadczyły śmierci osoby bliskiej (tytuł rozdziału sugerował pomoc osobom porzuconych przez ukochanego). Rzecz jasna na podstawie Biblii, przedstawił jak będzie wyglądało nasze życie po (naszej) śmierci. Napisał nawet:

Jesteśmy o krok od jednego z największych odkryć naukowych w historii, które wykaże, w oparciu o eksperymenty laboratoryjne, istnienie duszy i jej nieśmiertelność.

Warto tutaj dodać, że pastor opiera się na badaniach uczonych zajmujących się parapsychologią. Inna sprawa, że wciąż do takiego odkrycia nie doszło. A jeśli nawet, to wątpię, żeby wykorzystano do tego Biblię.

Makulatura, czy nie?

Czytając zastanawiało mnie, czy w ogóle tą książkę warto czytać. Zasadniczo, jeśli by wyciąć całą tą teologię i nawiązania do Biblii, olać porady typu: “naucz się tego a tego psalmu”, wypisać to wszystko co jest przydatne gdzieś na boku, całą tą esencję, zapewne wyszło by tego może ze strona tekstu. Nie opłaca się więc chyba kupować całej tej książki dla jednej strony? Tym bardziej, że w necie, czy choćby w Pani Domu (wychodzi to jeszcze?) można to samo mieć taniej, czy nawet za darmo.

Odradzam zakup tej książki, zwłaszcza dla siebie. Tym bardziej jeśli nie jesteś fanatycznym wyznawcą religii chrystusowej (udzieliło mi się…). Odradzam też kupowanie jej dla osób, które są takim wyznawcami. Strach pomyśleć, co z tego wyjdzie. Choć z drugiej strony, normalne środki takim zapewne nie pomogą. Ale mimo wszystko uważam za nieetyczne wykorzystywanie i kształtowanie cudzej wiary na określony obraz, sugerowanie że jest ona zdolna do czegoś ponadto, co dzieje się w naszych głowach.

Linki

X-Men Geneza: Wolverine (2009)

Wolverine, czy jak kto woli Rosomak, to jeden z najpopularniejszych X-Menów. Przynajmniej, ja to tak postrzegam, choć serią w zasadzie nie interesuję się. Komiksową serią, uściślijmy, bo całkiem miło oglądało mi się wszystkie filmy z “X-Men” w tytule. Czas i na ostatnio wydany taki właśnie – “X-Men Geneza: Wolverine”.

Żeby nie pisać wiele, już na wstępie powiem, nie był to za dobry film. Zacznijmy od tego, że producenci bardzo chcieli, aby ich dzieło przyciągnęło do kin jak największą rzeszę osób. A kto chodzi najchętniej do kina na takie rzeczy? Dzieciaki, dlatego podobno z pierwotnej mrocznej konwencji zrezygnowano, wymieniono dekoracje na żywsze no i zmieniono jeszcze parę innych rzeczy. Nie wiem, czy ruszano scenariusz przy tym, ale jeśli on taki był od początku, to zupełnie nie dziwię się producentom. Zainwestowali wszak w to sporo grosza, a przecież za coś sobie ,,Majbacha” muszą kupić.

Dlatego też, niech nikogo nie zdziwi, że w filmie nie ma praktycznie krwi. Występuje ona tylko w jednej scenie, ale wyłącznie statycznie. Co z tego, że bohater za pomocą szponów kroi wszystko na około, robi to zupełnie bezkrwawo. Nawet w scenie, gdzie jeden z bohaterów chwyta drugiego za kręgosłup (w znaczeniu, chwyta za tę kość) nie ma w ogóle krwi.

Co dziwi tym bardziej, iż ten film, to w zasadzie zbiorowisko pojedynków. Ale prawdę powiedziawszy nie bardzo ciekawych. Sceny walk w Afryce należą raczej do tych żałosnych. Fabuła jest dość prawdę mówiąc słaba, nawet nie ma to jakiegoś poważnego motywu, jedynie zbiór jakoś tam powiązanych faktów, które mają niby nam wyjaśnić, czemu tytułowy bohater ma taką a nie inną kurtkę. Jeśli pochylić się jeszcze nad tą fabułą, to mamy motyw seksownej laski, zakochanej w twardym facecie, która łagodzi jego umęczoną duszę, a kiedy jej zabraknie to ten zamienia się w zwierzę, ale na końcu opanowuje, bo ją wspomina… Albo konflikt dwóch braci, Dobrego i Złego. Bardzo oklepane te schematy.

Wspomniałem o kurtce. Ponieważ film ma w podtytule “geneza”, należało oczywiście wyjaśnić kilka rzeczy, jakie widzowie poznali przy oglądaniu pozostałych filmów z serii. Jedną z nich, oprócz wspomnianej kurtki jest amnezja bohatera. Miałem wrażenie, że pod koniec pracy scenarzysta nagle wypluł zawartość właśnie łykniętej kawy i krzyknął “fak! zapomniałem o amnezji!”, po czym prędko dopisał odpowiednią scenę. W filmie naprawdę można było lepiej wpleść ten motyw. Niektóre z wątków pozostały w dziwny sposób nie wyjaśnione.

“Geneza: Wolverine” nie jest dla tych, którzy nie oglądali poprzednich filmów z sagi “X-Men”, gdyż w pewnych miejscach twórcy za pomocą deus ex machine postanowili powstawiać kilka epizodycznych ról dla innych znanych bohaterów wcześniejszych obrazów. W zasadzie tylko fani poprzednich filmów mogą się jakoś “bawić” przy tym. I pomyśleć, że kręcą kolejną część.

Linki

F.E.A.R.

F.E.A.R. to dość stara gra. Pochodzi z roku 2005 i rok temu doczekała się (nie licząc dodatków do podstawy) kontynuacji. Nie grałem w nią jeszcze, dlatego postanowiłem to nadrobić. Jej premiera w 2005 r. była dość głośna, mocno reklamowana, zapewne sporo mogło pomylić plakaty do niej z fragmentami filmu “Ring”. Na obu wszak występuje mała dziewczyna z długimi włosami.

Pochodziłem do tej gry 2 razy. Za pierwszym razem, było to krótko po S.T.A.L.K.E.R., co zresztą nie wyszło F.E.A.R. na dobre. Czemu? F.E.A.R jest reklamowane jako gra-horror, ale prawdę mówiąc, przy S.T.A.L.K.E.R.ze jakoś żywiej mi biło serce. Skąd różnica? Ponieważ F.E.A.R. jest FPS, pełną gębą, mamy nasze punkty zdrowia, które powoli ubywają wraz z ostrzałem przeciwnika, odwdzięczamy się tym samym, a przeciwnicy są zdecydowanie mniej odporni od nas. Podczas gdy we wspominanym dziele myśli ukraińskiej, nasz protagonista potrzebował jedynie kilka celnych otrzymanych strzałów by wznieść się ponad ten łez padół. Dlatego już tutaj zalecam podniesienie poziomu trudności gry (można go zawsze obniżyć) – łatwo zadeptać klimat grozy budowany przez cutscenki, kiedy idziemy jak baba przez niską kapustę do przodu, pozostawiając za sobą jedynie trupy i ślady po kulach. A… poprawka – tylko ślady po kulach.

Fabuła

No dobra, przejdźmy do jakiegoś opisu gry. Tytuł gry jest nazwą oddziału przeznaczonego (First Encounter Assault Recon) do walki z zagrożeniem paranormalnym. Nasz bohater gadatliwy niczym Gordon Freeman, jest nowym kadetem tejże jednostki. Grupa dostała polecenie zajęcia się rozbrykanym generałem Paxtonem Fettenem, który zwiał z więzienia i uzupełnia braki w diecie przez spożywanie fragmentów ciał pewnych osób. Zwykle jeden człowiek to żaden problem, ale ten akurat ma pod swoją telepatyczną kontrolą cały batalion super żołnierzy – klonów, bezwzględnie mu posłusznych. Plus tej całej sytuacji jest taki, że jeśli wyeliminuje się Fettena, to klony zaprzestaną walki, a kolejny, jest taki, iż w mózgu naszego antagonisty znajduje się nadajnik zdradzający jego położenie. Całość wydaje się prosta. Niestety jak to w życiu, pierwotne założenia biorą w łeb i sytuacja komplikuje się.

Wspomniałem, że jest to gra FPS. Gramy samotnie, mimo iż jesteśmy w drużynie, to szybko okazuje się, że musi się ona podzielić, tak więc jedynym naszym towarzyszem jest koordynator, który łączy się przez radio. Oprócz naszej misji, w mieście równolegle toczą się inne wydarzenia, o czym jesteśmy informowani, czy to przez koordynatora, czy podsłuchując rozmowy innych, czy też słuchając relacji dziennikarzy serwisów informacyjnych. Te wydarzenia zresztą są ze sobą powiązane i niektóre z nich są tematami dodatków i innych gier tej serii. Rzecz jasna wszystko to ma jedno wspólne dno w postaci eksperymentów pewnej firmy produkującej uzbrojenie oraz knowań różnych ludzi, w tym jej – Almy.

Gra

Ta mała, ostro wkurzona kobietka, której większość nielicznych wypowiedzi ogranicza się do kill them all, nie jest jedyną inspiracją z kraju kwitnącej wiśni, jaką zobaczymy w F.E.A.R. Motywów mangowych można dopatrzeć się również w dizajnie oręża (niektórych przeciwników zwłaszcza), a także usłyszeć (to akurat bardziej anime) w muzyce. Jednak są to bardzo delikatne motywy, wiec nie trzeba się martwić o wyłupiastość oczu bohaterów.

Ciekawym motywem jest możliwość walki wręcz. Nasz bohater może wykonywać kilka ciosów, w tym i z wyskokiem, ale zawsze może też zwyczajnie zdzielić przeciwnika kolbą posiadanej broni. Jeśli ktoś lubi więc wyzwania, może śmiało szarżować z gołymi pięściami.

A skoro już o broni. Możemy posiadać przy sobie tylko 3 różne pukawki, do tego 2 rodzaje granatów oraz miny. Mamy pistolet, pistolet maszynowy, strzelbę, kołkownicę (penetrator), itd. na końcu miotacz cząstek (Railgun) – jako niezłą snajperkę, choć akcji snajperskich w dość ciasnych korytarzach gry raczej nie uświadczymy zbyt wiele. Oczywiście im potężniejsza broń tym zwykle albo później osiągalna, lub znajdujemy do niej zdecydowanie mniej amunicji.

Czy o czymś zapomniałem? Jasne, nasz protagonista nie jest do końca normalny, ma niezwykle szybki refleks, co objawia się w grze możliwością wykorzystania tzw. “odruchów” – czyli bullet time. Po mapach rozrzucone są wspomagacze, dzięki którym dłużej możemy przebywać w trybie “bullet time”, lub zwiększyć sobie na trwałe zdrowie. Te wspomagacze ukryte są w jakichś zakamarkach (ale też nie jakoś przesadnie), tak więc opłaca się nieco pomyszkować po mapie.

Grafika

Grafika jest całkiem poprawna. Dodatkowo wsparta silnikiem Havok i jeszcze czymś, do efektów cząsteczkowych – cokolwiek to jest – ale oznacza to, że cześć przedmiotów może zlecieć z półek, a po wystrzałach porobią się całkiem spore dziury, no i wzbity kurz ograniczy widoczność na kilka chwil. Silnik gry umożliwia również przybicie (przy użyciu wspomnianej kołkownicy) przeciwnika do ściany, czy do barierki schodów (wiem, dziwne to, ale nie będę wybrzydzał). Jeśli ktoś jeszcze pamięta początek wpisu, to pewnie wyjaśnię teraz o co chodziło mi z tymi ciałami. Mianowicie zabici dość szybko znikają, jeśli jednak zapiszemy i wczytamy grę, zabici przed zapisem pojawią się już na stałe. Dziwne i nieco irytujące. Znikające ciała powodują czasem, że niektóre z kołków (te akurat nie znikają) wiszą potem w powietrzu.

Podsumowanie

Jeśli nie dać się zwieść temu wielkiemu halo o horrorze, to gra się nieźle, zwłaszcza przy zgaszonym świetle w nocy, w cichym pokoju. Jednak po pierwszym przejściu nie mam ochoty sięgać do “single player” raz jeszcze. Jakoś przebolałem te poziomy, w których walczymy z upiorami (ostrą amunicją). Mimo to, jeśli jednak mi się uda, chętnie pogram sobie w dodatek – a właściwie dodatki, bo trochę tego wyszło. Dużym plusem jest muzyka, a kolejnym AI przeciwnika. To nie Gwiezdne Wojny, te klony tutaj łatwo swojego życia nie oddają (no, w każdym razie próbują), współdziałają drużynowo, rzucają granaty oraz próbują zajść gracza od tyłu. Tak więc, nie jest źle się dać skusić.

I jeszcze na koniec o samej grze jako horrorze. Gwarantuje wam, że zapewne nieraz zużyjecie nieco amunicji strzelając do zjaw (w sensie, do postaci, których nie ma fizycznie i zupełnie nam nie zagrażają, a tylko pojawiają się znienacka). Albo jak będziecie mocniej zaciskać myszkę w niektórych cutscenach. Problemem jest jednak to, że takich motywów nie ma zbyt dużo. Jeśli wspominać tę grę, to jednak pamięta się głównie walki z drużynami przeciwników na niewielkich przestrzeniach.

Linki

Braki Google Chrome

Oto mój własny post z nieoficjalnego cyklu wydawniczego “oh, mam już Google Chrome, jest super”. Google Chrome Beta dla systemu Linux. Jako, że się nieco nie spieszyłem z publikacją – trzeba jakoś to przetestować, co nie? – wyszło nieco później niż inni.

Szczypta historii

Rzeczony Google Chrome zainstalowałem około piątku 19 grudnia, zwabiony przez zauważoną reklamę na serwisie YouTube (dalej tam chyba jest). W końcu pojawiła się wersja na porządny system! Jeśli chodzi o instalacje, dostępne są paczki rpm oraz deb w wersjach 32 i 64 bitowej. Dodatkowo jest odnośnik do strony społeczności, dla tych, którzy wolą inne, ale nie sprawdzałem tej opcji.

Cierpienia młodej przeglądarki

Instalacja przebiegła raczej bez problemów, przeglądarka wylądowała w menu systemowym. Po uruchomieniu natychmiast zażądała stania się domyślną. “O co to to nie, trzeba sobie zasłużyć” pomyślałem klikając na “nie”. Google Chrome nie dało za wygraną i w wysuwanym pasku z góry wciąż skarżyła się na niesprawiedliwość dziejową. Szczęściem można było jej powiedzieć “Shut up!”, czy jak kto woli “Zamknij się”, bo (prawie) całość jest poprawnie przetłumaczona na język polski.

Tutaj dopiszę, z kronikarskiego obowiązku, że nowa wersja przeglądarki na wstępie przy pierwszym uruchomieniu pyta, czy chcemy, wspierać jej rozwój (wysyłając raporty), czy chcemy importować (domyślnie tak) ustawienia z Mozilla Firefox (przy okazji, mam też Operę, co, ona nie istnieje?). A skoro już o tym mowa, to warto w opcjach zajrzeć na zakładkę “Dla zaawansowanych”, zwłaszcza osoby, którą cenią sobie prywatność.

Bilbord a rzeczywistość

Opis marketingowy głosi:

The web browser from Google Google Chrome is a browser that combines a minimal design with sophisticated technology to make the web faster, safer, and easier.

Przede wszystkim, faktycznie przeglądarka jest minimalistyczna. To fakt dość znany. I jest to przeglądarka od Google – wyszukiwarki tej firmy nie da się usunąć z listy możliwych (to również okazało się nieprawdą, na co zwrócił mi uwagę Michał w swoim komentarzu). Da się jedynie zmienić jej słowo kluczowe (a swoją drogą, pragnę przypomnieć niektórym, np. dziennikarzom polskich serwisów informacyjnych, że idea słów kluczowych w pasku adresu istniała jeszcze przed Google Chrome). Jako ciekawostkę dodam, że do zapytania do wyszukiwarki Google, Google Chrome dodaje informację o tym, że używamy Chrome właśnie.

O sophisticated technology nie powiem nic na razie, przejdę do punktu to make the web faster. No jest szybka. W porównaniu do mojego FX (jeśli porównywać ją z Operą, to raczej gołym okiem się tego nie widzi). Tego aż tak bardzo nie widać na zwykłych stronach, ale czuć to wyraźnie, jeśli strona przepełniona jest JavaScriptem (bolączka Firefoksa). Google Chrome Podobnie jak FX potrafi się przyciąć przy sporej liczbie otwieranych na raz zakładek (taką fajną skryptozakładkę sobie znalazłem), machając przy tym ostrzeżeniem na środku ekranu o niekomunikatywnych kartach.

Jeśli chodzi o “easier”, to jak dla mnie nawet za dużo tej prostoty, ale w zasadzie to taki Firefox bez rozszerzeń z pochowanymi paskami. O bezpieczeństwie na razie wiele wiele mądrego nie jestem w stanie powiedzieć.

A wracając do tematu

Przejdźmy do tytułowych braków: po pierwsze, to wciąż beta. Ciekawe, czy wzorem Gmail ten status utrzyma się przez dobrych kilka lat. Po drugie: dość poważnym brakiem jest brak możliwości usunięcia całej historii za jednym razem, trzeba kilka po jednym dniu. Być może nie zauważyłem tego magicznego guziczka, jestem gotowy pokajać się (i faktycznie, możliwość jest, ale ukryta w opcjach, jak słusznie zwrócił mi uwagę gopix – patrz komentarze). Drugim brakiem jest brak gestów. Tzn, samo rozszerzenie istnieje, ale nie działa na systemach Linux. A jeśli już o rozszerzeniach: nie jest ich jeszcze może tyle, co w przeglądarce Mozilli, ale całkiem sporo jest (w tym i jakiś Adblock się znajdzie). Szkoda tylko, że duża ich liczba dotyczy portali typu Twitter, czy Facebook, czyli de facto dla mnie rozszerzeń bezużytecznych. Zapewne kiedyś to się zmieni. I jeszcze taka moja prywatna wada: nie na wszystkich stronach (czytaj: zwłaszcza na tych, na których mi zależy) zgłasza się menedżer haseł.

Bilans zysków i strat

Wyszła nawet całkiem nieźle. Wymaga jeszcze trochę dopieszczenia, ale to całkiem użyteczna przeglądarka, z pewnością warto przyjrzeć się jej bliżej. Cieszy mnie to też dlatego, że nic tak nie motywuje do szybszego sprintu, jak ciepły oddech konkurencji na plecach. Liczę więc, że Mozilla nie pozostanie Google dłużna.

Brak złudzeń

Programista w czasie spaceru wzdłuż plaży znajduje lampę. Pociera ją i pojawia się dżin:
– „Jestem najpotężniejszym dżinem na świecie. Mogę spełnić tylko jedno, dowolne twoje życzenie”.
Programista wyciąga mapę, wskazuje na nią i mówi:
– „Chcę pokoju na Bliskim Wschodzie”.
Dżin odpowiada:
– „Czy ja wiem. Ci ludzie walczą od tysiącleci. Mogę zrobić prawie wszystko, ale to jest prawdopodobnie ponad moje możliwości.”
Programista mówi:
– „Cóż, jestem programistą i wielu użytkowników ma moje programy. Chciałbym, aby wszyscy oni byli zadowoleni z mojego oprogramowania i pytali tylko o sensowne zmiany.”
W tym momencie dżin odpowiada:
– „Skoro tak, to pokaż mi jeszcze raz tą mapę”

Znalezione w biuletynie Microsoftu: Academic Flash – elektroniczny biuletyn społeczności akademickiej, grudzień 2009.

Moon (2009)

Filmy SF kojarzą zwykle zwykłym zjadaczom chleba głównie z masą efektów specjalnych, wybuchów czy głupawej fabuły związanej ze statkami kosmicznymi i obcymi. Wchodzi do kin dobry przykład – Avatar, którego jeszcze nie oglądałem, ale domyślam, że jego siła przebicia nie leży w tym, co w SF najważniejsze.

Mało kto słyszał o filmie Moon tu w Polsce. Nie ma on nawet polskiego tytułu. Z co wyczytałem, pokazano go jedynie raz, na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Jak ktoś na FilmWeb ujął: A w kinach nie będzie bo to nie amerykański. Wychodzi więc na to, że obejrzeć go można będzie jedynie na DVD. Przynajmniej legalnie.

Fabuła

Ale powiedzmy może, o czym jest. Otóż na Księżycu w bazie Sarang, należącej do korporacji Lunar, wydobywany jest Hel 3, paliwo do rektorów fuzyjnych – taniej, czystej energii. Stacji jednak trzeba doglądać. Na 3 letnim kontrakcie pracuje tam Sam Bell (grany przez Sama Rockwella). Pracuje sam, nielicząc automatu-komputera o imieniu GERTY (głos podkłada tutaj: Kevin Spacey).

Powoli zbliża koniec jego zmiany. Trzyletnie odosobnienie pozwoliło mu zapanować nad swoim temperamentem oraz przemyśleć wiele spraw związanych ze swoją żoną i córką pozostawionymi na Ziemi. Trzy lata spędzone w samotności zaczynają mu również wyraźnie doskwierać, co prowadzi do dość poważnego wypadku. Nie chciałbym zdradzać więcej, ale wszystkie dziwne wydarzenia jakie do tej pory Sam ignorował nagle składają się na wspólną całość.

Podsumowanie

Podsumowując, jest to kino SF w dobrym wydaniu, z przesłaniem. Mało jest tu efektów specjalnych, ale te które są (głownie księżycowe widoki), są porządnie zrobione (podobno w wyniku strajku scenarzystów, najlepsi specjaliści od efektów byli łatwo osiągalni). I jeszcze ta muzyka (autorem jest Clint Mansell). Polecam. Z pewnością warto. Zwłaszcza jeśli literki SF, nie kojarzą Ci się z Gwiezdnymi Wojnami.

Link

Kac Vegas (2009)

Trójka znajomych Pana Młodego postawia zabrać go na wieczór kawalerski do Las Vegas, aby tam w świątyniach rozpusty i hazardu (co i na jedno wychodzi) wyszaleć się za wszystkie przyszłe lata, jakie ten spędzi w swoim małżeństwie.

Zameldowali się w apartamencie, ładnie ubrali i wyszli imprezować. Sporo pili etc… i obudzili się rano. Pokój wygląda jak przejściu tornada, nikt nic nie pamięta, ale to dopiero początek problemów. I jeszcze małe pytanie: gdzie jest Pan Młody?

Kac Vegas (ang. Hangover) to oczywiście komedia, może nie jakaś wyjątkowo dobra, ale całkiem przyzwoita, tak więc nie będzie to zupełną stratą czasu. A, że to komedia, tak więc wszystko kończy się dobrze – nawet jeszcze lepiej, bo np. przyjaciele się zżywają ze sobą – tak więc wartości edukacyjnych dla młodego pokolenia zero. Ale kogo to obchodzi?

Bluźnisz!

Opublikowanie lub wypowiedzenie treści w sposób oczywisty nadużywających lub obraźliwych wobec kwestii świętych dla którejkolwiek religii, przez co w sposób umyślny wzbudza się oburzenie znacznej liczby wyznawców tej religii

Według tego, a jest to definicja bluźnierstwa, karanego już w Irlandii, mój skromny blog powinien zostać spalony na stosie, zapewne wraz z autorem. Według mnie, niewiele trzeba, żeby podciągnąć pod to prawo każdą wypowiedź.

Na podstawie Irlandia zakazała bluźnierstw (Uwaga! link prowadzi do wyborcza.pl, nie biorę odpowiedzialności za los Twojej nieśmiertelnej duszy po śmierci).