Słowo na niedzielę #3

Pierwotnie planowałem pisać o czymś innym, ale moją uwagę przyciągnęła pewna myśl. Brak jest – przynajmniej ja nigdzie nic takiego nie znalazłem – dostępnego gdzieś na sieci portalu, który zawierałby najróżniejsze wydania i tłumaczenia Biblii. Wszystkie jakie są na świecie, niezależnie od religii, języka etc. Razem z wszystkimi opisami, komentarzami, interpretacjami itp. do poszczególnych wersów. Z możliwością zestawienia i porównania. Wszystko w myśl wikipedycznej neutralności.

Po co byłoby coś takiego? Bo byłaby to bardzo pouczająca lektura, zwłaszcza dla tych, którzy uwielbiają powoływać się na Biblię jako objawione słowo boże. Na takim portalu mogli by sobie uzmysłowić jak wiele może być interpretacji tego, co oni uznają za jednoznaczne i niepodważalne. Ja bardzo chętnie też zaglądałbym sobie na komentarze historyków.

Niestety raczej żadna grupa religijna nic takiego nie opracuje. A jeśli nawet, szybko zapełniła by się tekstami w stylu ten fragment jest też błędnie interpretowany. Pozostali by chyba jedynie agnostycy, albo ateiści. Tylko czy istnieją badacze współczesnych Biblii, którzy nie związani z żadnym wyznaniem?

Natrafiłem w trakcie poszukiwań na kilka ciekawych stron. Pierwszą, była strona “The Skeptic’s Annotated Bible”, czyli wersja z otagowanymi i krótko skomentowanymi cytatami. Problemem jest tutaj lekko antyreligijny wydźwięk komentarzy (autor zwyczajnie bierze te teksty wprost, to tak po prostu wychodzi), co niestety przekreśla ten portal jako argument w dyskusji, bo część adwersarzy podejdzie do niego jak do Gazety Wyborczej i zamiast o fakcie, będzie opisywać z jakich to masońskich źródeł korzystam.

Drugim odnalezionym portalem była beta wersja porównywarki biblijnych wersów. Spory zasób tłumaczeń, brak jednak tutaj komentarzy, opracowań, czy choćby ciągłego przeglądania poszczególnych tekstów.

Najbliżej ideału jest chyba sama Wikipedia, która ma portal “Biblia”. Tam jednak wszystko potraktowane jest dość skrótowo, nie ma też dokładniejszych analiz, coś w stylu ten wers został przeredagowany przez … podczas…. W większości wikipedyści opisują tylko postrzeganie księgi przez pryzmat chrześcijaństwa i judaizmu, a sama ta pierwsza przecież dzieli się na liczne osobne podgrupy.

W sumie szkoda, że nie ma takiego potężnego opracowania. Księga ta stanowi jedną z podstaw naszej kultury. Przez wieki jej czytanie było albo zabraniane, albo nawet wymagane. Wielu ludzi wykazuje do niej wręcz chorobliwe przywiązanie, choć w zasadzie mało kto Biblię przeczytał, albo interesuje się jej genezą i historią.

Linki

13 dzielnica – Ultimatum (2009)

Francuskie kino akcji z jasną i klarowną fabułą, z odrobiną humoru oraz całkiem sporą dawką scen walki, pościgów i ucieczek. Seksu akurat nie ma. No cóż, nie jest to zbyt ambitne kino, ale przecież dokładnie tego się spodziewałem. Luc Besson powraca ze swoją trzynastą dzielnicą w filmie: “13 dzielnica – Ultimatum“.

W zasadzie nie trzeba oglądać pierwszej części (pod tytułem “13 dzielnica“), żeby wiedzieć o co chodzi w tej. Naprawdę, fabuła obu nie była wcale tak zawiła. Praktycznie od początku wiadomo kto jest tym dobrym, kto złym i o co w tym wszystkim chodzi. Powtórzę się, nie jest to dzieło, po które sięga się dla filozoficznych rozważań i moralnych dylematów zagubionych w przyszłościowej metaforze dnia dzisiejszego bohaterów, z jakimi posiadacz wyższego wykształcenia może się identyfikować. Nie, to jest film dla wielbicieli parkour i “sztuk walki”, którzy są gotowi bardzo wiele obrazowi wybaczyć.

Co wybaczyć? A choćby niektóre sceny walk, jak tą z obrazem Van Gogha, czy te, kiedy to do bohatera, grzecznie i po kolei podchodzą przeciwnicy, pozwalając mu się skopać, zamiast zwyczajnie rzucić się z sławetnym okrzykiem kupą mości panowie! (chyba zwyczajnie wyrosłem z oglądania tego rodzaju produktów filmowych).

Nawet jak na film, w jakim fabuła pełni dość marginalną rolę, końcówka jest wyjątkowo, jakby to intelektualnie ująć – skopana. W dodatku, chyba zabrakło funduszy na efekty specjalne, bo wielka scena pirotechniczna zamiast wypełniać ostatnie 5 minut, jest tutaj przedstawiona z perspektywy obserwatorów umieszczonych daleko od centrum wydarzeń, jako seria wstrząsów i dźwięków wybuchów.

Na zakończenie, bo podsumowanie jest tu chyba zbędne, pozwolę sobie zadedykować owo dzieło francuskiej myśli kinematograficznej, no może jego pierwsze 10 minut – reszty oglądać nie trzeba, wszystkim fanom pomysłów podobnych to tych, jakimi szczycił się niejaki Giertych (tak, były minister edukacji). Wspomniana scena to krótka prezentacja jak obecnie (po 3 latach od części poprzedniej) wygląda tytułowa zamknięta dzielnica Paryża oraz czym się zajmują się jej mieszkańcy. Myślę, że będzie to bardzo edukacyjne. Bynajmniej nie mówię tu o krótkim przedstawieniu mniejszości etnicznych, które wydzieliły się w odrębne klany, czy o muzyce jaka temu obrazkowi przygrywa, wierzę, że osoby zainteresowane zrozumieją o co mi chodzi.

Gdzie jest mój thunderbirdowy profil?

Jeśli ktoś chce bawić się we wspólny, międzysystemowy profil, to być może powinien wiedzieć, że w Windows 7, jego katalog jest nieco zamaskowany. Już tłumaczę.

Pierwotnie zakładałem, że szukany przeze mnie folder znajduje się pod ścieżką: C:\Users\<nazwa_użytkownika>\AppData\Local\Thunderbird\Profiles (w domyślnych ustawieniach zarówno systemu, jak i Thunderbirda). Pomijając tutaj obecność w systemie pustych katalogów takich jak np. Documents and Settings, czy Application Data w katalogu użytkownika, które pewnie są jakaś efektem kompatybilności wstecznej, to odnaleziony profil nie był tym czym chciałem. Owszem były tam pliki ustawień, ale nie było w nich konfiguracji kont, czy ściągniętej poczty.

To czego szukałem znalazłem obok: C:\Users\<nazwa_uzytkownika>\AppData\Roaming\Thunderbird\Profiles. Gdybym to wiedział, oszczędził bym trochę czasu i sporo nerwów. Nie wiem, czemu mam rozdwojone te katalogi, ale warto chyba liczyć się z tą ewentualnością. A przy okazji: ścieżkę lokalną danego konta w programie Thunderbird można sprawdzić np. w sekcji Konfiguracja serwera.

Richard Dawkins – Ślepy zegarmistrz

Nie wiem jak wy, ale ja kojarzyłem Richarda Dawkinsa głównie jako agresywnego ateistę, który bez ogródek przyrównuje religię do choroby psychicznej. Owszem, coś mi się tam obiło o uszy, że jest biologiem, ale bardziej w kontekście, że stracił wiarę, kiedy zapoznał się z teorią ewolucji. Do dziś zresztą uważam to za wyjątkowo głupi powód. Słyszałem też trochę o jego znanych książkach, nawet zdecydowałem się sięgnąć po jedną. Nieźle mnie zaskoczyła.

Wróćmy jednak do osoby autora. Obejrzałem kilka jego programów telewizyjnych (na YouTube), w których wykazywał braki w logice w wierze, czy to konkretną religię, czy w horoskop, różdżkarstwo etc… Wśród tych materiałów był też film, na którym zapytano go, co będzie jeśli okaże się, że Bóg jednak istnieje. Zapytany raczej wymigał się od odpowiedzi niż jej udzielił, co zraziło mnie do niego.

No, ale w końcu postanowiłem zmierzyć się z dawkinsowską twórczością. Nie ma to przecież jak dokładne zgłębienie tematu. Udałem się w tym celu do biblioteki aby wypożyczyć najsłynniejszą (przynajmniej ja to tak postrzegam) publikację omawianego pisarza, pt. “Samolubny gen”. Godność autora nic nie mówiła bibliotekarce, ale w katalogu wyszukała jedną starą, lekko rozpadającą się książkę podpisaną wymienionym nazwiskiem. Dokładny tytuł z podtytułami brzmi: “Ślepy zegarmistrz – czyli jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany” (w oryginale: “The Blind Watchmaker – Why The Evidence of Evolution Reveals a Universe Without Design”). Posiadany przeze egzemplarz wydany został w 1994 r. (sama książka powstała w 1986 r.).

Ale przejdźmy w końcu do sedna. Spodziewałem się ateistycznego manifestu, tekstu, w którym literki składają się w najróżniejsze odmiany zdania “Boga nie ma”, tymczasem całe to dzieło jest poświęcone ewolucji (i biologii). Autor stara się wyjaśnić jej istotę niemal od podstaw. Także czemu, jako naukowiec nie może on zaakceptować słynnego Bóg jest odpowiedzą na wszelkie pytania, nawet gdyby okazało się to prawdą. Miejscami treść przybiera charakter polemiki z różnymi tekstami ‘kreacjonistycznymi’. Sam tytuł jest aluzją do dzieła teologa Williama Paleya, który dowodził, że skoro zegarek jest dowodem na istnienie zegarmistrza (jego konstruktora), to świat jest takim samym dowodem na istnienie Boga, który go stworzył. W trakcie czytania zauważyłem również, że “Ślepy zegarmistrz” znakomicie nadaje się na uzupełnienie publikacji “Jak powstało życie? Przez ewolucję czy przez stwarzanie?”, Dawkins porusza wiele z przykładów i cytatów wykorzystywanych przez Świadków Jehowy do wykazania swej racji.

Czas na nieco podsumowania. Zacznę może od tego, że ta publikacja jest kolejną po “Samolubnym genie”, wspominam o tym, bo wspomina o tym i sam autor, czasem odnosząc się do poprzedniej pracy. W trakcie lektury dowiedziałem się o panu Dawkinsie kilku ciekawych rzeczy, m.in. to, że programuje, co prawda w Pascalu i Basicu, ale było to w końcu jakieś 24 lata temu. Miał też małą córeczkę, którą wykorzystywał do symulacji małpy piszącej na maszynie. Choć w zamyśle autora książka miała być dla laików, to jednak po wczytaniu się w rozdział wychodzi ten tłamszony biolog i daje o sobie znać, dlatego bardzo trudno oceniać mi, dla kogo jest to pozycja. Powinni ją przeczytać kreacjoniści, ale z pewnością nie jest to grupa docelowa. To raczej pozycja dla osób znajdujących się pośrodku tego sporu, osób które jeszcze nie mają własnego poglądu na sprawę. Osobiście uważam, że warto zajrzeć, za humor, za wiedzę i chęć jej przekazania, jakimi dysponuje Richard Dawkins.

Więc jednak mamy XBox Live w Polsce?

Dostałem spam na email, gdzie m.in. reklamowano: Promocja kodów do Xbox Live. Nie mam konsoli, ale z tego, co się orientuję, to przecież nie ma w Polsce tej usługi – jakby z powodu wysokiego piractwa. Jest to nawet wręcz brew prawu Unii Europejskiej. Ktoś mi może wyjaśnić, po co polski sklep online sprzedaje dostęp do niej?

FireGestures

Już całkiem sporo (większość – przynajmniej z mojej perspektywy) dodatków do Firefoksa zostało ulepszonych do wymagań wersji 3.6. Zostało wciąż parę niereformowalnych, ale kilka z nich już zmieniłem sobie na alternatywy (plusy dużej bazy dodatków).

Taką właśnie zmianą, jest przejście z All-in-One Gestures na wymienione w tytule rozszerzenie FireGestures. I jestem z tej zmiany szczerze zadowolony. Nie tylko działa, ale także wypatrzyłem w nowej zabawce opcje zdefiniowania własnych skryptów pod gesty (ciekawe, czy kiedyś się skuszę…).

Słowo na Walentynki

Zgodnie z ostatnią joggerową modą należy opublikować post na cześć dzisiejszego “święta”, który ogólnie rzecz biorąc wykpi je. Żebym i ja mógł poczuć się oryginalnym i bardzo dowcipnym, przypomnę osobę patrona dnia dzisiejszego.

Uważa się, że św. Walenty był biskupem Terni oraz, że został ścięty za sprzeciwienie się antyprorodzinnej polityce ówczesnych władz (innymi słowy, święty na nasze czasy). W Wikipedii czytamy: W Polsce czci się go jako patrona ciężkich chorób, zwłaszcza umysłowych, nerwowych i epilepsji – nic więc dziwnego, że jest również patronem zakochanych, jak ulał pasuje. Pozdrawiam wszystkich tych, którzy ten wpis przeczytają dopiero rano po spędzeniu wielu miłych i upojnych chwil ze swoimi połówkami.

O starych niewymarłych pomysłach Kościoła

Trafiłem (z cudzą pomocą) ostatnio na artykuł Przez sagę “Zmierzch” nastolatkom zagrażają sekty? w katowickim oddziale Gazeta.pl. O czym jest owy tekst? Głównie o tym, jak to jakaś pani (tutaj Małgorzata Nawrocka) dorabia sobie najpierw wydając książki o tym, jak to popularne powieści, są szkodliwe z punktu widzenia religii, a teraz jeździ i uczy tych swoich rewelacji zatroskanych księży z katechetkami, a i co z tego wyszło. Największe wrażenie jednak zrobiło na mnie coś innego:

(…) siostra Iwona Filipczak, dyrektorka Zespołu Szkół Urszulańskich w Rybniku, w którym półtora roku temu zakazano wypożyczania gimnazjalistom ze szkolnej biblioteki m.in. “Kodu Leonarda da Vinci” i “Pachnidła” jako nieodpowiednich dla uczniów placówki katolickiej (…)

Pięknie, wskrzeszenie idei Index librorum prohibitorum? Nie jestem fanem twórczości Dana Browna (ani tym bardziej sagi “Zmierzch”) – wprost przeciwnie, ale zakazywanie dostępu do jakichkolwiek książek, tylko i wyłączenie z powodów światopoglądowych, uważam za postępowanie zbrodnicze. Jeśli już chcemy przed jakimiś książkami przestrzec młode pokolenie, to w pierwszej kolejności powinna to być Biblia (mam tu na myśli jej treść, wybitnie dla jednostek niedojrzałych nieodpowiednią).

21 (2008)

Proszę nie traktować recenzji tego filmu, jako jakiejś mojej manifestacji politycznej, to, że akurat publikuję ją teraz nie ma nic wspólnego z żadnymi komisjami, ustawami itp. które łączy jedno: hazard. Ale jeśli już ktoś się przyczepi, to niech wie, że jak to ładnie ujął jeden z bohaterów to nie jest hazard!.

Historia jest wręcz do bólu przewidywalna. Młody, piękny oraz zdolny chłopak, studiujący na MIT, ma problemy tylko z dwiema “rzeczami”. Pierwszą są pieniądze, a kolejną dziewczyna, w której tej skrycie i nieśmiało się podkochuje. Napomknę, że pierwsza jest mu potrzebna aby móc rozpocząć naukę medycyny na Havardzie. Dobór jego uczelni pozostaje dla mnie zagadką, ale to akurat nieważne. Nasz protagonista ma jednak dar – całkiem niezłą smykałkę do matematyki (w sensie: umie dużo i szybko liczyć).

Zrządzeniem scenarzysty natrafia mu się okazja zdobycia sporej ilości gotówki, uczestnicząc w spotkaniach grupki studentów (tak! wśród nich i owa piękność, do której skrycie smali cholewki) pod wodzą profesora wykładającego matematykę – Mickiego Rosy (gra go Kevin Spacey). Owa grupka co tydzień wylatuje do Las Vegas, aby tam w drogich hotelach i świątyniach rozpusty, przygotować się do całonocnych eskapad przy stolikach do gry BlackJack. Rzecz jasna, bohaterowie nie liczą na szczęście, a liczą karty.

Choć to co robią, teoretycznie nie jest nielegalne, to jednak jest to wyraźne deptanie po odciskach właścicieli kasyn (przynajmniej w filmie, o rzeczywistości wspomnę później). Tutaj czarnym bohaterem (także dosłownie) jest szef firmy monitorującej kasyna, który poluje na naszych milusińskich. Przy tej postaci dodano ciekawy motyw zastępowania człowieka przez maszynę.

Fabuła nie zaskakuje. Ale i tak dobrze się ogląda. Bawiłem się całkiem nieźle. Trzeba przymknąć oko raz, czy dwa, na pewne kwestie “techniczne”, ale to nie przeszkadza. Określanie tego obrazu jako Dla wszystkich studentow matmy;p (jeden z komentarzy na FilmWeb), jest według mnie, albo żartem, albo wyrazem nieznajomości przedmiotu. Nie trzeba też bać się matematyki na filmie, jest jej niewiele. No chyba, że ktoś cierpi na ostrą matmofobię i trzęsie się na sam widok dodawania kilku liczb.

Na zakończenie kilka uwag natury ogólnej. Niech was nie zwiedzie jeden ze sloganów, że to historia oparta na faktach. Owszem, była taka sprawa, ale wątpię by poza miejscami rozgrywania się akcji miało to więcej cech wspólnych. Ciekawe być może wyda się to, że kasyna w Las Vegas bardzo chętnie pomagały w kręceniu filmu, oni już tam dobrze wiedzą, że nie każdy może liczyć karty. No i od tamtej akcji rzeczywistych studentów MITu nieco zmieniły się reguły gry BlackJack. A reklama to dobra rzecz. Film na jeden, rozrywkowy wieczór.

Linki

Spirit – Duch Miasta (2008)

Po sukcesach – głównie kasowych jak przypuszczam – filmów tworzonych na kanwach komiksów, ktoś postanowił, całkiem odkrywczo, kroczyć dalej tą drogą. Zekranizowano nieznany mi (a nawet nieznany u nas) komiks “The Spirit”. Żeby jednak inwestycja była pewniejszą, za reżysera (i autora scenariusza) wybrano nie kogo innego, jak samego Franka Millera.

I jak tu podsumować ten film? Próba przekucia zupełnie innej historii na nowe “Sin City”? Coś tu jednak nie wyszło. Ale można najpierw co nieco o samym filmie.

Moje aluzje do Miasta Grzechu wcale nie są czepialstwem. W obu filmach zdecydowano się na podobne zabiegi w prezentacji obrazu, doborze kolorystyki itd., a główni bohaterowie wygłaszają podobnie brzmiące monologi, z tym, że do Ducha one jakoś nie pasują.

Nie wiem jak komiks, ale ekranizacja była czymś niezdecydowanym pomiędzy kryminałem, romansem, a parodią. Szkoda, że tej ostatniej było najmniej, bo i zrealizowano to najlepiej, a konsekwentne trzymanie się takiego założenia na pewno wyszło by na dobre.

Film jest słaby, ale da się obejrzeć, o fabule nie wspomnę, bo w zasadzie jest ona dość sztampowa. Warto nadmienić, że zarówno ten Dobry (gra go Gabriel Macht), jak i ten Zły (Samuel L. Jackson), nie są chyba całkiem zdrowi psychicznie. Ich braki nadrabiają postacie drugoplanowe.

Choć utrzymana w nowoczesnych realiach historia wydaje się być dość stara, jeszcze z czasów kiedy to gatunek kryminału kwitł (Wikipedia podpowiada mi tu, że komiks po raz pierwszy wydano w 1940 r.). Jeśli już ktoś zdecyduje się na poświęcenie “Spirit – Duch Miasta” trochę więcej czasu, niech się spodziewa sporej dawki dziwacznych pomysłów. Może i miało to urok na papierowych kartach, ewentualnie 60 lat temu, ale obecnie nic z tego nie pozostało, lub też nie zostało to widzowi przekazane.

Linki