Trzeba mieć fantazję #2

Nie tylko twórcy Joggera mają fantazję 🙂 Na serwisie YouTube wyświetlił mi się następujący tekst:

500 Internal Server Error
Sorry, something went wrong.
A team of highly trained monkeys has been dispatched to deal with this situation.

Jeszcze jedna recenzja filmu Avatar (2009)

Tak więc i ja zaliczyłem się w poczet tych, którzy widzieli najnowsze dzieło Jamesa Camerona, przedstawię teraz moje odczucia względem tegoż… Tak, racja, było takich tematów było sporo. Zatem będę się streszczał, spokojnie, czy kiedykolwiek rozpisałem się ponad miarę?

Zacząłem od tego Camerona, być może zasadził mi się on w podświadomości, bo wydawało mi się, że podczas seansu słyszałem motywy muzyczne lekko zahaczające o te kojarzone z obrazem “Titanic”, choć może to tylko siła sugestii momentów w jakich ta muzyka się pojawiała. Przejdźmy do fabuły… albo nie. Nie ma co wnikać w fabułę. Ten film jest w zasadzie baśnią (w dodatku niezbyt oryginalną, ale to akurat w przypadku takich historii, nie bardzo przeszkadza). Może jest osadzony w klimatach SF, ale bądźmy poważni. Oczywiście są ludzie, którzy uważają ten film za wspaniały milowy krok w rozwoju kina fantastyczno-naukowego, silnie doradzam im obejrzenie całości, nie tylko jakiś początkowych 30 minut (ewentualnie: niech dorosną).

Wizualnie bardzo ładnie, kolorowo, puszczę Pandory zasiedlają liczne i nieco dziwne zwierzęta. Napracowano się przy ich kreacji. Presja bycia twórcą wizjonerskim była tak silna, ze zwierzętom dodano dodatkową parę kończyn, jak dla mnie zalatuje to nieprzemyślaną “oryginalnością na siłę”. A skoro już o grafice, sławetne 3D; mało go jakoś było. Głównie tła i napisy z tekstem (swoją drogą, nie narzekam na nie). Bardzo mało było scenek, w których faktycznie wykorzystano ten efekt. Najbardziej trójwymiarowe były trailer “Jak wytresować smoka” oraz intro jednej z zaangażowanych w produkcję “Avatara” firm (nie pamiętam która to).

Daleki jestem od określania tego filmu mianem “wszech czasów”, czy nawet “najlepszego”. Można to obejrzeć, tylko kiedy oczekuje się bajkowego klimatu, i kiedy czucia i wiara silniej przemawia do cię, niźli mędrca szkiełko i oko. W zasadzie do kin można by zabrać nawet starsze dzieci, bo przemocy wiele nie ma, a o seksie wspomina się tylko 2 razy, tak więc nie ma ryzyka, że dziecko nagle rozbudzi swoją uśpioną seksualność. Mimo braku wymienionych dzieło może do nich nieźle trafić i przypaść do gustu.

Linki:

Mortal Kombat

Kolejny z tych filmów, o jakich coś się tam słyszało, mniej więcej wie się, z czym to się jada, ale też szczerze należy przyznać, że się ich nie oglądało. W końcu zdecydowałem na obejrzenie bohaterów dzisiejszej recenzji. Zwłaszcza, że główny motyw muzyczny jest mi dość znany, jak chyba sporej części populacji. Nawet ludziom, którzy tak jak ja, w grę nie grali.

Mortal Kombat

To jest dobry film. Wydany w 1995 r. luźno opierający się na motywach gry o tym samym tytule, przy tym dość ostro zalatuje “Wejściem smoka”, ale to chyba bardziej wina twórców pierwowzoru. Na początku mamy krótkie wprowadzenie postaci najważniejszych bohaterów, ich historię i motywację. Wszyscy oni znają się na walce wręcz i trafiają na pewną starą krypę, gdzie dowiadują się nieco w czym zgodzili się uczestniczyć. Potem całość jest w zasadzie zbiorem pojedynków, rozgrywanych przy dźwiękach muzyki techno, w dość mrocznych, lub też rajskich sceneriach wyspy głównego złego (przeważają te mroczne widoczki). Żeby widz się tą całą przemocą nie przejadł w przerwach mamy dodatkowe krótkie pogadanki pchające, i tak nie wymagającą, fabułę do przodu.

Jak wspominałem, film ogląda się nieźle, niezła muzyka, tu i ówdzie nawet jakiś żarcik. Jako plus policzę sobie oszczędność w efektach specjalnych, choć to pewnie zasługa czasu wydania filmu, kiedy były one dość drogie. No i jeszcze Christopher Lambert (grał główną rolę w “Nieśmiertelnym”) jako Lord Rayden. Jako małą ciekawostkę dopowiem, że w filmie pojawił się utwór, który do tej pory kojarzyłem jedynie z miesiąc później wystawianymi w kinach “Hakerami” – “Halcyon and On and On”.

Mortal Kombat 2: Unicestwienie

Pierwsza część miała jakiś klimat, dobrze się ją oglądało, pewnie dość dobrze się sprzedała. Tak więc ktoś wpadł na pomysł dorobienia kolejnej części. Wydano ją w 1997 r. Choć zaczyna się ona dokładnie wtedy, kiedy poprzednia się kończy zmieniono kilka rzeczy. Dla przykładu to, kto i w jaki sposób się pojawia. Do tego w postacie Soni, czy Lorda Raydena i paru innych wcielili się inni aktorzy. Bardzo brakowało mi chrapliwego głosu Lamberta, zwłaszcza, że w tej części odgrywane przez niego bóstwo miało większy udział.

Film jest zdecydowanie słabszy niż część pierwsza, za dużo w nim fabuły, za dużo postaci, w dodatku nowych, lub epizodycznych, pojawiających się nie wiadomo skąd. W dodatku cała ta otoczka turnieju, z bardzo prostymi konsekwencjami, została zastąpiona spiskami, jakimiś wyższymi siłami etc. I jeszcze jedna wada, w pierwszej części unikano bohaterów “cyborgów” (ciężko było określać tak Kano), tutaj takich hi-teków jest sporo, trochę godzi to w klimat fantasy z magią, demonami, bogami itp. Choć o ile mi wiadomo, dokładnie tak jest w grze, tak więc chyba znowu zrzucić winę należy na podstawę.

Podsumowanie

Jako, że nie grałem w kanwę filmu, to chyba nie wypada mi przypisać “Mortal Kombat” tytułu najlepszej ekranizacji gry komputerowej, nie mniej jednak spotkałem się z takimi opiniami. Jak to napisałem, pierwsza część ma swój urok prostoty i klimatu, zdecydowanie gorzej z kontynuacją. Ja osobiście polecam, o ile wiesz czego się spodziewać. Warto być może odświeżyć sobie ten tytuł, bo z tego mi się widzi, szykuje się jakiś remake w 2013 r. Być może będzie to kolejna z licznych adaptacji. Pożyjemy, zobaczymy. W między czasie można sobie posłuchać utworu przewodniego serii.

Linki

Odlot (2009)

Jakkolwiek nie darzę wielką estymą nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, wspomnę, że “Odlot” dostał ich (Oskarów) pięć nominacji, w tym za najlepszy film. Skończyło się to 2 przyznanymi nagrodami. Trochę ciężko mi oceniać czy obraz faktycznie zasługuje na tytuł najlepszego z wszystkich nominowanych bo ich nie znam, to jednak wydaje mi się, że to byłoby to nieco za dużo dla tego dzieła. Co wcale nie oznacza, że jest jakieś złe.

Carl Fredricksen, nie zawsze był zrzędliwym starszym panem, jakim jest obecnie. Jako dziecko zafascynowany był osobą podróżnika Charlesa Muntza i jego przygodami w pewnej tajemniczej krainie w Ameryce Południowej. Ta pasja połączyła go z Elą, jego przyszłą żoną. Obecnie jako wdowiec, staruszek stara się utrzymać swój dom, który jest dla niego żywym wspomnieniem jego zmarłej małżonki. Doprowadzony do ostateczności, decyduje się na oderwanie budynku od ziemi za pomocą napełnionych helem baloników.

Być może nie brzmi to zbyt realistycznie, ale na prawdę nie o to w tym filmie chodzi. Historia, domyślnie przeznaczona niejako dla młodszych widzów ukrywa jeszcze więcej podobnych pomysłów. Spełnia doskonale swoje zadanie.

Osobiście bardzo podobało mi się krótkie przedstawienie wspólnego życia Eli i Carla za pomocą zbioru scenek, bez słowa komentarza, nawet w sytuacji kiedy przedstawiały one tematy trudne; takie jak choroba, starość i śmierć. Również w dalszej części filmu nie uświadczymy pompatycznych tekstów. Za to film dostaje ode mnie wielkiego plusa.

W zasadzie nie ma co więcej pisać, ponadto, że warto “Odlot” obejrzeć. Nawet jeśli komuś się nie spodoba, to i tak dla takiego obrazu warto jest spróbować – jeśli ktoś jeszcze go nie widział – może i historia jest infantylna, ale i tak jest dojrzalsza niż to co można znaleźć często w hollywoodzkich produkcjach.

Linki

Dan Brown: it’s not a bug, it’s a feature!

W numerze trzecim z tego roku gazetki “Tom kultury”, jaką można dostać za darmo w sieci Empik, znalazłem wywiad z pewnym sympatycznym i uśmiechniętym panem Danem Brownem, autorem poczytnych, ale powiedźmy sobie szczerze, nie najwyższych lotów książek, jakie nawet kiedyś tam przesłuchałem.

Przyznam wprost, być może i nie znam się na sztuce, czy jej historii, ale nawet ja potrafię wskazać kilka błędów rzeczowych pojawiających się na kartach jego powieści. Już nie wspominając o tej nieszczęsnej “Cyfrowej twierdzy”. Tymczasem jak pisze twórca tego dzieła:

Nic mi nie wiadomo o jakichkolwiek błędach. Moje książki to powieści, ale zostały przygotowane z dużym podłożem faktograficznym. Jeśli zatem ktoś nie zgadza się z jakąś zaprezentowaną przez mnie teorią, to albo dlatego, że została ona celowo przeze mnie wprowadzona jako fikcja literacka, albo po prostu nie akceptuje mojego sposobu opisywania danego zdarzenia czy zjawiska

I jeszcze za takie podejście dostał, cytuję: niemal nieograniczony dostęp do miejsc niedostępnych dla zwykłego nieśmiertelnika, np. do narodowych archiwów czy podziemi Kapitolu.

A przy okazji, zauważyłem, że kilku ludzi szukało u mnie odpowiedzi na zapytania: bez wosku znaczenie z książki dana browna i podobne. To było wyjaśnione pod koniec “Cyfrowej twierdzy”, tak teraz będę spoilerował; bez wosku miało oznaczać prawidłowo wykonaną rzeźbę, podczas której artysta się nie pomylił i nie usunął za dużo marmuru, przez co nie musiał uzupełniać ubytków (właśnie za pomocą wosku). Natomiast jeśli chodzi o pytania podobne do algorytm do łamania szyfrów cyfrowa twierdza, odpowiem, że znana mi kryptografia raczej nie podziela sposobu pana Browna na jego opisywanie tej dziedziny wiedzy i związanych z nią zdarzeń i zjawisk.

Krótka recenzja Lenovo G550

Moje zadanie było proste, zainstalować na laptopie Lenovo G550, numer modelu: 20023, jakiś inny niż aktualny system. A że miałem na to kilkanaście dni, to zdążyło mi się nasunąć kilka uwag odnośnie tego sprzętu. Na ów drugi system wybrałem Ubuntu wersję 9.10, po części dlatego, że system nie powinien sprawiać za dużo problemów swojemu nowemu użytkownikowi, ale również dlatego, że miałem już gotową płytkę.

Inaczej niż podczas moich poprzednich zabaw z laptopami (HP 6735s FU601ES – pierwsze starcie), w tym przypadku oszczędzono mi zarówno wyboru modelu, czy pierwszych chwil z nim. Coś tam wspomniano, że obecny na dysku (250 GB, jak ktoś nie chce zaglądać do dokumentacji, a go to ciekawi) Windows 7 to domyślny system, w każdym razie nie mogę nic powiedzieć o instalacji tegoż systemu, ale podejrzewam, że nie powinno być problemu np. ze sterownikami. Chyba, że chcemy instalować którąś z wciąż powszechnych poprzednich wersji tego systemu.

O Ubuntu na Lenovo G550

Jeśli natomiast chodzi o instalację Ubuntu, to najbardziej złożonym etapem było wydzielenie partycji, czyli nie było żadnych problemów. W zasadzie zaraz po instalacji jest ono już w pełni skonfigurowane i gotowe do pracy, z jednym małym wyjątkiem – sterowniki do WiFi, jako własnościowe, należy dociągnąć sobie we własnym zakresie. We własnym zakresie, czyli z menu System->Administracja->Sterowniki należy wybrać właściwą opcję. Aby ta się pojawiła, trzeba dodać dodatkowe repozytoria, a być może tylko pozwolić na update systemu. Ja wybrałem opcję “automatyczna konfiguracja systemu” z załączonego do polskiej wersji Ubuntu skryptu konfigurującego. Mała uwaga: nie wiedzieć czemu moje Ubuntu strasznie polubiło sieć bezprzewodową dostępną w pracy. Obudzone po hibernacji w domu wciąż i wciąż chciało się z nią łączyć, mimo iż była dostępna niezabezpieczona sieć domowa. Czasem trzeba było restartować system. W drugą stronę nie było żadnych problemów. Nie sprawdzałem pod tym kątem systemu Windows 7.

A tak w ogóle, to oto i on

Teraz może dla odmiany trochę o samym laptopie. Bateria trzyma około trzech godzin. Klawiatura posiada blok numeryczny, przez co touchpad jest przesunięty w lewo, tak aby był na środku “właściwej” części klawiatury. Podobno niektórym to przeszkadza, ja akurat nie używam laptopów na co dzień, więc aż tak bardzo mi to nie wadziło, choć od czasu do czasu zamiast przesuwać kursor używałem “rolki” (małego skrawka touchpada po prawej, który służy w takim charakterze). Jeszcze jakby wymienili klawisz funkcyjny z sąsiadem – lewym CTRL, bo często zdarzało mi się je mylić. Po kilkunastu dniach zauważyłem też, że chociaż lapek był względnie nowy, pod światło widać było ślady używania na touchpadzie. Obudowa sprawiała wrażenie jakby miała pęknąć, kiedy chwytałem urządzenie w pośpiechu, ale normalnie na taką nie wygląda.

Podsumowanie

Przyznam, że nie próbowałem na tym sprzęcie wymagających gier, według innych recenzji, Lenovo G550 nie radzi sobie z nimi. Codzienna praca, czyli otwieranie przeglądarki, jakiś film czy słuchanie muzyki, przy korzystaniu z jakiegoś pakietu Office lub środowiska programistycznego, przebiegało sprawnie i bez zarzutu. Małym minusem dla mnie była też mała rozdzielczość ekranu, jak wspomniałem wyżej, na co dzień korzystam z normalnych pecetów. Czas i na podsumowanie: Lenovo G550 to dobry i przystępny cenowo sprzęt biurowy, który można wynieść i pracować na nim poza biurem. A w związku z tym, nie ma sensu używać na nim Windowsa, wszak i tak nie pogramy 😛

Linki

Obcy na poddaszu (2009)

Obejrzałem przypadkiem w sumie, ale stało się. Biorąc uwagę ostatnio popełnioną przeze mnie recenzję filmu “13 dzielnica – Ultimatum” trudno mi się powstrzymać od porównań tych dwóch dzieł.

I tak patrząc z lekkim przymrużeniem oka, to jednak “Obcy (…)” (w oryginale “Aliens in the Attic”) wygrywają. Mają bez wątpienia lepszą, bardziej zaskakującą fabułę, a i efekty specjalne, czy nawet choreografia walk bardziej wciągają. Wypada więc owe dzieło przybliżyć nieco. Zacznijmy od tego, że jest to skierowany do młodszego odbiorcy obraz, opowiadający historię grupki dzieciaków, powiązanych ze sobą różnymi korelacjami rodzinnymi, którzy jako odporni na kontrolę umysłu, bronią rodzinnej posiadłości i zarazem całej planety przed grupką tytułowych Obcych, mających wzrost dosłownie wielkości łokcia.

Jako film dla młodszego pokolenia, zwłaszcza takiego, jakie znaleźć można w kraju jego produkcji (filmu), jest tu sporo uproszczeń. Choćby takie, iż jeden z Obcych, który jest tym sympatycznym i dobrym, wcina ze smakiem hot dogi – żaden młody amerykański obywatel nie będzie miał problemu z rozróżnieniem go od jego wrednych kolegów, którzy ostrzą sobie apetyt na szczura…

Niewątpliwym atutem opowieści, są wątki poboczne, ładnie wplecione w tło. Mamy konflikt syna z ojcem, poszukiwanie swojego miejsca w świecie przez tego właśnie syna, dorastającą córkę szukającą oparcia w jakimś prawie męskim ramieniu, czy nawet uzależnienie najmłodszych od technologii. Albo to przesłanie, że znajomość matematyki nie tylko nie jest oznaką bycia gorszym, lecz wprost przeciwnie. Znalazło się też trochę miejsca na odwieczny konflikt samic i samców, choć tutaj w obcej wersji. Dopowiem jeszcze o widowiskowej, choć zupełnie nierealnej scenie hakerstwa, w której to bohater zmienia w czasie rzeczywistym z serwera zawartość załadowanej już w przeglądarce strony, no ale z drugiej strony chodziło o to, aby było to widać.

Czas i na podsumowanie; jeśli wziąć poprawkę na tzw. “grupę docelową”, to jest nawet udany film. Oczywiście starszym widzom nie polecam, bo w ich oczach to raczej dolne rejony stanów średnich. Jak napisałem we wstępie, na kilku polach film ten bije wspomniane dzieło Luca Bessona, choć nie było to zbyt trudne zadanie. Ja osobiście podczas konsumpcji ani bardzo nie cierpiałem, ani też wiele nie otrzymałem.

Linki