A cyrk żałobny wciąż trwa…

Jeszcze za życia Jana Pawła II można było bez większego trudu dostać album z jego zdjęciami, albo jakąś książkę o nim. Po śmierci tego papieża sytuacja wcale się nie zmieniła, doszły nowe publikacje, jakby choćby “Wielka księga cudów Jana Pawła II”, nie wiedzieć czemu ludzie nagle zaczęli uważać te dzieła za nieodzowną część każdej polskiej domowej biblioteczki.

Do czego zmierzam: a dzisiaj przyuważyłem w kiosku album ze zdjęciami tragicznie zmarłej prezydenckiej pary. W innym wypatrzyłem podobny tyle, że z logiem Faktu w rogu. Zastanawia mnie: tak szybko!?. Bo czemu mam się zresztą dziwić chęci czyjegoś zarobku na tej okazji, skoro nawet rodzony brat byłego prezydenta pozuje do zdjęć wyborczych z jego trumną w tle?

Słowo na niedzielę #5

Niedzielny spacer do supermarketu zaowocował, oprócz kilku wątpliwej jakości produktów spożywczych, przepięknym zobrazowania podejścia naszego społeczeństwa do religijności.

Jak wspomniałem, była niedziela, co z łatwością można było zauważyć, bez konieczności zaglądania w kalendarz, po odświętnych strojach spółwizytujących Tesco. Domyślam się, że przedtem byli na mszy. Ciekawe co było tematem kazania? Może przykazanie pamiętaj, aby dzień święty święcić w odniesieniu do czasów współczesnych i zakazu handlu w niedzielę?

Kolejną ciekawostką były niewątpliwie, produkty oznaczona jako “pierwsza komunia”, sugestie prezentów z tej okazji. Taki napis znajdował się przy rowerach, bombonierkach oraz co ciekawe, przy kompletach zastawy stołowej – przyznam byłoby to dość oryginalny podarunek.

Nie powiem tu pewnie nic nowego: religijność większości naszych rodaków jest czysto folklorystyczna, stanowi jedynie bezrefleksyjne tło w ich życiu. Wiedzą o tym doskonale właściciele sklepów, którzy sprzedają produkty ładnie się z owym tłem komponujące. Szkoda, że te tłumy, w ładnych ubraniach, szturmujące drzwi zgodnie z harmonogramem mszy wywieszonym w pobliskim kościele, tego nie zauważą.

Krótka randka z KDE4

Z powodu dość poważnej awarii GNOME na moim systemie, która uniemożliwia jego uruchamianie, na szybko zdecydowałem się zmienić środowisko graficzne. Rozwiązanie to kojarzy mi się nieco z tym jakie wymyślili w Zamglonych Wzgórzach (w grze Arcanum), kiedy lokalny most został opanowany przez bandytów (zdecydowano się zbudować nowy).

Instalacja Open Box odpada, bo choć jest całkiem miły i wygodny, to wymaga sporo konfiguracji na początku, a tego właśnie chciałem sobie oszczędzić. Stąd KDE. I muszę przyznać, że jest bardzo ładne. Bardzo też jest windowsowe, czy też może to nowe Windowsy są bardzo kadeowe? Ewentualnie zainspirowały się czymś innym – ktoś może kojarzy?

PS. Nowe Ubuntu wychodzi za tydzień (podobno), więc sobie naprawię sobie GNOME’a na windowsowy sposób:)

Słowo na niedzielę #4

Jak wiadomo, prezydencki samolot, który rozbił się 10 kwietnia, leciał na uroczystości związane z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Na jego pokładzie znajdowali się również kapłani, jacy mieli odprawić mszę z tej okazji. Niedawno opublikowano tekst kazania jakie miał na niej wygłosić Biskup Polowy Wojska Polskiego – Tadeusz Płoski. Przeczytałem ten tekst.

Kazanie zaczyna się od słów: Ile dowodów trzeba przedstawić ludziom, aby wreszcie uwierzyli w Boże działanie?. Zgodzę się, że odpowiedź jest trudna, moim zdaniem, wystarczyłby jeden, ale porządny. A takiego nie ma, najwyraźniej Bóg osobiście się o to zatroszczył. Nie wiem jakie dowody duchowny miał na myśli, ale tego akurat nie zawarł w tekście. Żadne takowe nie istnieją, co nie przeszkadza ludziom wierzyć to, że pewne wytłumaczalne, również w sposób inny niż boskie interwencje, zjawiska są takimi. Dalej Tadeusz Płoski napisał:

Obawiam się, że taki punkt widzenia [niedowierzanie w słowa głoszone przez apostołów, na podstawie Dz 4,13-21] jest bardzo powszechny w każdym czasie. Niektórzy ludzie tak bardzo boją się Boga, że wolą zaprzeczać Jego działaniu, wbrew najbardziej oczywistym, wręcz krzyczącym świadectwom Jego obecności i działania. Wolą sami milczeć, co więcej, wolą zmuszać innych do milczenia, byle tylko zachować swoisty „status quo”, nie wymagający wysiłku nawrócenia i zmiany myślenia.

Po pierwsze, nie jest taki znowu powszechny. Może brzmi to nieco chełpliwie na moim blogu, ale w naszej Ojczyźnie (domyślam się, również i gdzie indziej) jest bardzo niewiele osób, które świadomie wybierają swoją wiarę, lub niewiarę. Postawa jakiejś tam religijności (złośliwi twierdzą, że ma ona motto: jak trwoga to do Boga) w zasadzie jest od wieków obecna wśród ludzi – stąd też wszystkie cywilizacje czciły jakieś totemy, składały ofiary swoim bóstwom itd. Nawet dzieci wręcz potrzebują wiary, że jest w świecie porządek i jeśli nie podsunąć im konkretnego wyznania, opracują sobie jakieś własne. Świadomie do sprawy światopoglądowych podchodzi się dopiero później. Należy tu również uwzględnić fakt, iż otacza nas Katolicyzm, tak więc stwierdzenie ja nie wierzę, wymaga więcej wysiłku niż pójście z prądem środowiska. Przez to też ludzie, którzy postanowili niebezmyślnie wyznawać swoją wiarę mają łatwiej. Zarzut intelektualnego lenistwa jest więc tu nie na miejscu. Przejdźmy nieco dalej…

Czy nie jest tak, że wciąż wolimy bardziej słuchać ludzi, niż Boga? Czy nie próbujemy za bardzo dopasowywać się do ludzkich poglądów, usiłując nasze doświadczenie wcisnąć w ramy poprawności społecznej i politycznej? Czy nie łatwiej nam odrzucać dowody Bożego działania, byle tylko zachować swój, często budowany latami, wizerunek w pracy czy towarzystwie…

Zabawne, że chciał to powiedzieć członek organizacji ludzi, który mienią się być przedstawicielami tego Boga. Organizacja ta [Kościół Rzymsko-Katolicki], choć w zasadzie chyba największa ze wszystkich, to jednak jest ona jedną z wielu, które składają podobne deklaracje, jednocześnie podkreślając prawdziwość głoszonych poglądów. Często też domagających się monopolu na to. Tak więc, mamy słuchać Boga, który przemawia do nas ustami lokalnego proboszcza – człowieka z krwi i kości, który jak każdy inny jest tylko człowiekiem? Czemu Bóg osobiście nic nam nie powie? Czemu, czasem ten głos Boga, za pośrednictwem jakiegoś kapłana, podaje numer konta na które należy wpłacać datki? Niektórzy tutaj zapewne chcieliby by mi zalecić czytanie Biblii, czy innej z licznych świętych ksiąg, ale one wszystkie również zostały napisane przez ludzi. W dodatku część z nich już od dawna utraciła swojej kontekst i obecnie można je interpretować w dowolny sposób. Oznacza więc to, że zarzucane tutaj dopasowanie do ludzkich poglądów, kierowane do ludzi niewierzących, jest czymś co charakteryzuje raczej ich przeciwieństwo.

Jeśli Boga mamy słuchać “bardziej”, to Bóg ma być autorytetem w sprawach życia rodzinnego, małżeńskiego, wychowania, życia codziennego. Bóg ma być autorytetem w kwestii polityki, kultury, historii, sztuki, prawa, filozofii. Bóg ma być autorytetem w sprawach medycyny i opieki społecznej, przedsiębiorczości, sukcesu. Bóg ma być autorytetem w kwestiach wiary, Kościoła, religii…

W każdej z tych dziedzin są też ludzkie autorytety. I, oczywiście, słuchajmy ich. Tylko zawsze pamiętajmy, że aby nie przegrać życia, “trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Tak. Bóg zna się na wszystkim doskonale. Wszystko wie najlepiej. Warto zatem Go słuchać…

Podkreślona jest tutaj rola Boga. Jako jedyne źródło jego głosu biskup wskazuje Biblię, co jak już wykazałem, nie jest dobrym pomysłem. Jakoś tak przyszło nam życie w świecie, gdzie za Boga przemawiają jedynie ludzie. Gdzie jest więc głos Wszechmogącego bez pośrednictwa? Ludzie wierzący nie mają z tym problemu, czy jednak faktycznie rozmawiają z prawdziwym Stwórcą, czy tylko z czymś, co przekazane im zostało przez rodzinę, środowisko i Kościół (no, w ogólnym przypadku – wspólnotę religijną)?

Autor tego nie napisał, ale domyślam się, że chciał przekazać wszystkim, że to jego Kościół reprezentuje wolę Pana. Być może nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że może być inaczej. Jednak taka jest prawda, słuchając nauki Kościoła Katolickiego, czy jakiegokolwiek innego, wciąż mamy do czynienia z zbiorem reguł opracowanych przez grupę ludzi, którzy deklarują, że znają zamysły tego, którego rozum nie ogarnie. Jaka jest różnica pomiędzy prawem stanowionym przez ludzi, a prawem boskim – czyli takim, za jakie je mają pewni ludzie? Przynajmniej to świeckie jest częściej modyfikowane, gdyż jako, że mamy świadomość jego ułomności, staramy się cały je czas poprawiać. A to domniemane prawo boskie ma pozostać nieruszone… (złośliwy: przynajmniej dopóki nie przeszkadza w zarobku).

Chciałbym jeszcze pod koniec poruszyć kwestie cytowanego fragmentu Pisma Świętego (jest w tekście przemówienia, ja go nie zamieszczałem). Opisuje on scenę, kiedy to apostołowie głoszą swoją naukę przed Sanhedrynem. Dokonują również cudu, który ma być dowodem prawdziwości ich słów. Biskup Płoski najwyraźniej uznaje to za wystarczające. Cuda… już poruszałem ten temat. Po pierwsze Kościół Katolicki nie czyni cudów przed każdym wiernym, czy potencjalnym wiernym. Nie czyni ich również, kiedy dodaje swoje 3 grosze w różnych debatach (nawet tych, które w zasadzie nie powinny go dotyczyć). Napisałem, że Kościół nie czyni cudów, ale oczywiście można śmiało rozciągnąć do wszystkich religii. To co Kościół robi, to powołuje się na Cuda, jakie zostały opisane w Biblii. Domyślacie się mojego komentarza, więc nie muszę go zamieszczać. I po drugie – ważniejsze – czy na tym na polegać wiara? Kto da lepsze widowisko? Czyli jak uda się np. wróżce przewidzieć, że będę miał dobry dzień, to mam zacząć wyznawać jej religię? Nauczanie religii jako pojedynek magików? No byłoby to zapewne ciekawe, ale chyba nie o to w tym wszystkim chodzi…

Dalszej część przemówienia dotyczy sprawy samego Katynia, co już nie jest tak kontrowersyjne. Trochę mierzi mnie również fakt, że kazanie z takiej okazji i w takim miejscu zamieniło się w coś, co można by po kilku głębszych, określić jako marketing. W dodatku jakby się zastanowić, niezbyt udany. Oczywiście chodzi mi tutaj jedyni o dość długi wstęp. W moje opinii to nie jest okazja [msza święta z okazji rocznicy mordu katyńskiego] na takie rzeczy.

Linki

Płyńcie łzy moje, rzekł policjant

Nawet gdybym czytał wersję z wydartą okładką i tak miałbym pewność, kto jest autorem – Philip K. Dick. Ponownie przyjdzie czytelnikowi zmierzyć się z alternatywną wizją historii świata. Głównym bohaterem jest sławny piosenkarz Jason Traverner, który pewnego dnia budzi się w obskurnym hotelu, po czym stwierdza, że nie ma przy sobie żadnych dokumentów oraz, że nikt go nie zna i nikt nigdy o nim nie słyszał. Sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, gdyż USA w 1988 r., w uniwersum powieści, jest państwem policyjnym. Kwestią czasu pozostaje nim jakiś oficer zatrzyma go w celu kontroli.

Przeanalizujmy, krótko powieść, pod kątem dickizmów: alternatywna wersja historii Stanów Zjednoczonych – jest. Coś o pozaziemskich koloniach – jest. Powszechność (choć nielegalnych tutaj akurat) narkotyków – jest. Odmienne stany świadomości, halucynacje, pytanie co jest prawdą a zwidem – a jakże. Aluzje o rasizmie – obecne. Parapsychologia – epizodycznie, ale jest. Nieco seksu – jest. Brakuje chyba tylko rozważań religijnych (choć znajdą się ze dwa zdania na ten temat), czy wstawek po niemiecku. Jak to napisałem, autorstwo jest tutaj pewne, fani twórczości fantasty z pewnością nie zostaną zaskoczeni czymś z zupełnie innej beczki.

W oryginale tytuł wygląda następująco: “Flow My Tears, the Policeman Said”. W książce zaprezentowana zostaje wizja kraju, gdzie po wojnie domowej, dla świętego spokoju ludzie pozwalają tłamsić swoją prywatność przez siły bezpieczeństwa. Jedynymi punktami oporu są oblegane przez policję uniwersytety i kampusy, gdzie chronią się i wciąż podejmują daremną walkę studenci. Powieść jest jednak bardziej przygodowa niż polityczna – wszyscy zdają się zaakceptować świat (pominąwszy owych studentów), w którym przyszło im żyć i zdaję się, że nie myślą o tym, że mogą trafić do obozu pracy, przez błąd stróża prawa, który podzieje gdzieś jakieś papiery żywiące biurokratyczną maszynę. Fabuła skupia się na przeżyciach głównego bohatera, którego przypadek intryguje jednego z generałów policji.

Dick zdaje się nie oceniać aktualnej sytuacji, nie angażuje się również w swoje ulubione tematy: postrzegania pozazmysłowego, czy religii, itd – znawcy zapewne bez trudu domyślą się o czym piszę. Wyjaśnienie, co jest przyczyną całej sprawy zdaje się być wymuszone, wstawione “bo coś wypadało by wstawić”. Korzystając z okazji, chciałem zwrócić uwagę na ciekawy fakt na jaki napotykam poraz kolejny na kartach powieści Dicka: otóż jego bohaterowie całkiem normalnie podchodzą do możliwości skoku w czasie. Podobnie rzecz wyglądała w “Dr. Futurity”, tam również po dojściu do siebie i przeanalizowaniu sytuacji bohater rozważa taką ewentualność. Zwykły człowiek chyba dość długo opierał by się tej myśli – moim zdaniem.

Książkę czytało mi się dobrze. Czytałem ją głównie w podróży, dzięki czemu nawet nie zauważyłem, kiedy pociąg przebył większą część trasy. W przeciwieństwie do kilku innych publikacji autora nie wymaga ona aż takiego skupienia by nie pogubić się w neologizmach, czy zrodzonych w umyśle autora, a nie spotykanych nigdzie indziej, relacjach społecznych, zamętach historycznych, nowych obiektach kultu itd… . Wydaje mi się to dobrą pozycją na początek dla tych, którzy nie znają twórczości pisarza.

Linki

Z żałoby zrobiono cyrk

Od kilku dni cierpliwe znoszę tą całą żałobną szopkę, w jakiej przodują przede wszystkim media. Jak wiadomo, dla nich dobra wiadomość to zła wiadomość. Rozumiem naszych wrażliwszych obywateli, również tych, który do tej pory kojarzyli prezydenta z różnej jakości dowcipami. Ale tracę tę cierpliwość, kiedy widzę tak głupie i populistyczne pomysły, jak: nadawanie nazw ulic od nazwiska zmarłego, określanie go jako bohatera narodowego, czy też ostatni – pochowanie na Wawelu.

Innymi słowy: wychodzi więc na to, że największym osiągnięciem Lecha Kaczyńskiego, po kilkunastoletniej działalności politycznej, w tym kilku latach mizernej prezydentury, była śmierć w wypadku lotniczym. To jest dopiero bezczeszczenie pamięci…

I znowu sprawa krzyży…

Zasadniczo staram się omijać witrynę gazeta.pl. Bynajmniej nie dlatego, że to koszerna strona, czy coś… nie bawię się w te “polowania na masonów”, po prostu nie mam czasu na czytanie lekko rozdmuchanych niusów dnia. Dostałem jednak link do artykułu odgrzebującego sprawę krzyży… znowu.

Jak się później okazało, artykuł z 9 kwietnia, jest już nieco przestarzały, o prawie miesiąc – ale do rzeczy: tym razem jakaś religijna organizacja ludzi wołających się rycerzami (nie jest to jednak chyba żadne bractwo rycerskie, choć deklarują się nosić zbroje i pochodzić z rodzin rycerskich) chce sprzeciwiać się usunięciu symboliki religijnej z przestrzeni publicznej. Pierwotnie planowałem ostrzej zareagować, ale z kronikarskiego obowiązku postanowiłem sprawdzić, czy to aby nie przypadkiem jakieś lokalne kółko różańcowe, które zapragnęło sławy na cały kraj. Po wpisaniu nazwy w wyszukiwarkę trafiłem na stronę owych Rycerzy, jak również i do artykułu na portalu salon24.pl (jak rozumiem, to zaaprobowane przez pewne środowiska miejsce zdobywania informacji), który w zasadzie ujął co chciałem przekazać. Niech wypowiedzą się sami inicjatorzy:

Rycerze organizują akcję zbierania podpisów w proteście przeciwko usuwaniu Krzyży, jako symboli religijnych z miejsc publicznych. Domagamy się zagwarantowania obecności Krzyża w przestrzeni publicznej, jako symbolu religijnego w naszym kraju oraz na terenie całej Unii Europejskiej. Jeśli jesteś solidarny w proteście przeciwko lekceważeniu narodu, który identyfikuje się z krzyżem Chrystusa, jeśli masz odwagę, aby bronić tego Krzyża, jeśli rozumiesz odpowiedzialność za Ojczyznę, naszą ziemię, tradycję, kulturę i historię z miłości do tego, co Polskę stanowi, poprzyj nas, módl się z nami. Nie możemy zawieść Boga, Ojczyzny i tych, co oddali za te wartości życie. Non possumus!

Żeby nie tracić wiele czasu, to krótko podsumujmy: panowie wyżej założyli, że Polak = Katolik, nie zauważyli też wpisu w konstytucji o neutralności światopoglądowej naszego państwa. Obecność krzyży w przestrzeni publicznej nie daje niczego innego, jak tylko wzrostu fanatyzmu – obserwujemy to od początku całej tej afery. I jeszcze jedno: ja rozumiem odpowiedzialność za moją Ojczyznę i nie chciałbym, aby przekształciła się, z jej historią, kulturą i tradycją, w katolicką wersję Arabii Saudyjskiej bez ropy.

Linki

Minuta ciszy po Lechu Kaczyńskim

Wielka tragedia to wielki nius. Choć bardzo w ograniczonym stopniu jestem odbiorcą tego całego medialnego szumu, to i do mnie docierają echa dzisiejszych wydarzeń. Oprócz czarnych wstążek i czarno-białych zdjęć prezydenta z małżonką, widzę również tematy w stylu “ZOBACZ! zdjęcia z miejsca katastrofy”. W końcu trzeba sprzedać nakład, czy narobić sobie wejść, reklamy same się nie obejrzą…

Z drugiej strony widzę reakcję ludzi. Zasadniczo przypomina mi ona tą, którą obserwowałem po śmierci Jana Pawła II (poprzedniego papieża). Śmiem twierdzić, że jest ona widowiskowa i będzie dość krótkotrwała. Życie toczy się dalej.

Choć żałuję śmierci Lecha Kaczyńskiego jako człowieka, to wciąż pozostaje przy opinii, że nie był on dobrym prezydentem. Wolałbym, żeby sam się do tego przyznał, teraz już niestety nie będzie miał ku temu okazji. Skupiłem się na głowie państwa, choć zginęło tam dziś wielu ludzi. Większości nie kojarzę, nawet ze słyszenia. Wrzucam tą swoją odrobinę szczerości, obok wpisów-kopii relacji medialnych, czy innych powiązanych z aktualnymi wydarzeniami, w tym i licznych podobnych do tego, bo nie chcę nic udawać.

Opera w oczach Mozilli – epilog

No proszę, oto objawiła się moc mojego joggera. Tym razem przy wypełnianiu ankiety “Pilot Background Survey” przy pytaniu 3. If you use other browsers besides Firefox, what are they?, jest do wyboru również i Opera. Tylko po co te wszystkie IE?

To właśnie miłość (2003)

Do gwiazdki daleko, już nawet śnieg się potopił, a mi przypadło obejrzeć film, który ktoś chyba przyszykował na Walentynki. Można by zapytać, co ma Boże Narodzenie do tytułu sugerującego jakiś romansidło? W tym filmie ma i to sporo, bo choć wygląda jakby scenarzysta nie wyrobił się na luty i przerobił swoje wypociny na kolejne popularne święta (Wielkanoc jakoś się nie liczy). Jest to film o miłości podczas Gwiazdki. Bardzo przesłodzony film o miłości, w którym Święta są jedynie tłem.

Hmm, czego trzeba by mieć jakiś kasowy hit? Pierwsze to chyba znane nazwiska. W “To właśnie miłość” (ang. “Love Actually”) grają chyba tylko i wyłącznie znani, nawet role epizodyczne. Po drugie fabuła musi być lekka, najlepiej komedia romantyczna. We wstępie nie wspomniałem tylko o elemencie komediowym. Tak więc i ten punkt spełniony. Czy coś jeszcze? Wystarczy. No to opisałem cały film.

Fabuła, owszem jest wielowątkowa, postacie są ze sobą luźno powiązane, z wyjątkiem swoistego narratora, a swoją drogą, chyba najbardziej udanego bohatera – podstarzała i szczera do bólu gwiazda rocka, która próbuje jeszcze przez chwilę zaiskrzyć nad firmamencie, ogrzewają swój stary przebój, nieznacznie modyfikując go pod Święta Narodzenia Pańskiego (to tylko synonim, religii w tym filmie nie ma za grosz).

Dzieło owo traktuje o miłości, o miłości rodzinnej, romantycznej, pierwszej, skrytej, czemu decydujemy się jej ponieść, a czemu też ją odrzucamy dla innej (w sensie: innej miłości). Wszystko w niewymagającej formie, która dobrze pasuje do wieczornych seansów we dwoje. Obecność kilku panienek toples oraz trochę bezpośrednich odniesień do seksu, zapewne zapobiegnie zasypianiu brzydszej części widowni. Od siebie dodam tylko, że jakoś przecierpiałem, miejscami durne żarty, a także to całe to przecież premier, który godzi w mojej opinii w obowiązki tego urzędnika. Odradzam oglądanie w samotności.

Linki