An alien in England

Jak wiadomo, od pewnego czasu wielu obywateli naszego wspaniałego kraju jeździ za chlebem za granicę, w tym sporo do Wielkiej Brytanii. Nawet nie pomyślałem, że przyjdzie także i mi podzielić ich los. Oto i moje 3 pensy na temat kraju królowej Elżbiety, jego plusów i nie przesłaniających ich minusów.

Po wylądowaniu, adekwatnie do dźwięków “Czterech pór roku” Vivaldiego (pytanie konkursowe: jakimi liniami poleciałem?:P) przywitała mnie wiosna, nieco pochmurna, ale jednak, w porównaniu do Polski śnieg już prawie stopniał. Wypada się w tym momencie przyznać, iż ta notka odleżała swoje w poczekalni, tak więc zagadnienia klimatologiczne są ciut nieaktualne.

Ludzie

Pierwsze co się rzuca w oczy to różnorodność rasowa mieszkańców. O ile na lotnisku nie zwraca się na to uwagi, to już na mieście tak. Nawet przez chwilę zastanawiałem się, gdzie pochowali się biali. Oczywiście trochę tu koloryzuje. A przy okazji: wbrew przepowiedniom wszystkich samozwańczych, domorosłych znawców Islamu, wcale to nie Arabowie przeważali. Prędzej Hindusi, lub Azjaci. Należy tutaj również wziąć pod uwagę, iż kręciłem się po dość dużych metropoliach i to w specyficznych dzielnicach, nie zaglądałem w ogóle na prowincję.

Gospodarstwo domowe

Skoro sprawę miejscowego kolorytu mamy już omówioną trzeba by przejść do uwag natury technicznej. Pierwsza: ruch lewostronny, niby człowiek wie, a i tak go to zaskakuje za każdym przejściem przez ulicę, czy wsiadaniem do samochodu. Druga sprawa to te nieszczęsne podwójne kurki przy umywalkach. Ale tutaj jest promyczek nadziei, na trzy krany w domu w jakim stacjonowałem, tylko jeden był taki “brytyjski”, reszta “normalne, cywilizowane”. Tłumaczono mi, że te ich rodzime służą do oszczędzania wody, ale nie przekonało mnie to za bardzo. Trzecia sprawa, to układ klawiatury, który dziwnym trafem jest ciut inny przy znakach specjalnych (np. @ zamienione z cudzysłowem). O gniazdkach elektrycznych, czy włącznikach przy nich, to nawet nie wspomnę.

W supermarkecie

Poza pracą, trzeba też coś czasem zjeść, a do tego trzeba co nieco kupić. Zajrzawszy do lokalnego Tesco, zauważyłem, że prawie na każdym opakowaniu znajdowały się uwagi na temat alergii, występowania orzechów oraz czasem, że produkt jest zdatny dla wegetarian. Czyżby efekt łatwego składania pozwów i możliwości wygrania dużego odszkodowania? Czy też może na Zachodzie więcej osób cierpi na takie uczulenia? Zdziwiło mnie też, że brakowało jednolitych przeliczników cen, np. przy jednym chlebie (jeśli można to coś tak określić…) podano również cenę za 100 gramów produktu, a przy tym obok za kilogram. Wydawało mi się, że to jakaś dyrektywa unijna nakazała jednolicenie sprawy. A skoro już jestem w Tesco, to spostrzegłem (no, ciężko byłoby nie, reklamują to na każdym kroku), że i tutaj istnieje ta cała promocja “zbieraj punkty z klub kartą”. Że akurat miałem swoją polską, podałem ją do skasowania. Pani kasjerka dzielnie przesuwa raz po raz powierzony jej kawałek plastiku, nawet mimo moich wyjaśnień. Jej trud był jednak daremny, co było i do przewidzenia. Przy kasie się również płaci (patrzcie, jak i u nas…), co było niezłą mordęgą jeśli akurat postanowimy uregulować należność drobnymi, bo tubylcze monety są w różnych kształtach, rozmiarach i kolorach, zupełnie nie odzwierciedlających ich wartości.

W pociągu

Kiedy planowałem podróż powrotną, wyszukałem w internecie stronę stacji do jakiej powziąłem zamiar się udać. Na wspomnianej witrynie zamieszczono zbiór zdjęć dokładnie przedstawiających wygląd budynków oraz, krok po kroku, drogi na poszczególne perony. Przybywszy na miejsce zbyt wcześnie miałem okazję obejrzeć wiele tabliczek z podobnymi wskazówkami. Wszystko to jak najbardziej chwalebne, tylko opisywana stacja posiadała całe dwa, naprzeciwległe, oddzielone dwoma torami kolejowymi, perony.

W samym zaś pociągu, który bardzo przypominał mi nowocześniejsze polskie tramwaje, zamieszczona była mapa trasy, a na wyświetlaczu pojawiały się cyklicznie nazwy kolejnych stacji zamiennie z następną w kolejności (a…. raz jednak się nie wyświetliła – ciekawe jak często zdarzają się takie błędy). Nie sposób więc było wysiąść w złej miejscowości. Ciekawie było wspominać to, kiedy jechałem z jakimiś obcokrajowcami w ojczystym pociągu. Panowie od Przemyśla, z dziwnym akcentem, pytali za każdym razem: Kraków?, wyglądają ze strachem w ciemność za oknem.

Podróże kształcą?

Tak więc byłem w Wielkiej Brytanii i przeżyłem tamtejsze jedzenie – potwierdzam, jest to możliwe. Nawet mleko smakowało tam zupełnie inaczej niż nasze (może “pełne mleko” to nie to…). Że nie wspominając o nieszczęsnym chlebie tostowym o posmaku gąbki. Szkoda, że nie miałem możliwości pozwiedzać i że w sumie była to bardzo krótka wizyta. Do domu leciałem w doborowym towarzystwie własnych rodaków, którzy skwapliwie omawiali między sobą szczegóły ostatnich imprez. I jeszcze jedna sprawa, biorąc pod uwagę “kontrolę celną”, to łatwiej było wlecieć do Zjednoczonego Królestwa, niż go opuścić, najpierw musiałem potwierdzić, że mój bagaż jest moim, nikt mi przy nim nie grzebał, a potem w kolejce, co piątego dokładniej przeszukiwano. Co kraj to obyczaj…

Posłowie

Jeszcze jedna ciekawostka mi się przypomniała: w normalnej publicznej TV reklamowane są gry na konsole (“Heavy Rain” i bodaj “Army of Two”) – dla mnie było to zaskoczeniem, chyba nawet ja nie jestem wolny od mitu gry są dla dzieci. I tak samo jak my, Brytyjczycy mają swoje lokalne telenowele (już nawet nie pamiętam tytułu…).

2 thoughts on “An alien in England

  1. Co do opuszczania GB za pomocą powietrza – co racja to racja – przez zamieszanie z bagażem zapomniałem wyciągnąć telefonu na “bramce”.. zadziałała.. 😛

    Like

  2. Ja, jak byłem na koncercie Bon Joviego w Manchesterze, to też w drodze powrotnej jak debil zapomniałem ściągnąć okulary… i mnie facet macał. 😛

    Co do drobnych, to rzeczywiście powalone mają. Jak kupowałem pizze, w jakiejś lokalnej pizzerii, to po prostu wysypałem mu na ladę moje drobne i poprosiłem, żeby wziął right amount, bo ja nie familiar z tymi pieniędzmi. 😛

    Like

Comments are closed.