Płyńcie łzy moje, rzekł policjant

Nawet gdybym czytał wersję z wydartą okładką i tak miałbym pewność, kto jest autorem – Philip K. Dick. Ponownie przyjdzie czytelnikowi zmierzyć się z alternatywną wizją historii świata. Głównym bohaterem jest sławny piosenkarz Jason Traverner, który pewnego dnia budzi się w obskurnym hotelu, po czym stwierdza, że nie ma przy sobie żadnych dokumentów oraz, że nikt go nie zna i nikt nigdy o nim nie słyszał. Sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, gdyż USA w 1988 r., w uniwersum powieści, jest państwem policyjnym. Kwestią czasu pozostaje nim jakiś oficer zatrzyma go w celu kontroli.

Przeanalizujmy, krótko powieść, pod kątem dickizmów: alternatywna wersja historii Stanów Zjednoczonych – jest. Coś o pozaziemskich koloniach – jest. Powszechność (choć nielegalnych tutaj akurat) narkotyków – jest. Odmienne stany świadomości, halucynacje, pytanie co jest prawdą a zwidem – a jakże. Aluzje o rasizmie – obecne. Parapsychologia – epizodycznie, ale jest. Nieco seksu – jest. Brakuje chyba tylko rozważań religijnych (choć znajdą się ze dwa zdania na ten temat), czy wstawek po niemiecku. Jak to napisałem, autorstwo jest tutaj pewne, fani twórczości fantasty z pewnością nie zostaną zaskoczeni czymś z zupełnie innej beczki.

W oryginale tytuł wygląda następująco: “Flow My Tears, the Policeman Said”. W książce zaprezentowana zostaje wizja kraju, gdzie po wojnie domowej, dla świętego spokoju ludzie pozwalają tłamsić swoją prywatność przez siły bezpieczeństwa. Jedynymi punktami oporu są oblegane przez policję uniwersytety i kampusy, gdzie chronią się i wciąż podejmują daremną walkę studenci. Powieść jest jednak bardziej przygodowa niż polityczna – wszyscy zdają się zaakceptować świat (pominąwszy owych studentów), w którym przyszło im żyć i zdaję się, że nie myślą o tym, że mogą trafić do obozu pracy, przez błąd stróża prawa, który podzieje gdzieś jakieś papiery żywiące biurokratyczną maszynę. Fabuła skupia się na przeżyciach głównego bohatera, którego przypadek intryguje jednego z generałów policji.

Dick zdaje się nie oceniać aktualnej sytuacji, nie angażuje się również w swoje ulubione tematy: postrzegania pozazmysłowego, czy religii, itd – znawcy zapewne bez trudu domyślą się o czym piszę. Wyjaśnienie, co jest przyczyną całej sprawy zdaje się być wymuszone, wstawione “bo coś wypadało by wstawić”. Korzystając z okazji, chciałem zwrócić uwagę na ciekawy fakt na jaki napotykam poraz kolejny na kartach powieści Dicka: otóż jego bohaterowie całkiem normalnie podchodzą do możliwości skoku w czasie. Podobnie rzecz wyglądała w “Dr. Futurity”, tam również po dojściu do siebie i przeanalizowaniu sytuacji bohater rozważa taką ewentualność. Zwykły człowiek chyba dość długo opierał by się tej myśli – moim zdaniem.

Książkę czytało mi się dobrze. Czytałem ją głównie w podróży, dzięki czemu nawet nie zauważyłem, kiedy pociąg przebył większą część trasy. W przeciwieństwie do kilku innych publikacji autora nie wymaga ona aż takiego skupienia by nie pogubić się w neologizmach, czy zrodzonych w umyśle autora, a nie spotykanych nigdzie indziej, relacjach społecznych, zamętach historycznych, nowych obiektach kultu itd… . Wydaje mi się to dobrą pozycją na początek dla tych, którzy nie znają twórczości pisarza.

Linki