Mroczne miasto (1998)

W mieście, w który nigdy nie wstaje słońce, pewien mężczyzna budzi się w wannie. Zdaje sobie sprawę z braku jakikolwiek wspomnień, nic też nie wyjaśnia odebrany telefon, w którym ktoś przestrzega go przed pościgiem. Na dodatek, w jego pokoju leży ciało zamordowanej dziewczyny i wszystko wskazuje na to, że jest dzieło głównego bohatera. Szóste z kolei.

Omawiany film wydano na rok przed słynnym “Matrix”, jednak to nie “Matrix” jest porównywany do “Mrocznego miasta”, a na odwrót. Oba obrazy z pewnością łączy motyw rzeczywiści, która jest tylko przykrywką dla tej prawdziwej oraz postać wybrańca, któremu przyjdzie zmierzyć się z nadzorcami niewidzialnego więzienia. Znajdzie się tu również miejsce na pytania: co czyni nas, takimi jakimi jesteśmy?

Wszystko to w klimatach podobnych do noir, czy lat 40tych (w USA). Można porównywać to do “13 piętra”, innego również już nieco zapomnianego filmu. Zapewne ucieszy, skrzywdzonych ostatnim odcinkiem serialu “Lost”, fakt, iż wszystkie tajemnice zostaną pod koniec swoje wyjaśnione. No i jest nawet całkiem przyjemne szczęśliwe zakończenie. Nikt też nie próbował zrobić sobie części pierwszej trylogii. Słowem: dobre kino SF.

Linki

Dragon Age: Początek – Przebudzenie

“Dragon Aga: Początek – Przebudzenie” to pierwszy oficjalny dodatek oferujący nową kampanię do gry “Dragon Age: Początek”. Oznacza to nowe miejsca, nowe zadania oraz a także nowe umiejętności, nowe specjalizacje, nowe czary itp… słowem zapowiada się nieźle. A jak jest w istocie?

Rzecz dzieje się po wydarzeniach z podstawy i można (zalecam) zaimportować bohatera, nawet jeśli nic wskazywało na to, że będzie on w stanie kontynuować swoje przygody. Tracimy jednak naszą drużynę, choć kilkoro dawnych znajomych przyjdzie nam ponownie spotkać, w tym jedną można przyłączyć (tak, zgadza się, chodzi o Oghrena). Jako dowódca Szarych Strażników przejmujemy schedę po ubitym w części pierwszej arlu Howie. Jego zamek jest teraz Warownią Czuwania. Sama historia zaczyna się, od małego trzęsienia ziemi – nasz nowy dom jest właśnie atakowany przez Mroczne Pomioty, w dodatku to nie jest zwykła banda tych stworzeń…

Zarządzamy zamkiem, tak więc mamy decydujący głos w większości spraw z nim i przyległościami związanych. Albo jak kto woli, gra chce sprawiać takie wrażenie. Na szczęście nasze poczynania nie ograniczają się jedynie do siedzenia i dbania o wysoką liczbę jajek z pobliskiego kurnika; robimy wypady na pobliskie tereny starając się odkryć ich tajemnice, lub też zwyczajnie wypełniać zlecone zadania. Twórcy się postarali i nie jest nudno, zadań pobocznych jest dużo a i główny wątek jest nawet dość złożony, choć całość jest bardzo krótka.

Ponieważ zaczynamy wysoko poziomowym bohaterem rozszerzono liczbę specjalizacji, umiejętności, talentów itd… dodano też możliwość (nie za darmo jednak) zresetowania postaci. Zupełnie zmieniono podejście do run, teraz wyższe poziomy tychże należy sobie zrobić samemu i jest to dość droga zabawa, ale ciekawa. Mamy też zupełnie nowych bohaterów (z jednym wyjątkiem – patrz wyżej), ciekawostką jest, że rozmawiamy z nimi nie jako przy okazji, kiedy oglądamy pewne specyficzne obiekty, np. rzeźby. Każdy z naszych nowych kompanów również jest Szarym Strażnikiem, lub świeżym rekrutem.

Dodatek “Przebudzenie” nie rozgrywa się na wielkiej mapie, mamy raczej mało miejsc do zwiedzenia. Ponadto omawiany produkt jest mocno zabugowany. Część problemów ma postać złych wpisów w dzienniku, czasem można zauważyć drobne wpadki w skryptach zadań, na szczęście zwykle niegroźne. Niektóre błędy mogą być zabawne, jak np. dialog z bezgłowym (ktoś nie przewidział możliwości jego dekapitacji w ferworze walki). Najpaskudniejszy z błędów, jaki napotkałem (i to nawet kilka razy…) to zapętlenie się animacji śmierci głównego przeciwnika w grze.

Wnioski: jeśli komuś spodobało się “Dragon Age: Początek”, niech śmiało sięga i po dodatek. Mimo swoich niedoróbek, raczej niewielkiemu poziomowi trudności i tak wciąż potrafi wciągnąć na te kilkanaście godzin. Zawdzięcza to dobrej fabule, ciekawym postacią (które wciąż żywo sobie dogadują nawzajem) i nieco innemu podejściu do przygody – nie jesteśmy już wędrowcem, teraz jesteśmy panem feudalnym, jesteście gotowi na przyjęcie tego brzemienia?

Linki

A to z religi właśnie

Dostałem swego czasu link do artykułu “Chcą Jezusa Królem Polski. Przez Kraków przeszła demonstracja“. Od kilku dni zastanawiam się, jak dużo jest oszołomów, którzy naprawdę święcie wierzą, że obwołanie Jezusa Chrystusa, żydowskiego rabina z przed dwóch tysięcy lat, cokolwiek zmieni w naszym kraju na lepsze? Gdyż nawet przyjmując, że jest on Bogiem, to jakoś nie specjalnie zajmuje się ochroną swoich wiernych.

Według artykułu nawet kardynał Dziwisz, ten sam, który zasłynął z tylu genialnych pomysłów i które niestety są brane pod rozwagę, gdyż ten pan był sekretarzem Jana Pawła II, zdaje się rozumieć bezsens żądań tej demonstracji. Pocieszam się jednak myślą, że to bardziej rozdmuchana afera (pół tysiąca osób na demonstracji), niż coś konkretnego. Szkoda tylko, że macki takich ugrupowań sięgają do Sejmu około 40 milionowego narodu (podobna inicjatywa kilka lat temu).

Dragon Age: Początek

Pierwsze informacje o duchowym następcy serii Baldur’s Gate dotarły do mnie jakieś kilka lat temu. Miała to być gra 3D, wtedy raczej oznaczało to, że będzie to zręcznościówka, ale uspokoiłem się kiedy doczytałem o obecności aktywnej pauzy. Potem długo nic, aż do roku poprzedniego, kiedy to w sieci zaczęły pojawiać się materiały promocyjne. Pamiętam, że całkowicie przekreśliłem tą grę, po zapoznaniu się z niusem o obecności zamtuzu w “Dragon Age” i możliwości skorzystania z niego. Ww dodatku wieść owa wałkowana była na tym samym portalu (którego nazwę litościwie przemilczę) kilka razy – stwierdziłem, że najwyraźniej ta gra nie miała nic lepszego do zaoferowania niż seks z owcą…

Rytuał połączenia

Potem niejako przypadkiem natrafiłem na trailer polskiej wersji językowej – z Piotrem Fronczewskim jako narratorem, gra nieco nadrobiła w kwestii mojego zainteresowania, ale wciąż nie na tyle, bym rozważał kupno. Tak mijał czas, aż tu nagle mój znajomy (pozdrawiam) zapytał mnie chcesz “Dragon Age”?. Tak oto stałem się Szarym Strażnikiem.

Zainstalowałem, odpaliłem, wybrałem pierwszą postać i zmierzyłem się z “historią pochodzenia” (o tym również można było posłuchać w materiałach promocyjnych). Swojego ostatecznego bohatera wybrałem nieco na przekór – myślałem, że grając Łotrzykiem będę miał pod górkę, ale nie takie numery w tej grze przechodzą. Grać możemy 3 rasami (ludzie, elfy i krasnoludy) oraz 3 profesjami (wojownik, mag i łotrzyk – każda ma po 4 specjalizacje). Historie pochodzenia zależą od wybranej klasy i rasy, a jest ich około sześciu, wbrew zapowiedziom, aż tak bardzo nie wpływają na rozgrywkę, ale też nie można powiedzieć, że przechodzą bez echa. Wszystkie je łączy postać Szarego Strażnika Duncana, który rekrutuje właśnie nas. Właściwa gra nie następuje jeszcze po końcu naszego prywatnego wstępu, a dopiero po bitwie pod Ostagar, ale nie będę więcej spoilerował.

Aleś ty brzydki

Zmierzmy się zatem z wymysłami sekcji marketingu przydzielonej przez producenta “Dragon Age”. Zacznijmy od hasła duchowy następca. Przede wszystkim akcja gry nie rozgrywa się w świecie Zapomnianych Krain, a mechanika nie jest oparta o DnD. To wszystko zostało zastąpione przez coś, ogólnie rzecz biorąc, prostszego. Nie trzeba więc martwić się THAC0, czy liczyć oczka na kostkach. Stworzenie bohatera to kwestia kilku kliknięć, ale polecam spędzenie nieco czasu w edytorze twarzy naszej postaci. Nauczony doświadczeniem Fallouta 3, gdzie w zasadzie twarzy bohatera nie oglądało się za często, zadowoliłem się standardowymi ustawieniami. Prześladowały mnie one potem przez całą grę, bo to definitywnie nie jest oblivionowy typ rozgrywki.

Czas wystawić głowę za drzwi

Wracają do tematu: sam świat również jest niejako prostszy w założeniach – jako Szarego Strażnika interesuje nas tylko i wyłącznie Plaga; zabijamy Mroczne Pomioty, które są w zasadzie hordą bezmyślnych bestii (do czasu…). Nie ma tutaj tak fantazyjnych krain, jakie odwiedzało się w Baldur’s Gate (Plany, Podmrok, dno oceanu…), nie ma też tej różnorodności religii, ras, stworzeń, magii itd. Czy to wada? Gracz bardzo szybko wsiąka w ten niby nieskomplikowany świat i szybko pojmuje zasady nim rządzące, układy polityczne itd. Z czasem okazuje się, że wcale nie jest to wszystko takie klarowne, ale mimo to wciąż najbardziej niezwykłą krainą dostępną dla odbiorcy, jest jedynie Czeluść (ang. Fade[1]). Być może w przyszłości przyjdzie nam odwiedzić wyspy zamieszkane przez Qunari, czy inne dalekie krainy, o jakich na razie jedynie możemy posłuchać.

Wgląd do torebki

Prostota uderza tutaj wszędzie, złośliwie można by powiedzieć, że to konieczność, kiedy wydaje się gry na konsole. Weźmy np. plecak naszej postaci. Tfu źle powiedziałem, to jest plecak naszej drużyny, dosłownie stanowi on wirtualny worek, do którego każdy członek drużyny ma dostęp w każdym czasie (o ile akurat żyje). Panuje pełna komuna, nie licząc przedmiotów, które postać ma na sobie, nie może ona mieć niczego na własność. W dodatku przedmioty nie mają masy, czy pojemności, każdy przedmiot zajmuje 1 slot (niektóre drobne oczywiście grupują się do jednego slotu), a powiązane z zadaniami żadnego. Można też dokupić dość drogi plecak u sprzedawców, który powiększy nam pojemność naszego. To rozwiązanie strzeże nas przed przekładaniem ekwipunku pomiędzy członkami drużyny, czy kombinowania gdzie tu wcisnąć jeszcze jeden rupieć – jest świetne!

Ci z tyłu są ze mną

A skoro już o drużynie mowa. W walce towarzyszyć nam mogą tylko 3 postacie, ale możemy rekrutować nawet wszystkie dostępne na raz. Ci, których aktualnie przy sobie nie mamy, wciąż będą się z nami włóczyć, tyle, że niewidocznie. W pewnych wyznaczonych miejscach będziemy mogli dokonać zmian w składzie naszej kompanii, jeśli stwierdzimy, że akurat taki skład grupy uderzeniowej bardziej nam pasuje. Z rzadka, ale z uzasadnieniem fabularnym, obecność tego, czy owego będzie wymagana.

Twórcy spisali się i każdy z dostępnych bohaterów jest na swój sposób ciekawy. Każdy też ma swoją przeszłość, którą podzieli się, o ile zyskamy u niego nieco więcej sympatii, z tej ich historii wynikają zadania poboczne. Warto pobawić się nieco z tą sympatią naszych nowych przyjaciół, gdyż jeśli jest wysoka, postać dostaje małe bonusy do swoich głównych cech. Nasi towarzysze mogą też na żywo wtrącać się w dialogi oraz wyrażać poparcie, jak i jego brak, dla naszych decyzji. Prowadzą też między sobą krótkie dialogi, ale nie pobiją się między sobą w ich wyniku. Mimo wszystko, główny ciężar dialogu spada na barki naszego protagonisty, tylko on zresztą ma dostęp do umiejętności Retoryki[1].

Należy tu też wspomnieć o obozie. Dostępni są w nim wszyscy członkowie naszej świty. Mamy tam również sprzedawcę i zaklinacza na swoje usługi. Możemy rozmawiać ze wszystkimi towarzyszami i dokonywać przemieszczenia oprzyrządowania. W obozie zawsze panuje noc, w przeciwieństwie do prawie całej reszty świata, gdzie zawsze jest dzień (tak, czas nie występuje w “Dragon Age”, nawet jeśli ktoś nas ponagla, nie musimy się o nic martwić, co by się tam nie działo, wszyscy cierpliwie na nas poczekają). Obóz jest też zawsze taki sam, niezależnie od miejsca, w którym go rozbijamy.

No dobrze, powiem o seksie

W przerwach pomiędzy próbami ratowania świata, możemy sobie poromansować. Uczucia możemy żywić do czterech osób z naszej kompanii[2], możliwe są też związki homoseksualne (ale tylko 2 postacie dają taką możliwość). Wszystkich rozochoconych chciałbym jednak nieco ostudzić, każde uwieńczenie romansu(?[3]) wygląda tak samo, zmieniają się jedynie aktorzy (a nagość reprezentowana jest przez postacie w bieliźnie). A ten osławiony dom publiczny, jest tylko jeden na całą grę – i o to właśnie było tyle halo. Wliczyć też pewnie trzeba było by kilka rubasznych żartów, prezencję demonic i to wszystko w tym temacie.

Czym w takim razie gra zasłużyła sobie na przedział +17? Krwią. I nie chodzi mi tu o jej rolę w magii świata gry, tylko o to, że “Dragon Age” to bardzo krwista gierka. Nawet drobna potyczka kończy się uciapaniem całej drużyny w posoce. Od czasu do czasu, któryś z przeciwników (często któryś z tych potężniejszych) ginie przy dość efektownym ciosie kończącym.

Dorosła gra dla dorosłego gracza

Innym hasłem reklamowym jest podkreślanie mroczności świata przedstawionego oraz problemów moralnych. W praktyce, niby często musimy wybrać pomiędzy pragmatyzmem a idealizmem, ale jakoś słabo to odczułem. Być może to tylko ja, jako czytelnik prozy Andrzeja Sapkowskiego. Domyślam się, że odbiorcy z innych krajów (np. USA) mogą być do takiej konwencji nieprzyzwyczajeni. Nawet szumnie głoszony motyw nienawiści rasowej jest tutaj bardzo niemrawy, choć specjalnie grałem elfem[4], aby go doświadczyć.

Opium dla mas

Dość poważnie autorzy podeszli do kwestii religii. Ludzie wyznają religię Zakonu Andraste (ang. Chantry of Andraste[1]). W przeciwieństwie do bóstw Zapomnianych Krain, kapłani nie posiadają modlitw (w sensie rodzaju czarów), tak więc w zasadzie opiera się to wyłącznie na wierze i można być ateistą (przynajmniej w dialogach). Sam koncepcja Zakonu jest silnie wzorowana na Chrześcijaństwie, a Andraste na postaci Jeanne d’Arc. I jak u nas wpływy tej religii są potężne, a sam Zakon posiada zbrojne ramię – Templariuszy – używanych głównie do kontrolowania magów. I tak mnie ciekawi: kto to wymyślił, że szaty kapłanek tak wyraźnie uwydatniają ich biusty?

Wyliczanka wad

Żeby nie przedłużać przejdę do wyliczeń błędów. Program powstawał dość długo, ale i tak poganiano twórców, bo gdzie nie-gdzie widać niedoróbki. Np. dość monotonne lokacje spotkań z wrogami podczas podróży (a swoją drogą, niezłymi zygzakami czasem chadzają nasi bohaterowie). Lub to, że AI rzadko, ale jednak głupieje przy złożonych w 3D lokacjach (takich jak np. schody). Niektóre zadania zostały na siłę upchnięte na istniejące mapy, co daje czasem paskudny efekt. Chyba tylko dwa razy przyszło mi zmagać się z błędami w skryptach zadań, na te wszystkie godziny spędzone, co uważam za całkiem niezły wynik. Sam program jeśli dłużej pochodzi zaczyna się zamulać i czasem dobrze go zrestartować. Przykładem nieczęstych na szczęście błędów rzeczowych jest lekko przesadzony opis, z którego wyczytałem, że udało mi się wytropić jeden z nieuchwytnych elfich klanów, a przecież miałem ich pozycję zaznaczoną na mapie od samego początku!

Czy w ogóle warto?

Czy więc “Dragon Age” jest grą dla tych, spędzili długie noce prowadząc dziecię Bhaala do zwycięstwa? Zanim odpowiem zapytam, na czym polegało “Baldur’s Gate”? Po chwili zastanowienia zapewne powiecie: no, tłukło się wrogów, których się spotkało eksplorując dziwne miejsca, lub na których było zadanie, zbierało się ekwipunek, potem znowu trochę gadania, brało się zadania, a potem znowu tłukło się wrogów… no właśnie. To wszystko oferuje też i recenzowany tytuł. W dodatku czyni to w dość filmowy sposób. Główny bohater jest zawsze w centrum wydarzeń, każdy dialog wygląda jak cutscenka, a te wszystkie ułatwienia mają zapobiec znudzeniu gracza. Bo i po co ma on martwić się plecakiem, leczyć i wskrzeszać za ciężkie pieniądze poległych współtowarzyszy[5], męczyć się w finałowych bataliach[6], czy biegać z powrotem po przemierzonych już mapach[7], albo trudzić się nad złożonymi zadaniami głównymi? Twórcy postanowili pozbawić grę tego co zwykle irytuje graczy, aby mogli się oni skupić na odbiorze świetnego prowadzenia tej opowieści.

A żeby malkontenci nie poczuli się odepchnięci, oprócz zadań wątku głównego, występują tu również liczne zadania poboczne, które wymagają też czasem kombinowania, czy stoczenia cięższych bitew, ewentualnie dokładnego przeszukiwania wszystkich odwiedzanych lokacji. Mało? Są jeszcze osiągnięcia. Co prawda, w miarę dokładne pojedyncze przejście gry pozwala zdobyć ich coś połowę, ale czy próbowaliście zdobyć wszystkie? Trzeba zagrać raz jeszcze i jeszcze… Wciąż mało? Dostępny zestaw narzędzi do tworzenia modów, sprawia, że jest z czego wybierać. A przecież i oficjalne (w postaci DLC) wciąż wychodzą (przypominam, że minął rok od premiery).

Podsumowując już bardzo krótko: to dobra gra. Pewnie bym ją kupił sam, gdyby nie wspomniane niusy, nie wykluczam też takiej opcji w przyszłości, byle tylko zgrali te wszystkie dodatki razem i a pudełko opatrzyli napisem “w cenę nie wliczono wydatków na kadrę promocji”.

Linki

Przypisy

1 Proszę o wybaczenie, grałem w angielską wersję gry (z miejscowymi polskimi napisami).

2 Właściwie to tylko do trzech z tych czterech, zależnie od płci.

3 Osiągnięcia za romans dostajemy w chwili, gdy dojdzie do spotkania w jednym namiocie z obiektem naszych uczuć, nawet jeśli nie poprzedzały tego nasze specjalne starania, no cóż niektórzy NPC, po prostu … jest im zimno.

4 Elfy są rasą byłych niewolników, obecnie choć wolne, miejskie elfy to głównie biedota zamieszkująca wyizolowane dzielnice.

5 Ci, którzy polegną w walce wstają po jej ukończeniu – zakładając, że nie poległy wszystkie postaci. Po walce też postacie błyskawicznie leczą się i odzyskują manę.

6 W finale, przy dużych bataliach, każdy szeregowy mroczny pomiot jest ubijany jednym ciosem.

7 Po zamknięciu dużego zadania, polegającego zwykle na przechodzeniu jednej mapy po drugiej, pojawiają się możliwości drogi na skróty.

W obronie katechety-wilkołaka

Przeglądając serwis YouTube natrafiłem na materiały na temat “Katechety Wilkołaka”. O co chodzi? Na serwisie Nasza-Klasa rzeczony nauczyciel religii wstawił sobie swoje zdjęcia, z głową wilka, czy też inaczej stylizowane na wizerunek Szatana. To jeszcze nic, jak się okazało na lekcjach religii uczył dzieciaki o Szatanie, pokazywał im fragmenty horrorów z nim właśnie itd. Po szczegóły odsyłam do materiałów filmowych (jak rozumiem wszystkie 3 filmy, jakie znalazłem, zostały wyemitowane przez TVN).

Jak napisałem w tytule: Wojciech P. został niesłusznie zlinczowany przez rodziców, dyrektora czy swojego proboszcza itd… Bo co on takiego zrobił złego? Twierdził, że Szatan istnieje? Halo, praktykujący Katolicy, to jest podstawa waszej religii! To nie z tym księdzem jest problem, ale z waszym wyznaniem (czy też może z sensownością nauczania religii).

Wychodzi więc na to, że nauczanie o tym, że np. od masturbacji ślepnie się i rosną włosy na rękach, jest cacy, a sugerowanie czegoś, co jest w Kościele powtarzane co niedziela już nie… Tak więc chyba sami Katolicy wolą nie myśleć w co właściwie wierzą.

Dodanie obsługi Tlen do Pidgina

Jak wiadomo, w najnowszym Ubuntu (10.04 LTS – Lucid Lynx) zrezygnowano z komunikatora Pidgin i zaproponowano inny – Empathy. Chciałem dać mu szansę, ale w końcu wymiękłem i zainstalowałem z powrotem Pidgina.

Czemu? Przywykłem, miałem go skonfigurowanego (import profili zadziałał tylko połowicznie) jak również w Pidginie miałem zainstalowaną obsługę protokołu Tlen (coś słabo z tym na Empathy), z którego korzystam. Jego obsługa nie jest rzeczą natywną dla wspomnianego komunikatora, tak więc któryś już raz z kolei zastanawiałem się, co właściwie się robiło. Dlatego właśnie postanowiłem wstawić sobie na bloga (tego) krótki opis kompilacji i instalacji pluginu Tlen.

  1. Instalujemy Pidgina ze źródłami. Polecenie: sudo apt-get install pidgin pidgin-dev
  2. Ściągamy najnowsze źródła z ~alek/pidgin-tlen
  3. Rozpakowujemy te źródła, gdzie nie ma znaczenia.
  4. Wykonujemy polecenie make w katalogu z rozpakowanymi źródłami.
  5. Teraz to trudne: edytujemy plik Makefile, drugą linijkę zamieniamy na: LOCALBASE?= /usr (czyli usuwamy frazę /local, bo Pidgin na Ubuntu trzyma swoje pluginy w katalogu /usr/lib/purple-2, a nie w /usr/local/lib/purple-2/).
  6. Wciąż edytując plik Makefile, zamieniamy wszystkie cztery wystąpienia wheel na root (w edytorze Vim wystarczy polecenie: :%s/wheel/root/g).
  7. Zmiany oczywiście zapisujemy.
  8. Teraz możemy wklepać sudo make install.
  9. Powinno wszystko działać bez problemów razem z ikonkami na swoim miejscu (mam nadzieję…) – jak to sprawdzić? Przy zarządzaniu kontami, wybrać opcję “Dodaj” i na liście protokołów powinien znaleźć się “Tlen.pl”.

Posłowie

  • Zamieszczony tu sposób działa też na systemie Mint (nie ma się co dziwić, bazuje on na Ubuntu).
  • Autor pluginu przeniósł swoje źródła na Github – zostawił co prawda przekierowanie, jednak jakby co, to link znajdziecie poniżej.

Linki

Słowo boże na każdy dzień

Dzięki Tdudkowskiemu, trafiłem na ciekawy portal poświęcony Biblii Kościoła Katolickiego. Stanowi on zestawienie cytatów z tejże księgi (dokładniej z Biblii Tysiąclecia) wraz z komentarzami pt. Czego uczy nas Słowo Boże.

Wystarczy zajrzeć do kilku wpisów, aby zrozumieć, że serwis raczej nie powstał z inicjatywy osób wierzących. Cytaty są tutaj traktowane dosłownie, autorzy nie bawią się w analizę pierwotnego znaczenia, efekt jest więc dość satyryczny. Wielu odbiorców (można o tym poczytać na blogu twórców portalu) ma to zresztą administracji za złe.

Strona stanowi przykład sytuacji, kiedy to – dla ułatwienia napiszę: – ateiści interpretują tzw. “słowo boże”. Zasadniczo niewiele różni się to od tego co robią ich oponenci – to znaczy wyciągają z tych tekstów co właściwie chcą. Z tym, że przynajmniej nikt tu nikogo na podstawie tychże przemyśleń potem np. nie torturuje (pomijam marzenia rozwścieczonej części czytelników). Jak dla mnie Biblia, ze swoim dwu tysiąc letnim stażem, od dawna zasługuje na to by móc godnie pokrywać się kurzem w jakimś muzeum piśmiennictwa.

A portal cytatybiblijne.pl jest nawet całkiem zabawny:) Link do niego znalazłem w komentarzu do tekstu Jestem ateistą.

Dragonshard

Oto przed państwem pierwsza strategia czasu rzeczywistego w świecie D&D! – no ja w każdym razie się tym skusiłem. Nawet nie przeszkadzał mi fakt, iż DnD nie jest światem, a zbiorem zasad, albo to, że o grze nigdy wcześniej nie słyszałem, a cena była dość niska. No to ostatnie w sumie wpłynęło na decyzję zakupu, zaraz po logo “Dungeons & Dragons“. O czym mowa? O wydanej w 2005 r. strategii pt. “Dragonshard”.

Trochę o fabule

Wstęp już jako taki mamy, czas na parę konkretów. Recenzowany przeze mnie tytuł, to gra typu RTS (dość sporo czerpie z Warcraft III) rozgrywająca się w świecie Eberron, settingu do systemu DnD. Nie znałem wcześniej Eberronu, ale wnoszę, po krótkim opisie z Wikipedii, że w niewielkim stopniu wykorzystano jego założeń, choć to sam jego autor – Keith Baker – napisał fabułę. Być może dlatego, że przyjdzie nam zmagać się w Pierścieniu Burz, odciętym od reszty świata kawałku dżungli, w której znajduje się Serce Siberys. Owo serce to największy ze smoczych kryształów (rodzaj surowca w grze), dysponujący niezwykłą mocą, po który po raz kolejny wyruszyła wyprawa Zakonu Płomienia. Po raz kolejny, bo do wybielenia się kości poprzedniej ekspedycji, w tamtejszym gorącym klimacie, walnie przyczynili się Jaszczuroludzie – produkt przyspieszonej ewolucji lokalnych gadów, spowodowanej przez magię Serca. Jaszczuroludzie za swój obowiązek uważają obronę kryształu przed zakusami obcych i zupełnie się z tym nie kryją. Temu dość klarownemu konfliktowi interesów przyglądają z cienia Umbrageni (eberrowskie Drowy), cierpliwie oczekujących na stosowny moment na zadanie ciosu.

Trochę o gameplay’u

Mamy więc trzy strony konfliktu. Jednostki każdej frakcji mają swoje odpowiedniki u konkurentów, między którymi nie ma większych różnic pomijając prezencję (ta akurat jest zupełnie inna). Każda rasa dysponuje też swoim zestawem 4 bohaterów (którzy też w zasadzie odpowiadają sobie na wzajem, ale tutaj chociaż jest kilka dość istotnych różnic), z którego wybieramy w danej chwili jednego i którego można sobie wskrzesić za ciężkie pieniądze w przypadku gdy zdarzy mu się polec na polu chwały. Do tego dochodzi jeszcze pojedyncza, droga i silna jednostka, która dla odmiany jest dość odmienna od swoich kolegów z przeciwnych obozów.

Twórcy pozbawili graczy możliwości budowania budowli gdzie mu się podoba, na mapie zostały wyznaczone punkty gdzie można stawiać miast lub przyczółki. Same miasto zostało podzielone na cztery dzielnice, które wpływają na możliwości awansowania i rozwoju jednostek. To chyba właśnie jedna z najmocniejszych stron tej gry, trzeba od razu zdecydować, czy inwestujemy w armię różnorodnych jednostek, ale nisko poziomowych, czy też może w tylko kilka typów, ale za to mocnych. A może interesują nas średnio rozwinięte, ale za to wsparte bonusami budynków specjalnych?

Tak dobrze przeczytaliście, jednostki – zwykłe, bohaterowie i jednostka specjalna danej nacji ich nie posiadają – mają swoje poziomy doświadczenia, do piątego włącznie. Im wyższy poziom tym jednostka – kapitan – dysponuje większymi umiejętnościami, potrafi również przyzwać więcej szeregowych żołnierzy. Owi szeregowcy są przyzywani automatycznie i za darmo przy wrzaskach danego kapitana (za rekrutację jego samego trzeba jednak zapłacić) ilekroć znajduje się on w pobliżu budowli swojej frakcji. Pomysł z poziomami był pomysłem niezłym, lecz niestety twórcy totalnie go, w mojej skromnej opinii, spartaczyli. Otóż zbierane punkty doświadczenia są walutą, za którą wykupujemy ulepszenie jednostek danego typu. W zasadzie niewiele się to różni od badań obecnych w innych grach typu RTS. Gdyby poziom byłby sprawą indywidualną każdej z jednostek wymusiło by to na graczu szanowanie weteranów, a tak; poległych wystarczy zastąpić nowymi rekrutami, możemy bezmyślnie rushować pozycje wroga.

Trochę o roleplay’u

Nie powiedziałem jeszcze wszystkiego. Każda mapa to w zasadzie dwie różne mapy, połączone ze sobą różnymi portalami. Mamy Powierzchnię, gdzie budujemy miasta, a armie wycinają się nawzajem w pień, podobnie jak to jest w innych grach tego typu oraz mamy Podziemia – nazwa systemu obowiązuje. Do podziemi mogą zejść jedynie kapitanowie jak i bohaterzy, a celem jest – a jak – złoto, które tam właśnie zwykle występuje w sporych ilościach. Zwykle jest też strzeżone przez różnorakie stworzenia (liczymy to jako plus). Oprócz owego cennego kruszcu i punktów doświadczenia, które mogą niejednego wysłać do Krainy Wiecznych Łowów, znajdziemy tam też artefakty i przedmioty różnorakiego użytku.

W kampaniach na obu mapach mamy możliwość pobrania lub wypełnienia opcjonalnych misji pobocznych. To kolejny mocny punkt Dragonshard. Szkoda jednak, że nie mam kampanii dla rasy Umbregonów (pewnie powodem jest ich kolor skóry:P). Po każdej misji program ocenia nas na podstawie zdobytych osiągnięć, np. nie przekroczony poziom strat, czy wypełnienia konkretnego zadania pobocznego, przyznając nam medal. Zawsze można misję powtórzyć i postarać się bardziej. Plusem jest również okazyjna możliwość wyboru pomiędzy dwiema opcji (czy np. wesprzemy jedne stworzenia przeciw innym, czy na odwrót) – mała rzecz a cieszy. Rzecz jasna potyczki pomiędzy graczami, czy przeciw komputerowi, są całkowicie fabuły pozbawione.

Trochę o grafice, nieco o dźwięku

Gra jest cała w 3D. Co ciekawe w stylistyce menu głównego jest również utrzymany jej instalator, rzecz dość rzadko spotykana. Grafika jest zresztą ładna. Pomijając intro i logów producentów, nie uświadczy tutaj filmów nie generowanych na silniku gry. Na udźwiękowienie nie ma co narzekać, jak również na muzykę. Z ciekawostek: po każdej zwycięskiej potyczce nasze oddziały wnoszą radosne okrzyki, co wygląda świetnie. Inną ciekawostką są odgłosy umierających jednostek, kiedy wczytujemy lub wychodzimy z gry – czyżby ktoś dodał odtwarzanie tych dźwięków do destruktora?

Podsumowanie

Dragonshard ma w sobie kilka dobrych pomysłów, jest dość przyzwoicie wykonane. Niestety ma też spore wady, jak brak jednej kampanii, czy te nieszczęsne punkty doświadczenia. Jest też grą dość słabo znaną, przez co nie mogłem przetestować z żywymi graczami jej trybów multilayer. Nie wspomniałem o tym w sumie na początku, ale posiadana przeze mnie kopia wydana została w ramach serii “Ekstra klasyka”, w kinowej poprawnej wersji językowej. Jeśli chodzi o teksty w grze, to zauważyłem jeden problem – miejscowe problemy z ich odświeżaniem, ale to nie koniecznie problem spolszczenia.

Biorąc pod uwagę cenę za jaką można ten tytuł nabyć, można przymknąć oko na jego wady. Przyznam jednak, trochę z bólem, że w ostatecznym rozrachunku gra prezentuje się dość średnio. Kupujecie na własną odpowiedzialność, ja mimo wszystko nie żałuję.

Linki

Wrodzona moralność

Podczas porządków wśród moich zakładek, trafiłem na portal Kosciol.pl, nie pytajcie po co mi taki link, to temat na dłuższą rozmowę, w każdym razie wśród wielu ciekawych artykułów na stronie główniej, takich jak np. USA: Narodowy Dzień Modlitwy niekonstytucyjny?, który opisuje jak to ci plugawi ateiści, wespół z siłami diabelnymi (uosobionych przez sędziów federalnego sądu okręgowego w Wisconsin) walczą z Narodowym Dniem Modlitwy, lub Ex-geje na króko uhonorowani [sic!], jak i ten do którego chciałem się odnieść: Półroczne dzieci są w stanie rozróżnić dobro i zło.

Przede wszystkim pragnę zwrócić uwagę na fakt iż autorka nie podała źródeł, to trochę nieładnie z jej strony. Nawet nie chodzi mi tu o to, że nie ufam jej słowom, ale może ktoś chciałby się dowiedzieć czegoś więcej. Do rzeczy: dziwi mnie nieco, czemu na portalu Ekumenicznego Serwisu Informacyjnego zamieszczono taki nius. Wydaje mi się, autorka chciała zaakcentować możliwość iż nasza ludzka moralność jest nam wrodzona. Nawet jeśli tak jest, w dalszej części artykułu zostało zamieszczone i alternatywne wyjaśnienie wyników przytoczonych badań, tak więc nie mam tutaj jej nic do zarzucenia w tej kwestii.

Zastanawia jakie znaczenie miała by dla religii potwierdzenie takiej hipotezy? Ewolucyjnie było by to łatwo wyjaśnić: człowiek nie jest gatunkiem samotniczym, musi żyć w grupie, więc osobniki doceniające współpracę są pożądanymi – kreacjonizm by nie zyskał nic. Zbiło by to też częsty argument osób religijnych, że to właśnie ich wyznanie, ich święte księgi dają ludzkości moralność – skoro jest ona nam wrodzona, to po co jakaś Biblia? Po co ludzie dzieło, skoro sam Stwórca wklepał swoje wskazówki do naszych genów? A idąc jeszcze dalej: to po co nam w ogóle religia?

Sanitarium

Dość stara gierka, na której przypomnienie sobie zebrało mi się ostatnio. Fabuła zaczyna się od wypadku samochodowego głównego bohatera, gdy odzyskuje on przytomność stwierdza, że na twarzy ma bandaże i znajduje się w szpitalu, w dodatku psychiatrycznym. Ale to dopiero początek przygody.

O grze

Tą grę wydano w 1998 r. aż na 3 płytach CD, to było to całkiem sporo. Jak wspomniałem, jest to klasyczna przygodówka typu “point and click”, w klimacie horroru, z kilkoma, bardzo lekki akcentami zręcznościowymi. Grafika, choć obecnie w bardzo niskiej rozdzielczości, wciąż jest bardzo ładna. Do tego dochodzi klimatyczna muzyka. Szkoda tylko, że kompatybilność wsteczna systemów z rodziny Windows czasem potrafi zepsuć zabawę (spokojnie, są łatki i da się grać – jakoś).

O fabule

We wstępie mniej więcej zarysowałem początek. W zasadzie to wszystko co wiadomo na początku. Nasz bohater ma spore dziury w pamięci, jest więc tak samo jak i gracz zagubiony w owym wariatkowie, które nie do końca jest chyba normalne (jak na szpital tego rodzaju), a może to tylko wynik tego, że nie bez powodu protagonista się tam właśnie znalazł?

Ciężko coś więcej powiedzieć o fabule, bez spoilerowania. Ale oprócz przeżycia (wspomniałem, że to nie jest normalny szpital?) i prób odzyskania wspomnień, przyjdzie nam też zmierzyć się z wewnętrznymi demonami naszej postaci.

Werdykt

Osobiście bardzo polecam wszystkim fanom gier przygodowych i fabuł takich klimatów ni-snu ni-jawy. A klimat w tej grze buduje wszystko, nawet menu główne. Wadą gry jest zapewne jej prostota, nawet pomimo istnienia fałszywych tropów. Kolejną jest zanik grozy w późniejszych rozdziałach. Ale mimo to lubię tę grę.

Linki