Simon Birch (1998)

Film to prawie współczesna baśń o wierze i jej mocy. Doskonały na lekcję religii, na której ksiądz chce kupić sobie trochę spokoju bez zbędnego wysilania się. Z poprawką, że widzami będą uczniowie odpowiednio młodzi.

Fabuła… W małym miasteczku w latach sześćdziesiątych USA, rodzi się chłopiec – bohater tytułowy. Z racji swojego chorobliwie niskiego wzrostu, nie jest powszechnie akceptowany przez lokalną społeczność, być może dlatego zaprzyjaźnia się z nieślubnym synem okolicznej piękności – Joe Wenteworth, narratorem opowieści, który cieszy się podobnym szacunkiem współmieszkańców.

Simon gorąco wierzy w Boga oraz to, że Stwórca ma wobec niego szczególny plan, co oczywiście nie spotyka się ze zrozumieniem nawet okolicznego pastora. Jego najlepszy przyjaciel (przypominam: Joe) w pewnej chwili podaje bardzo racjonalne wytłumaczenie jego zachowania. Szkoda tylko, że było to spowodowane utratą wiary przez niego, w wyniku śmierci jego matki, a nie wynikiem rozumowego podejścia do sprawy. Spokojnie, to żadne spoilery, już na wstępie powie o tym wcielający się w dorosłego Joe Jim Carrie (taka epizodyczna rólka).

We wstępie treściwie opisałem czego należy się spodziewać. Łatwo domyśleć się, że wiara chłopca zostanie nagrodzona, a niewierni Tomasze dostają prztyczki w nos. Scena kulminacyjna jest sztampowa, a po niej następuje patetyczny epilog. Ale mimo to, w tym obrazie jest kilka perełek. Choćby humorystyczna scena jasełek, czy przygotowań do nich w szkółce niedzielnej.

To i tak nie zmienia faktu, że jest pozycja dla np. Oazowiczów. Nawet kwestia odłamu chrześcijaństwa jest tutaj do pominięcia, bo postać pastora należy raczej do tych negatywnych, a wiara jest wszak uniwersalna.

Linki