Koniec świata już nawet nie za dwa lata…

Ale 21 maja 2011 roku – to będzie za jakieś 8 miesięcy? Skąd to wiem? A dostałem właśnie wiadomość z linkiem do artykułu “Nowa data końca świata. “Ogień nas zniszczy””.

W skrócie: chrześcijanie, nie-Świadkowie Jehowy sprytnie wyliczyli dokładną datę zagłady ludzkości bazując na …Biblii (śmiać mam się, czy płakać?). Ta organizacja (sekta?) Family Radio, twierdzi, że jedynym jej celem jest poinformowanie jak największej liczby ludzi o zbliżającym się końcu świata oraz nawołuje do modlitwy do Boga i szczerego żalu za popełnione grzechy.

Słyszałem kiedyś o “Family Frost”, ale to chyba nie to. Zacząłem więc szukać (fraza: “family radio cult”) i pierwszy link zaprezentował mi pewną ciekawostkę. Otóż założyciel “Family Radio” – Harold Campingnie po raz pierwszy przewidział apokalipsę. Poprzednia miała się wydarzyć 6 września 1994 roku.

Nie napiszę, żeby mnie to zaskoczyło. Dziwi mnie natomiast fakt, że zawsze trafią się jacyś ludzie skłonni w wierzyć w takie przepowiadanki. Przecież nawet sama Biblia twierdzi, że nikt nie pozna daty końca świata, jeśli nawet już ktoś wierzy, że jest to coś więcej niż zbiór kartek zapisanych przez ludzi dla ich własnych interesów.

O VAT-cie i książkach

Jakoś nie zauważyłem, żeby ktoś na ten temat coś pisał na Joggerze. W przeciwieństwie do redaktorów z Metra, którzy bardzo maglują ten nieszczęsny pomysł rządu, ilustrując go – no napiszmy to wprost – głupim komiksem (był na okładce w numerze z 10 września) i utrzymaną w podobnej modle nowelką (gdzieś w głębi numeru z dnia dzisiejszego: 13 września).

Kreślona nam jest jakaś konspiracyjna teoria świata, gdzie Władza chce Nas (obywateli) odwieść od czytania, co jest porównywalne z paleniem książek. Jestem w stanie się zgodzić: nic dobrego z braku czytelnictwa nie wychodzi – przynajmniej dla ogółu.

Jednak daleko mi do twierdzenia, że jest jawne i zaplanowane działanie tych na górze. Czemu? Bo zwiększenie ceny książek wcale nie jest zabronieniem dostępu do nich: zawsze są przecież np. biblioteki, ebooki, piraci (myślicie, że powstali dopiero w erze kaset magnetofonowych?), a Internet to nie tylko pornografia i “papka przygotowana pod masy”. Jak to ujął udzielający wywiadu dla wspomnianej gazety Janusz Rudnicki: Gdyby książki leżały na ulicy, za darmo, poziom czytelnictwa nie podskoczyłby wcale ze szczęścia.

Innymi słowy: kto chce czytać, wciąż będzie mógł to robić – zwiększona cena wcale nie odstraszy ludzi, dumnie określanych się mianem czytelników. Podwyżka uderzy raczej w rodziców kupujących podręczniki dla swoich pociech. Żeby to było jasne: to, że nie uznaję argumentacji Metra, wcale nie oznacza, że popieram pomysł ekipy rządzącej. A swoją drogą, ktoś może mi wyjaśni, za co ta gazeta dostała tę nagrodę “World Young Reader Prize”?

Pieśń Leliany

Dodatek (DLC będąc dokładnym) do gry Dragon Age: Początek, prezentujący nam wycinek biografii tytułowej bohaterki. A wszystko to w czasach kiedy jeszcze słowa „Andraste” i „Stwórca” nie gościły tak często na jej ustach – kiedy była jeszcze wciąż Bardem.

Liczyłem na to, że będzie można zobaczyć wspaniałe Orlais, o którym tyle się słyszało. Niestety, gra zaczyna się od biegania dookoła rynku w Denerin, czyli nie ruszymy się z Fereldanu ani na krok (nie ma żadnych nowych map).

Do rzeczy: na początku tańczymy dokładnie tak jak nam nasza mocodawczyni (i kochanka) Marjolaine zagra: tu kogoś zabić, tam coś ukraść… ten etap jest dość krótki, a walki proste (grupki strażników miejskich nie stanowią dla doświadczonych graczy żadnego wyzwania). Wszystko to w takt nowej melodii, całkiem dobrze wpasowującej się w klimat. Kolejne zlecenia są misjami liniowymi i wbrew profesji Leliany, to w zasadzie ścieżki zdrowia; pokonujemy kolejne zastępy wrogów (na szczęście nie jest już tak prosto), żadnego przemykania się w cieniu itp. Twórcy nawet tak zapędzili się z tym modelem rozgrywki, że postawili na naszej drodze również kilka zupełnie dziwacznych stworzeń (np. taki bronto, to co robi na powierzchni?).

Warto wspomnieć o systemie dialogów, który jest chyba przedsmakiem tego co nas czeka w Dragon Age II: wybieramy nie kwestie jaką protagonistka wypowie, ale ogólny jej sens, a ona ujmie to i tak swoimi słowami. Warto też wspomnieć, że towarzyszący nam elf i krasnolud często i bez pytania będą rzucać swoje uwagi, co ubarwia te postaci jak i grę. Trochę przeszkadza jednak, iż nie mamy tego wygodnego systemu dostępu do kompanów w miejscach spoczynku jak w podstawie. Co ważniejsze NPCe są przedstawiane w ciekawy i lekko kojarzący się (przynajmniej mi) z filmami Tarrantino sposób: akcja na chwile zamiera, pojawia się imię delikwenta(ki) oraz krótkie przedstawienie jak on(a) skończy.

Werdykt? Średnio. No jest dodatkowy wieczór zabawy z grą (tak, tylko jeden) oraz 3 nowe osiągnięcia do zdobycia i nowy ładny skórzany pancerz (dostępny także w głównej przygodzie). Jeśli chodzi o wartość fabularną, to troszkę to wszystko sprawia wrażenie naciąganego, bardziej składna była opowieść Leliany, jaką można było od niej usłyszeć w obozie w przerwie pomiędzy ratowaniem świata, ale jak się jest fanem, to i tak się nie ma wyboru.

Linki

Krótko o paleniu Koranu

Jaka tam grupka ewangelistów (czy inszych Chrześcijan, to nie jest ważne) z USA postanowiła spalić 11 września Koran. Koran to święta księga religii muzułmańskiej, która niejako jest postrzegana jako powód sławetnych zamachów w Nowym Yorku.

Usłyszawszy o tej aferze zwalczyłem w sobie chęć skrobnięcia o niej notki. I by najmniej nie dlatego, że jest to, aż tak głupie, że nie wymaga komentarza, czy niby popieram to przedsięwzięcie, o nie… Nie boję się też niby potencjalnych odwetów wyznawców Allaha. Powód jest prosty: po raz kolejny pisałbym o kretyńskich pomysłach tzw. wierzących. Mój blog stałby się jakiś monotematyczny…

Ale niestety dałem się właśnie sprowokować pewnemu pieniaczowi, który stwierdził, że nikt nie będzie bronił Koranu, bo sprawa nie dotyczy Kościoła Katolickiego, w którego to rzucanie kamieniami jest ostatnio modne (nie pomyśli, że część tych kamieni zostało słuszne ciśniętych).

Tak więc proszę: uważam to całe palenie za chybione, niech sobie własny kościół spalą, więcej z tego pożytku będzie (zrobi się miejsce np. na bibliotekę). Jakby się zastanowili, to szybko by stwierdzili, że nie ma różnicy pomiędzy tymi wszystkimi zamieszanymi wierzeniami, a fanatyzm jest jeden. I jeszcze: tak samo protestowałbym, jakby chcieli palić jakąkolwiek książkę, nawet “świętą”.

Słowo na niedzielę #6

Zajrzałem dzisiaj (a wbrew pozorom nieczęsto to robię) do kanału RSS gazety.pl i trafiłem na artykuł pt.: Bp Pieronek: bez religii sytuacja w szkołach wyglądałaby jeszcze gorzej, który opisuje treść listu wymienionego biskupa do wiernych, wysłanego z okazji 20 lecia wprowadzenia lekcji katechezy. Trochę żałuję, że nie mogę się dorwać do oryginału, ale i tak pozwolę sobie skomentować.

Nie da się w pełni wychować człowieka bez uwzględnienia także jego sfery religijnej.

A czy to musi się dziać w publicznej szkole i tylko w jednym wyznaniu? A z drugiej strony może warto by spróbować, w końcu co tracimy, znajomość kilku formułek?

W szkołach na całym świecie prowadzone są lekcje z jakiejś religii.

Ale nie zawsze w publicznych szkołach, często w charakterze tzw. “szkółek niedzielnych”, tak jak powinno być – prywatnie, nie państwowo – czyli kto chce: proszę bardzo, ale we własnym zakresie (i za własne pieniądze).

Nauka religii jest bardzo potrzebna, bez niej sytuacja w szkole wyglądałaby jeszcze gorzej

Pozwolę sobie tutaj nie zgodzić. Tak się składa, że oglądałem wystarczająco dużo lekcji religii w życiu by wiedzieć, że to strata czasu, a nie jakiś magiczny uspokajacz młodzieży. Ja nie wiem gdzie pan biskup żyje, ale chyba nie na tym łez padole. Czy ktoś może mi wyjaśnić i udowodnić, jak niby to gorzej by było?

Liczba osób uczęszczających na religię świadczy o tym, że zdecydowana większość rodziców i społeczeństwa dokonuje tego wyboru na “tak”, a to – w demokratycznym kraju – jest bardzo ważny sygnał dla tych, którzy chcieliby usunąć lekcje religii ze szkół – mówił arcybiskup Nycz.

Ja raczej widzę w tym beznadziejną postawę rodaków, którzy potrafią takie niechodzące na religię dzieci nazwać, np. bękartem, a rodziców od, cytuję: “żydowskiej kurwy”, “komucha”, “masona” itd. Może nie zawsze wygląda to tak tragicznie (choć to autentyczne chrześcijańskie określenia), ale często ostracyzm wobec takich osób, zwłaszcza w małych miejscowościach jest widoczny. Gazeta zaprezentowała poniżej zresztą bardziej wymierną wolę społeczeństwa:

Z sondażu przeprowadzonego dla Polskiego Radia przez Instytut Badania Opinii Homo Homini wynika, że 46 procent Polaków posłałoby swoje dziecko na lekcje religii w szkole. 15 procent respondentów wybrałoby etykę. (…) 32 procent badanych dałoby dziecku wolny wybór.

I to jest ważny sygnał dla tych, którzy chcieliby usunąć lekcję religii ze szkół. Na zakończenie, zwracam uwagę, że nie jestem w sumie przeciw nauczaniu religii (choć uważam to działalność zbędną), o ile związki wyznaniowe realizują je wewnątrz swoich społeczności.

Uniwersalny żołnierz (1992)

Mało kto pewnie wie, ale ostatnio uczestniczyłem w kilku ważkich debatach na niezwykle aktualne tematy polityczne. Całość była tak sporą symulacją intelektualną, że nawet dobierając film dla rozrywki nie mogłem zadowolić się pierwszym lepszym.

Minąłem więc półkę z Larsem von Trierem, Zanussim, czy Kieślowskim – aż w końcu znalazłem odpowiednią i adekwatną do niedawnych wyzwań pozycję: “Uniwersalny żołnierz” z 1992 roku, z Jean-Claude Van Damme i Dolphem Lundgrenem w rolach głównych.

Dość żartów przejdźmy do sedna. Fabuła jest dość prosta, polegli w czasie wojny w Wietnamie żołnierze stali się materiałem do pewnego tajnego wojskowego programu USA, który krótko mówiąc przerabiał trupy w istne maszyny do zabijania, ślepo posłuszne swoim dowódcom. I właśnie jako nieżywi do programu trafili: Luc Deveraux (Van Damme) i sierżant Andrew Scott (Lundgren). Żeby było ciekawiej owi zabili się nawzajem – sierżant zwariował, a Luc chciał go powstrzymać przed wymordowaniem wioski bezbronnych cywili. Te właśnie ostatnie wspomnienia będą wciąż nawiedzać naszych wojaków, co w końcu przyczyni się do porzucenia przez nich “służby”.

Całość wydaje się być mocno inspirowana “Terminatorem 2”, tutaj też mamy do czynienia z oswojeniem takiego twardziela, który momentami rozbraja swoją dziecięcą naiwnością. Panią (i niektórym panom) być może spodobają się sceny, w których młody Van Damme prezentuje swoją gładką skórę i ukryte pod nią mięśnie. Jeśli weźmiemy poprawkę na rodzaj i przeznaczenie tego obrazu, możemy się całkiem dobrze bawić. Nie ma tu aż wiele wybitnie przesadzonych scen akcji, jak we współczesnych filmach podobnej klasy, a prosta fabuła nie jest rozdmuchiwana do absurdalnej. Naprawdę niezły film na ten jeden raz.

Część trzecia

Potem, niejako z rozpędu, sięgnąłem po nowszą produkcję, ale wciąż z tej serii: “Universal Soldier III. Reaktywacja”. Tych kontynuacji jest trochę i z powodu polskich tytułów łatwo się w nich pogubić. Nie obejrzałem części drugiej, bo jakoś nie mogłem jej dostać. A opis do tej trójki brzmiał ciekawie: terroryści z nieistniejącego kraju (wchodzącego w skład Rosji) porwali dzieci premiera Rosji i zamknęli się z nimi w Czarnobylu, grożąc, że jeśli ich Ojczyzna niestanie się niepodległa wysadzą reaktor nr 3 (przez co wzbije się radioaktywna chmura). Poza tym, wynajęli oni pewien pewnego doktorka, który oferuje usługi jego prywatnego Uniwersalnego Żołnierza. Nie wchodząc w szczegóły, znowu dojdzie do pojedynku Devarauksa i Scotta.

Jest to dzieło z poprzedniego roku, Van Damme jest już podstarzały i trochę dziwnie wygląda jak biega z bronią wśród serii z kałacha. Twórcy też zbytnio skomplikowali fabułę, która choć oczywiście dalej prosta, ambitnie postanowiła otrzeć się o tematykę związaną z moralnością. Słowem: To słaby film. Choć trochę być może ucieszy domorosłych fanów militariów: bohaterowie korzystają z rzeczywistych pukawek, niemal żywcem wyciągniętych z gry S.T.A.L.K.E.R. (no już musiałem wspomnieć o niej, skoro padło o Czarnobylu).

Linki