True Blood (sezon 3)

Kolejny sezon “Czystej krwi” za nami. I trzeba oddać twórcom, że sporo zmieniło się od ledwo-do-obejrzenia pierwszego. Wbrew moim przewidywaniom marketingowe hasła z pod znaku “będzie mroczniej”, nie okazały się tylko pustymi sloganami. Serial faktycznie wiele zyskał na tym polu.

A głównie przez to, moim złośliwym zdaniem, że ograniczono większość występów Sookie do krzyków oraz seksu. No przesadziłem, ale prawdą jest, że zmniejszyła się liczba jej monologów o swoich uczuciach. A być może po prostu przywykłem…

Fabuła skupia się na wampirzych relacjach i polityce. Niemal zupełnie znika wizerunek tych istot, w którym chcą oni współżyć z ludźmi popijając tylko substytuty ich krwi. Kryształowy pomnik Billa Comptona również mocno ucierpi, do tego stopnia, że Eric zwiększa swoje szanse u Sookie – co tylko zaognia spór pomiędzy tymi kawalerami. Pojawiają się też kolejne istoty nadprzyrodzone: wilkołaki (na początek).

Co tym czasem słychać w domu? Jason szuka sensu życia, Tarę zaurocza pewien wampir. Jako młoda wampirzyca Jessica popełnia błędy i uczy się zacierać ślady po nich, Lafayette musi się uwolnić, a zmiennokształtny Sam Merlotte znajduje swoją rodzinę. Pod koniec sezonu widz dowiaduje się wielu rzeczy o wielu bohaterach, w tym i głównych. Wychodzi na jaw np. kim dokładnie jest Sookie i co potrafi.

Oprócz tego, że serial faktycznie stał się mroczniejszy i bardziej krwawy, twórcy uznali, że to nie wystarczy dla zwiększenia oglądalności. Nawet to rozumiem, bądź co bądź nawet “Zmierzch” teraz sprzedawany jest jako horror. Postawiono więc na stary dobry skandal – więcej seksu… gejowskiego.

Podsumowując… nie, w zasadzie nie ma co podsumowywać. Jeśli ktoś obejrzał dwa poprzednie sezony, niech sięga i po ten. Jeśli nie, to podejrzewam, że się nie nawróci. Zdaniem: jest lepiej niż było, nawet można by napisać, że niecierpliwie oczekuję czwórki.