Atak botów

Wygląda na to, że przeżyliśmy mały atak spam-botów-komentatorów. Nie jestem znawcą tematu, więc nieco nie pojmuję po co to wszystko. Nowe komentarze wydawały się nie zawierać żadnych linków, czy czegokolwiek użytecznego dla operatora. Ewidentnie mieliśmy jednak do czynienia z niechcianymi komciami. Być może ktoś testował łamanie kodów obrazkowych.

Atak został odparty, posprzątano (dziękuję tutaj za oszczędzenie mi roboty). Jedynymi śladami są historia rozmów z joggerowym botem (w każdym razie moja taką jest) oraz liczby komentarzy przy artykułach na stronie głównej bloga (u mnie tak przynajmniej widać). Ogólnie więc jest dobrze.

Valhalla Rising (2009)

Niemy wojownik, podobno będący Wikingiem, aktualnie jeńcem, wystawianym na publicznych walkach w charakterze gladiatora, odzyskuje wolność. Razem z pewnym chłopcem przyłączają się do grupki zmierzających na krucjatę do Jerozolimy rycerzy. Co z tego wynikło i czy jest to aluzja do mitologii nordyckiej, dowiedzieć można się poświęcając około dziewięćdziesięciu minut na seans.

Ciężko powiedzieć czym jest ten film. Dla jednego to być może wielowarstwowa, symboliczna opowieść o ukrytym sensie, który wywoła słuszną chwilę zadumy, o wspaniałej muzyce i równie wspaniale dobranych momentach ciszy. Dla drugiego nudnawa opowieść o człowieku, który potrafi zabić bliźniego gołymi rękami i który nie mając co ze sobą zrobić, trafia do kompani zabijaków i szaleńców, mieniących się chrześcijanami, w pewnym dalekim kraju. Każdy sam powinien sobie odpowiedź na pytanie czy chce zmierzyć się z tym obrazem. Jedno jest pewne: nie jest to sztampowe filmidło pełne bijatyk i pijatyki, wbrew tytułowi i krótkiemu streszczeniu fabuły.

Linki

Czytelnicy pytają

Coś mnie podkusiło, by sprawdzić czego szukając, ludzie trafiają na mój skromny blogasek. Od czasu do czasu chyba każdemu to się zdarza. Mi jednak dodatkowo zechciało się odpowiedzieć na niektóre zapytania. A co do tytułu, to oczywiście wiem, że jest nie adekwatny, ale brzmi ładnie i dumnie w dodatku.

recenzja filmu avatar
Proszę bardzo: Jeszcze jedna recenzja filmu Avatar (2009). W skrócie: avatar to ładna, kolorowa i klasyczna bajeczka w klimacie SF.
1994 koniec świata
Chodzi tu pewnie o publikację Harolda Campinga, który przewidział apokalipsę w tymże roku – szczegóły w notce: Koniec Świata już nawet nie za dwa lata. Tak czy siak, świat dalej jest, co nie?
bash otwieranie przeglądarki
Przecież wystarczy wywołać jej nazwę. Np. firefox, opera itd… Zwykle też wystarczy bez niczego podać adres, żeby przeglądarka go otworzyła. Jeśli chcesz dodatkowych opcji dopisz --help do nazwy.
bitwa o ziemie film
Proszę bardzo: Bitwa o Ziemię (2000). Ciężko jednym zdaniem ją ująć, więc musisz przeczytać sam. No, można by tak: są gorsze filmy.
czytanie slowa bozego na kazdy dzien
Tyle lat żyjemy na Ziemi i jeszcze jakoś nic nam nie napisał. No chyba, że chodzi tutaj o znane substytuty, w tym przypadku jest to przereklamowane.
grafomana
Chyba ktoś chciał wpisać: grafomania – czyli patologiczny przymus pisania utworów literackich. Takie rzeczy lepiej od razu wpisywać do Wiki. Ciekawe czemu tutaj trafił…
krótka recenzja gry l2
Nie znam.
książkawindows nie dla idiotów
Lubię fantasy, ale bez przesady.
można zostać wampirem w fallout 3
Nie można, ale możesz nauczyć się od pewnych ludzi sztuki wyciągania z worków z krwią 20 HP, zamiast 1. A tak w ogóle to lepiej byś poszedł grać sobie w Oblivion! To przez takich jak ty nie mogę grać w godnego następce poprzednich odsłon.
lista imion .txt
Możesz sobie wygenerować, ale też możesz znaleźć linki do dwóch wygenerowanych spisów, a to wszystko w notce: Parsowanie spisu imienin #2.
lista imion infile:.txt
Ładniejsze zapytanie do Google, ale odpowiedź będzie i tak sama jak wyżej.
lenovo g550 20023 czy ma bluetooth
O ile pamiętam miało.
hovind
To kreacjonista, i jakby to ładnie ująć nieuk, oszust etc. Podaje się za doktora, znawcę rozlicznych dziedzin wiedzy, w rzeczywistości jego słuchacze to zbiór fanatyków religijnych na tyle zdesperowanych niemożnością potwierdzenia swoich mrzonek o stworzeniu, że nie poddają jego słów w żadną wątpliwość. Pisałem o nim w artykułach: Kent Hovind – krótko i zwięźle i Powody dla których ewolucja jest głupia.

Wygląda na to, że jeśli już kiedyś wezmę się za szablon tego bloga, to trzeba będzie dorobić jakaś ładny styl dla elementów dd i dt.

Tron (1982)

Disney nie zapomniało o swoim dawnym dziele, nawet jeśli świat to uczynił (nie licząc grupki geeków). Czemu tak sądzę? Np. fragmenty tego obrazu umieszczono w wejściówce do “Świata Walta Disneya” (leciało to kiedyś na TVP), no i przede wszystkim 31 grudnia planowana jest premiera kontynuacji.

Oprócz powyższych do obejrzenia skłoniły mnie też jeden z odcinków South Park (zgadnijcie który) oraz plakat w pokoju Chucka (o nim może kiedy indziej). Krótko rzecz ujmując: film ma fabułę baśni, rozgrywanej we wnętrzu systemu komputerowego. Grupową docelową były nie wątpliwie dzieciaki, co nie jako ma nam tłumaczyć niezwykłą prostotę opowieści.

Uproszczenie widać nie tylko w warstwie fabularnej. Odnoszę wrażenie, że świat przedstawiany został wykreowany przez ludzi, którzy znali nieco terminologii komputerowej, ale nie bardzo wiedzieli co i dlaczego. Zapewne jak się ma kilkanaście lat, a jedyny kontakt z komputerami to maszyny wrzutowe w salonie z grami, to taki stan rzeczy nie bardzo przeszkadza. Gorzej jak samemu jest się użytkownikiem (tutaj akurat w sensie: programistą). Ale przymknąłem na to oko, ma to urok dziecka, tłumaczącego osobie dorosłej działanie świata, do jakiego doszło na podstawie swoich doświadczeń. Na filmie też zobaczymy mnóstwo animacji, być może i nieco prostych (no wtedy, w 1982, takimi nie były) ale pasujących do wystroju i koncepcji, tak wiec zaliczamy je na plus.

Pierwotnie nie planowałem odnosić się do historii, ale zauważyłem, że zarówno na serwisie FilmWeb, jak i na polskojęzycznej Wikipedii, występuję ten sam błąd (co się dziwić, to niemal ten sam tekst). Otóż włamywacz, Kevin Flynn (grany przez Jeffa Bridgesa) nie jest autorem TRONu, jest nim chłopak jego byłej (Lary – Cindy Morgan), wciąż jeszcze pracujący w firmie Encon, Alan Bradley (Bruce Boxleitner). Nie uważam za potrzebne wypowiadanie się w temacie fabuły dłużej, jest na tyle prosta, że w zasadzie już wszystko wiadomo po kilku pierwszych scenach. W sumie szkoda. Szkoda też, że nie rozwinięto wątku, o tym, że świat realny również jest tylko innym poziomem jakiegoś wirtualnego systemu.

Jest jeszcze jedna warta wspomnienia sprawa, na którą osobiście zwróciłem uwagę: wątki religijne. Programy mają swoją kreacjonistyczną religię, za którą zresztą są prześladowane. Jeden z użytkowników FilmWebu pokusił się nawet o stwierdzenie, że obraz to aluzja do (czy nawet propaganda) chrześcijaństwa. Nikt mu nie odpowiedział, ale ja bym wspomniał o kilku rzeczach. Po pierwsze: programy nie oczekują Mesjasza, a sam Zły, jest pokonany przez spółkę Trona i użytkownika (niby Jezusa). Druga sprawa to, że przy odrobinie alkoholu można by pewnie podciągnąć film do Buddyzmu, Islamu, czy innego systemu wierzeń, tak więc podobieństwa między filmem, a np. Gwiezdnymi Wojnami na pewno są do odnalezienia.

“Tron” to twór dla tych, którzy są gotowi stawić mu czoła, którzy jeszcze go nie obejrzeli, a być może lubią oglądać kino tego rodzaju. Ma też sporą wartość jako dokument historyczny, jak postrzegano komputery jakieś trzydzieści lat temu. Można powiedzieć, że choć upłynęło wiele czasu, ale właściwie wciąż dokuczają mu te same braki, co i w dniu premiery.

End of line.

Linki

Wyspa tajemnic (2010)

Leonardo DiCaprio po raz kolejny w roli człowieka, którego dręczy przeszłość. Po raz kolejny – licząc Incepcję, którą oglądałem przed omawianą “Wyspą Tajemnic”. Tym razem obraz dla koneserów atmosfery zaszczucia, spisków czy poszukiwania prawdy za kolejną warstwą kłamstw.

Mamy rok 1954, a główny bohater (Teddy Daniels – gra go właśnie DiCaprio) jest federalnym szeryfem, który podjął się odnalezienia zbiegłej pacjentki zakładu dla obłąkanych przestępców. Szpital ten znajduje się na samotnej wyspie, na którą dostać (i z której wydostać) można się jedynie przy użyciu promu. Pogoda jednak zepsuła się na tyle, że jest niemożliwe. Władze ośrodka wydają się utrudniać śledztwo, a sam Teddy nie przypadkowo dostał ten przydział.

Jak wspomniałem na początku, mamy tu dużo mroku, głównie takiego skrywanego we ludzkich wnętrzach. Obraz ociera się o zbrodnie nazistowskie (minęło wszak 9 lat od końca wojny), stawia ciekawe pytania, ale przede wszystkim warto samemu go zobaczyć i nie próbować dowiedzieć zbyt wiele wcześniej. Polecam.

Linki

Bitwa o Ziemię (2000)

Znalazłem to dzieło w rankingu najgorszych filmów. To był chyba jedyny SF w tym zestawieniu, więc kierując się przekorną ciekawością, postanowiłem go obejrzeć. Wcześniej zbierając nieco danych na jego temat.

W ten sposób wiem, że obraz jest oparty o powieść niejakiego Lafayette Ronalda Hubbarda, pisarza (którego twórczość jest mi nieznaną) uznawanego za twórcę Scjentologii, dość specyficznego systemu wierzeń, popularnego wśród ludzi sławnych i bogatych, w tym i powiązanych z kinematografią w USA. Uprzedzając jednak pytania: film nie nawraca widza. Dlatego nie bardzo rozumiem zarzucania “Bitwie o Ziemie” epatowania wymienioną religią.

Fabuła

Przejdźmy do fabuły. Po tysiącu lat od najazdu na Ziemię przez rasę Psyklopów, ludzie albo są ich niewolnikami, albo żyją poukrywani gdzieś np. w górach. Tak czy siak, niewiele wiedzą o swojej historii, pomijając przekazywane z ust do ust opowieści, jak to ich przodkowie utracili łaski od bogów i jak przez to potwory zawładnęły planetą. Jednak młody wojownik Jonnie (gra go Barry Pepper), rzucił wyzwanie tej tradycji i postanowił poszukać lepszych terenów dla swoich pobratymców. Los splata go m.in. z Psyklopem Terlem (John Travolta), ambitnym, zdolnym, aczkolwiek zesłanym za jakieś tam grzeszki do jednej z najbardziej zapadłych dziur imperium (tak, mowa o Ziemi). Terl wpada na pomysł jak zdobyć bilet powrotny do łask. Wszystko przemyślał, ale jakoś nie wpadło mu do głowy, że uczenie młodego ziemianina może się obrócić przeciw niemu.

Całokształt

Jak łatwo się domyśleć – uwaga spoiler! – ludzie odbiją swoją planetę. Historia opowiadana jest klasyczna i przewidywalna, w dodatku pełna najróżniejszych błędów, czy to rzeczowych, czy logicznych. Jestem w stanie zrozumieć, czemu tylu się do tego obrazu zraziło. Jednak nie mogę zrozumieć, czemu film ten ma być gorszy od wielu innych, o dość podobnej konstrukcji fabularnej. Weźmy tutaj tytuły takie jak: “Dzień niepodległości”, “10 000 BC“, czy “Avatar“, podobieństw między nimi jest całkiem sporo.

“Bitwa o Ziemie” ma nawet pewne zalety, jakich często brakuje często podobnym produkcjom. Pierwszą jest podejście do wierzeń religijnych, głównego bohatera nie zadowoliły opowieści starszego wioski o konieczności modlitw o umiłowanie wkurzonych bogów. Porzucił je, aby móc samemu, własnoręcznie, polepszyć los wszystkich. Druga: to właśnie wiedza (edukacja), nie wiara czy jakieś przeznaczenie sprawiło, że możliwym stało się przeciwstawienie się najeźdźcy.

Podsumowanie

Ja osobiście polecam, można się dobrze bawić. Oczywiście podchodząc do niego należy mieć świadomość ułomności scenariusza. Być może właśnie to oczekiwanie przeze mnie najgorszego filmu, sprawiło, że odebrałem go tak pozytywnie. Tak więc, jeśli ktoś nie chce się zbytnio wysilać, a lubi takie lekkie klimaty SF klasy B, to “Bitwa o Ziemię” jest dobrą dla niego pozycją.

Linki