Tron (1982)

Disney nie zapomniało o swoim dawnym dziele, nawet jeśli świat to uczynił (nie licząc grupki geeków). Czemu tak sądzę? Np. fragmenty tego obrazu umieszczono w wejściówce do “Świata Walta Disneya” (leciało to kiedyś na TVP), no i przede wszystkim 31 grudnia planowana jest premiera kontynuacji.

Oprócz powyższych do obejrzenia skłoniły mnie też jeden z odcinków South Park (zgadnijcie który) oraz plakat w pokoju Chucka (o nim może kiedy indziej). Krótko rzecz ujmując: film ma fabułę baśni, rozgrywanej we wnętrzu systemu komputerowego. Grupową docelową były nie wątpliwie dzieciaki, co nie jako ma nam tłumaczyć niezwykłą prostotę opowieści.

Uproszczenie widać nie tylko w warstwie fabularnej. Odnoszę wrażenie, że świat przedstawiany został wykreowany przez ludzi, którzy znali nieco terminologii komputerowej, ale nie bardzo wiedzieli co i dlaczego. Zapewne jak się ma kilkanaście lat, a jedyny kontakt z komputerami to maszyny wrzutowe w salonie z grami, to taki stan rzeczy nie bardzo przeszkadza. Gorzej jak samemu jest się użytkownikiem (tutaj akurat w sensie: programistą). Ale przymknąłem na to oko, ma to urok dziecka, tłumaczącego osobie dorosłej działanie świata, do jakiego doszło na podstawie swoich doświadczeń. Na filmie też zobaczymy mnóstwo animacji, być może i nieco prostych (no wtedy, w 1982, takimi nie były) ale pasujących do wystroju i koncepcji, tak wiec zaliczamy je na plus.

Pierwotnie nie planowałem odnosić się do historii, ale zauważyłem, że zarówno na serwisie FilmWeb, jak i na polskojęzycznej Wikipedii, występuję ten sam błąd (co się dziwić, to niemal ten sam tekst). Otóż włamywacz, Kevin Flynn (grany przez Jeffa Bridgesa) nie jest autorem TRONu, jest nim chłopak jego byłej (Lary – Cindy Morgan), wciąż jeszcze pracujący w firmie Encon, Alan Bradley (Bruce Boxleitner). Nie uważam za potrzebne wypowiadanie się w temacie fabuły dłużej, jest na tyle prosta, że w zasadzie już wszystko wiadomo po kilku pierwszych scenach. W sumie szkoda. Szkoda też, że nie rozwinięto wątku, o tym, że świat realny również jest tylko innym poziomem jakiegoś wirtualnego systemu.

Jest jeszcze jedna warta wspomnienia sprawa, na którą osobiście zwróciłem uwagę: wątki religijne. Programy mają swoją kreacjonistyczną religię, za którą zresztą są prześladowane. Jeden z użytkowników FilmWebu pokusił się nawet o stwierdzenie, że obraz to aluzja do (czy nawet propaganda) chrześcijaństwa. Nikt mu nie odpowiedział, ale ja bym wspomniał o kilku rzeczach. Po pierwsze: programy nie oczekują Mesjasza, a sam Zły, jest pokonany przez spółkę Trona i użytkownika (niby Jezusa). Druga sprawa to, że przy odrobinie alkoholu można by pewnie podciągnąć film do Buddyzmu, Islamu, czy innego systemu wierzeń, tak więc podobieństwa między filmem, a np. Gwiezdnymi Wojnami na pewno są do odnalezienia.

“Tron” to twór dla tych, którzy są gotowi stawić mu czoła, którzy jeszcze go nie obejrzeli, a być może lubią oglądać kino tego rodzaju. Ma też sporą wartość jako dokument historyczny, jak postrzegano komputery jakieś trzydzieści lat temu. Można powiedzieć, że choć upłynęło wiele czasu, ale właściwie wciąż dokuczają mu te same braki, co i w dniu premiery.

End of line.

Linki