Księga ocalenia (2010)

Lubię klimaty post apokaliptyczne. Jałowe pustynie, które kiedyś były tętniącymi życiem miastami, zdziczali ludzie, samotni wędrowcy… mam to zapewne odkąd po raz pierwszy usłyszałem słowa war never changes. Jednak pomimo wszystko, do omawianego dzisiaj tytułu podchodziłem ostrożnie. Bo widzicie trochę słyszałem już nieco o “The Book of Eli”. Autorzy próbują przekazać widzowi coś więcej niż tylko rozrywkę, wysilili się na pewne specyficzne przesłanie. Zajrzyjmy zatem za okładkę tej książki.

Główny bohater grany jest przez Denzela Washingtona. Wspominam o tym, bo wydaje mi się, że omawiane dzieło kinematograficzne jest kolejnym w jego dorobku o taki wydźwięku (patrz: Déjà Vu). Ale zacznijmy po bożemu, od opisu fabuły.

Eli przemierza zniszczone Stany Zjednoczone. Przybył ze wschodu. Idzie na zachód. Ma misję. Jeśli zajdzie potrzeba, jest w stanie przedrzeć się, machając maczetą, przez bandę przeciwników w dowolnej liczbie, lub wystrzelać połowę miasta nieprzeładowując magazynka. Innymi słowy każdego kto mu wejdzie w drogę zostawia za sobą leżącego martwym. Celem jego wędrówki jest dostarczenie pewnej książki, którą codziennie, od przeszło 30 lat, czyta przed snem. Gdzie ją niesie i po co? Nie wie. Nie musi. Wierzy.

I tu leży wampir pogrzebany. Choć całość zaczyna się całkiem nieźle, przynajmniej jako film akcji, z dużą ilością walki wręcz z moralnie wątpliwymi współmieszkańcami tego łez padołu, to niestety w przerwach pomiędzy tymi szermierczymi popisami, nasz bohater nawraca każdego kto się akurat napatoczy (czyli Solarę – graną przez Milę Kunis). Co więcej, im dłużej oglądamy, tym te wykłady na temat wiary i Biblii (no, już nie bijcie mnie, to żaden spoiler, naprawdę, to bardzo szybko idzie samemu wykalkulować) zajmują coraz więcej czasu.

Inna sprawa, że poniekąd autorzy cel swój osiągnęli. Szukam właśnie Biblii (do tej pory korzystałem z wersji online), którą będę nosił w plecaku, jak tylko ją dostanę. Obok niej długi nóż (ma nadzieję, że ten do ciast się nada). Sama tylko obecność tej niezwykłej, niewątpliwie księgi pozwoli mi posługiwać się owym orężem z gracją, jakiej nie powstydziłby się bohater filmu “Machete“. Wszyscy okoliczni przedstawiciele subkultury dresów będą już wkrótce drżeć na dźwięk noszonego przez echo psalmu: Choćbym kroczył ciemną doliną…. Oczywiście tutaj pozwoliłem sobie nieco zażartować, ale mniej więcej taki jest przekaz “Księgi ocalenia”. Nieznana moc chroni i prowadzi bohatera, umożliwiając mu skuteczną walkę z wszelkimi przeciwnościami.

Nawet główny czarny charakter (mowa tu akurat o adwersarzu Eliego – granym przez Garego Oldmana – Carnegie), ulega temu złudzeniu i aktywnie próbuje pozyskać ostatnią kopię Biblii dla siebie, na poczet swojego przyszłego imperium. Tym bardziej dziwi mnie jego postawa, gdyż większość jego podwładnych, jest analfabetami i mógłby użyć z tym samym skutkiem dowolną publikację. Być może to co teraz napiszę będzie szokiem dla kilku ludzi, ale naprawdę, Biblia nie daje niczego, czego się już nie ma. I nie ma żadnej magicznej mocy kontroli nad tłumem. No chyba, że tłum ślepo wierzy, ale wtedy nie trzeba niewiele do pokierowania go do czegokolwiek. Może kiedyś panowie Hughes to zrozumieją?

Podsumowując: obraz to na poły akcja i lekcja katechezy. W dodatku niezwykle dosadna, a przez to pozbawiona resztek sensu. Zakończenie filmu jest nudne i nic nie wnosi. Tych kilka mądrzejszych zdań raczej nie zostanie zapamiętane przez grupę docelową. Na prawdę żałuję tej produkcji, bo sceny fizycznych konfrontacji, nie emanowały nadmiernie krwią i flakami, jak to często bywa i mógłby być z tego całkiem dobry wypełniacz pojedynczego wieczoru. Nie wyszło…

Linki

Konsumpcjonizm nową religią

Jak donosi portal deser.pl doszło do cudu w jednym z supermarketów. Sześciu chromych odzyskało władzę w nogach, na dowód pozostawiając niepotrzebne już im kule.

Czemu sześć kul miało by symbolizować sześć osób? Niektórzy chyba używają dwóch, ale nawet trzy osoby ozdrowione jednego dnia, to sporo. Ciekawe jakie są statystyki innych miejsc kultu?

Jest to trzeci już mój wpis o ponad naturalnych interwencjach, ale zarazem pierwszy, kiedy nie mamy do czynienia z wyznaniem jako takim. Być może właśnie oznacza to, że tytułowa ideologia staje się powoli religią. W każdym razie przejawia już kilka cech charakterystycznych: przejmuje istniejące tradycje jako własne, nie wymaga myślenia (wprost przeciwnie) oraz podobno uszczęśliwia wyznawców, ograbiając ich z pieniędzy. Jaki będzie następny krok? Męczennicy?

Czekam jeszcze, aż jacyś rzetelni naukowcy cud zweryfikują i zaczną opisywać swoje doznania z Absolutem na łamach fachowych periodyków. A wszystko to na podstawie: Cud! Sześć osób ozdrowiało w trakcie promocji w Realu.

Urodziny Chrystusa?

Rok temu, napisałem krótki post, w którym opisałem trwanie tradycji, pomimo tego, że przez wieki zmienia się jej uzasadnienie. Dzisiaj zapewne należało by napisać zlewa (w sensie ignoruje). W każdym razie, ku mojemu zdziwieniu, jeden z komentujących zaatakował fragment:

No cóż, w końcu święto w okolicach 24 grudnia, to nie jest wcale wynalazek Chrześcijan. Oni tylko pokryli istniejące obrządki w dniu swoją teologią.

Na poparcie swoich słów zaprezentował on słowa obecnego papieża, który opierając się na jakimś tam fragmentach Biblii, dowodził niezbicie, że Chrystus narodził się dokładnie dnia 24 grudnia.

Niestety obaj panowie raczej nie zdają sobie najwyraźniej sprawy (lub celowo fakt ten ignorują), że nie bardzo można polegać na Biblii jako rzetelnym dokumencie historycznym. A tak dla zademonstrowania (bo pewnie racjonalne argumenty tutaj nie wiele dadzą): oto link do artykułu “Czy Jezus naprawdę urodził się w grudniu?”, gdzie również na podstawie tej samej Biblii (ciut innej właściwie – Świadków Jehowy), dowodzi innej – sprzecznej tezy.

Osobiście uważam, że odrobinie znajomości tekstu i wyobraźni, można też śmiało dowodzić, że Jezus Chrystus urodził się 6 października, 10 kwietnia, czy nawet 30 lutego.

Na zakończenie składam wszystkim czytelnikom życzenia, aby święta dały im to czego potrzebują: odpoczynku, zacieśnienia związków z rodziną, albo ciepły posiłek:) I aby niektórzy odłożyli sobie tę Biblię na półkę, niech tam sobie leży, naprawdę są o wiele ważniejsze sprawy w tym życiu.

Słowo na niedzielę #7

Przez sąsiedni wpis trafiłem na stronę rozaniecassistance.pl. Jest to strona karmelitanek bosych, na której proszą o wsparcie w ramach naprawy ich klasztoru w Gnieźnie uszkodzonego przez powódź.

Pierwotnie rozważałem zwrócenie uwagi na szczególna ofertę, jaką przedstawiły siostry:

Za wpłaty 47 zł lub wyższe prześlemy różaniec, na którym jedna z nas modliła się za Ciebie. Różaniec ten, z drzewa oliwnego, został wykonany ręcznie przez chrześcijan z Ziemi Świętej (Jerozolimy i Betlejem).

Ale przecież to nic nowego. Kult świętych przedmiotów, miejsc, relikwii, przedmiotów, które otarły się o relikwie itd… nie jest niczym szczególnym dla chrześcijaństwa, czy większości religii. Lenistwo nade mną zwyciężyło, ale potem zwróciłem uwagę na inny fragment tekstu:

Nasz Bóg, który troszczy się o lilie polne i o ptaki niebieskie, czy może zapomnieć o swych dzieciach? Jego Opatrzność nie pozwoli nam zginąć, potrzebuje jednak ludzkich rąk, by do nas dotrzeć.

Oto obraz wszechmogącego Boga, jakim widzą go, jego sympatyczki. Oto Bóg, który potrafi wszystko, ale trzeba mu w tym pomóc. A tak dla ścisłości, polne lilie i ptaki niebieskie troszczą się same o siebie, im też Bóg nie pomaga.

Idiokracja (2006)

Ludzie różnie wyobrażają sobie przyszłość. Dla jednym to post-nuklearna pustynia, dla innych Nowe Jeruzalem. Są tacy, którzy jedyną zmianę upatrują w rozwoju technologii, a nasz gatunek i jego samolubna mentalność pozostaną takie same. Są też bardziej optymistyczne wizje: będziemy mądrzejsi, wyeliminujemy nasze problemy i stawimy czoła nowym. Dzisiaj jednak zmierzę się z zupełnie inną koncepcją. Oto świat, gdzie średnia inteligencja populacji upadła bardzo nisko – “Idiokracja”.

Niestety fabuła nie należy do atutów obrazu. Jest okropnie sztampowa, przez to podaruję sobie jej opis. Wspomnę tylko, że para zupełnie przeciętnych ludzi (to właśnie było kryterium według jakich ich dobrano), obudziła się po pięciuset latach hibernacji, by stwierdzić, że otaczają ich wyłącznie kretyni. Czemu tak się stało? To wyjaśnia świetny wstęp, którego nie będę spoilerował. Co dalej, to już łatwo przewidzieć.

Zatrzymajmy się jednak przy samej wizji świata 2506 roku. Wszystko jest tu niesłychanie dosłowne. Bo takie musi być, aby trafiło do niezbyt bystrych odbiorców (mieszkańców, nie widzów). Stanowi to znakomita groteskę znanego nam świata reklamy, czy polityki. Bardzo spodobał mi się np. pomysł z korporacją, która wykupiła Instytut Żywności i Leków, aby móc wmówić Amerykanom (rzecz dzieje się w USA), że to ich produkty są tymi najbardziej niezbędnymi do życia i zachowania zdrowia (czytaj: żeby kupowali ich więcej). Warto skupić się na wyszukiwaniu takich smaczków, bo jest ich całkiem sporo i to właśnie one są warte uwagi. Podobnie jak wstawki narratora.

Podsumowując, ten krótki tekst: “Idiokracja” to lekka, niewymagająca komedia, która ma pewien pomysł na siebie. Dobrze nada się na wypełnienie wieczoru po ciężkim dniu. Małym bonusem jest to uczucie bycia mądrzejszym po sensie (efekt na szczęście nie trwa długo). Zachęcam.

Linki

Pakt milczenia (2006)

No dobrze, będzie krótko: grupka nastolatków, potomków czarnoksiężników ma Moc. Właściwie to dopiero przedsmak tej Mocy, bo całość zyskają dopiero w dniu osiemnastych urodzin (tak, co do sekundy). I jak to nastolatki, wykorzystują ją głównie do igraszek. Jednak czarowanie jest dość uniezależniające i jednocześnie zużywa siły witalne.

Ale osią fabuły nie jest konflikt zdrowego rozsądku i żądz młodego umysłu. Coś tajemniczego i złego dzieje się w okolicy a naszemu bohaterowi Calebowi Danvers przyjdzie się z tym zmierzyć.

Na początku film zapowiadał się całkiem nieźle. Tajemnica do rozwiązania, wstawki obiecujące horror. Niestety potem to wszystko jakoś się rozmywa i dostajemy kolejną romantyczną opowiastkę dla młodzieży z wątkami fantasty. I to nawet nie specjalnie wyrafinowaną. Pod koniec: czarobicie.

Tak więc: w mojej ocenie jest to film niespecjalny, aczkolwiek może on z powiedzeniem wypełnić wieczór. Jeden, gdyż oglądanie po raz kolejny mija się z celem.

Linki

Andromeda (2000 – 2005)

Kiedy już wyoglądałem wszystkie epizody wszystkich seriali z uniwersum Star Trek, naturalnym było chyba poszukiwać czegoś na zastępstwo. Pełny tytuł omawianego dziś produktu: “Gene Roddenberry’s Andromeda”, brzmiał dla mnie bardzo kusząco. A właśnie o to chodziło jego producentom. W rzeczywiści, ojciec “Star Trek”, zmarł przed premierą, a serial w jego zamyśle miał wyglądać zupełnie inaczej. Na wstępie można więc postawić sprawę jasno: nazwisko to jedynie lep na fanów. Wychodzi to jednak dość szybko, więc nie ma co się złościć.

Pierwsze wrażenie

Trochę nietypowo, zacznę od strony technicznej. Efekty specjalne są tutaj dość kiczowate i widoczny jest tutaj recykling animacji (np. ta sama scena wystrzelenia dron bojowych przedstawiona kilka razy, czy zawsze takie same czarne dziury). Nie zdziwcie się też jednolitości dekoracji (co swoją drogą zostało nawet fabularnie wyjaśnione). Przy intrze pierwszego sezonu przygrywa dość specyficzna muzyka techno (inna sprawa, że po paru odcinkach, można przywyknąć). Wiele zmienia się po pierwszym sezonie. Twórcy np. starają się unikać wycinków z archiwum, czy zmienia się muzyka, przez co serial nieco zyskuje.

Nieco fabuły

Owym główny bohaterem jest kapitan Dylan Hunt (gra go znany mi niejako ze swojej roli w serialu Herkules, Kevin Sorbo). Dowodzi on statkiem Andromeda Ascendant, który jest częścią Naczelnej Straży Wspólnoty. Owa Wspólnota, to odpowiednik Federacji z uniwersum “Star Trek”, czasami jest też tak tłumaczona na polski. Pierwszy odcinek rozpoczyna się jednak od końca tejże. Członkowie jednej z ras stowarzyszonych – Nietzscheani – właśnie zdradzili sojuszników i rozpoczęli wojnę przeciw nim. W wyniku walki Andromeda wpada w pobliże osobliwości. Efekt tej przygody jest taki, że statek zamarzł w czasie wraz z zawartością – jego (właściwie to jej) kapitanem, reszta załogi ewakuowała się wcześniej.

Dopiero po trzystu latach pojawili się szabrownicy, chcących wydobyć statek. Warto tu nadmienić, że wojna kończąca Wspólnotę, sprawiła zapaść technologiczną jej byłych członków, nawet poszczególne klany Nietzschean skłóciły się między sobą. Zmyli się także gdzieś założyciele Wspólnoty, razem ze swoją rodzinną planetą Tarn Vedrą (przy okazji: tam urodził się i wychował się Dylan Hunt), a w nowym porządku wielu uważa, że nigdy tak naprawdę nie istnieli. Planeta Ziemia, jest obecnie jedną z tysięcy planet niewolniczych nietzschenskiego klanu Drago-Kasov, i też swoje przeszła. Podobnie jak i cały Wszechświat. Nic więc dziwnego, że głównym powodem wydobycia Andromedy, jest chęć zysku. Plan był niezły, ale nikt nie spodziewał się, że na pokładzie wciąż żyje jeden z ostatnich przedstawicieli sławetnej organizacji.

Tu nieco zaspoileruje, ale po pierwsze, łatwo się tego domyśleć, a po drugie, twórcy sami to uczynili w intrze do drugiego odcinka. Dylan Hunt przekonuje grupkę złodziei do swojej misji odbudowy Wspólnoty. Na współpracę z nim zgadza się również Tyr (o nim niżej) Nietzschen – najemnik. Tutaj ujawnia się pewna cecha szczególna głównego bohatera: Dylan to idealista i ufa w ludzką dobroć. Wydawać by się mogło, że skończy z wielkim guzem na głowie, patrząc jak nowa załoga doświadczonych przez życie i bliźnich cyników, odlatuje jego statkiem i to zakładając, że by go zwyczajnie nie zabili. Tak się jednak nie dzieje. Może i Hunt sprawia wrażenie naiwnego, ale to on jest na dwa kroki przed niespodziewających się tego przeciwnikiem, wykorzystując jego plany dla swoich korzyści.

Załoga

W skład nowej załogi Dylana Hunta, wchodzi: Beka Valentine, złodziejka, przemytniczka, doskonały pilot, oddana właścicielka i kapitan Eureki Maru (to ona wyciągnęła Andromedę z czarnej dziury). Kolejnym członkiem jest rodowity Ziemianin, inżynier-samouk Seamus Harper, także o szemranej przeszłości. Następny to wielebny Rev Bem – nawrócony na Drogę Opatrzności (rodzaj religii) Magog. Do tego dochodzi fioletowa Trance Gemini. Trance wygląda nieco jak elf z ogonem, właściwie to nic o niej nie wiadomo, ona sama zręcznie unika podawania jakichkolwiek informacji na temat swój i swojej rasy, maskując się infantylizmem. Rzecz jasna, wcale taka znowu bezbronna i niewinna nie jest. Kwintesencją jest wspomniany Tyr Anasazi, który chciałby wyeliminować Dylana i przejąć Andromedę, czego zresztą jego nowy kapitan jest świadomy. Tyr czeka na odpowiedni moment, a Hunt dba o to aby nie nadszedł.

W skład załogi wychodzi jeszcze jedna osoba. Jest nią sama Andromeda, jako SI statku. Występuje w trzech postaciach: na ekranie, hologram oraz (od trzeciego odcinka) jako android – avatar, o imieniu Romi. W tych postaciach potrafi prowadzić ze sobą monologiczne kłótnie, tym bardziej, że Romi jest bardziej niezależna od pozostałych “siebie”. Gra ją Lexa Doig, którą można było ostatnio podziwiać w serialu V, jako panią V-doktor.

Na początku cała ta sprawa z czującym i świadomym SI wydawała mi się tylko zachcianką scenarzystów, którzy chcieli mieć gadający komputer, ewentualnie jako ufizycznienie, platonicznego do tej pory, związku kapitana z jego okrętem (patrz Star Trek TOS). Bo i po co budować statek, który może się zakochać, czy zwariować (co zresztą jest tematem kilku części), a przez to zupełnie nie spełniać swojej podstawowej funkcji okrętu wojennego? Twórcy jednak postanowili bronić swojego pomysłu w kolejnych epizodach i zrobili to całkiem przekonywająco, za co należy im się plus. Co i tak nie zmienia mojego zdania, że było to tylko łatanie pierwotnego pomysłu.

Sezon pierwszy

Jak łatwo się domyśleć, pierwszy sezon, to głównie poznawanie Wszechświata oraz bohaterów serialu. Fabularnie, to próby odtworzenia Wspólnoty przez kapitana Dylana oraz odnalezienie pozostałości tejże. Sporo czasu poświęcono rasie Nietzschean, zmodyfikowanych genetycznie ludzi, których jedynym celem jest przetrwać, udowodnić ich kobietom, że ich geny są silne, a przez to spłodzić potomstwo, które przekazałoby ich geny dalej. W przerwach między tą egzystencją, oczekują na przyjście swojego mesjasza, genetycznej inkarnacji pierwszego z nich (trochę to zresztą dziwne, bo przecież jako prototyp powinien mieć najsłabszy zestaw genów). Zasadniczo są aroganccy i skrajnie samolubni, ale kochają swoje dzieci – choć tyle. Podzieleni na walczące ze sobą klany, wciąż są jedną z najpotężniejszych ras we Wszechświecie.

Drugą potężną rasą są Magogowie, owłosione bestie, które żywią się inni istotami żywymi łupiąc światy jeden po drugim. Trochę niekonsekwentnie raz są przedstawiane jako bezrozumne stworzenia, a raz jako takie, z którymi jednak można się dogadać. Podobnie raz posiadają rodzinną planetę, a raz nie wiadomo skąd się w ogóle wzięły. Twórcy przegięli nieco z wymyślaniem ich bestialstwa, np. dając im pazury, które powinny wręcz uniemożliwiać konstrukcję i pilotowanie statków jakie posiadają.

W świecie Andromedy występuje jeszcze wiele innych ras, ale aż tak bardzo nie wysuwają się na pierwszy plan. W zbiorze odcinków pierwszego sezonu znajdziemy kilka wykorzystujących motyw szalonego SI, zabaw z czasem, niebezpiecznych pozostałości po dawnej Wspólnocie, wciąż żywych wspomnień itd…

Sezon drugi

W sezonie drugim, kapitan Hunt, wbrew chyba przewidywaniu wszystkich, zbliża się do finalizacji swojego zamierzenia odbudowy Wspólnoty. Nie wiedzieć czemu twórcy zastosowali klasyczny motyw deus ex machina w ostatnim odcinku, który zresztą szybko porzucili w kolejnym sezonie. Doszło też do paru zmian w obsadzie: znikł wielebny Ben. Ciekawi mnie, czy stało się to dlatego, że aktor znudził się tą całą charakteryzacją? Tym bardziej, że Trans traci swój ogon, którego wygenerowanie też pewnie coś kosztowało.

Sezon trzeci

A i w sezonie trzecim nastąpiły cięcia w dziale charakteryzacji, bo Tyr traci swoje siekacze – dodatkowe kości wyrastające z przedramienia, niejako pomocne w walce w ręcz, jedna z cech charakterystycznych Nietzschean. Poza tym, mam wrażenie, że wymieniono scenarzystów, kilka odcinków zrealizowanych zostało w niewykorzystanej wcześniej konwencji horroru, zupełnie, jakby w roku emisji wypadało kilka razy święto Hallowen. Nie jest to oczywiście żadna wada, ale pewnego rodzaju zaskoczenie. Jeśli jeszcze narzekać na scenariusz, to mimo iż teoretycznie kapitan Dylan podlega dowództwu nowo utworzonej Wspólnoty, to jednak wciąż lata sobie gdzie mu się żywnie podoba i dalej z kilkoma osobami załogi, której powinna być setka – najwyraźniej na opłacenie statystów też zabrakło funduszy.

Fanów serialu “Battlestar Galactica”, czy “Stargate: SG-1”, zapewne ucieszy fakt, iż aktorzy z tych seriali pojawiają się również i w “Andromedzie”, grają głównie role epizodyczne. Wystąpił też znany ze “Star Trek: Następne pokolenie” (grał Q) John de Lancie. A jeśli już o ST mowa, w jednym z odcinków sezonu trzeciego, znajdujemy coś na kształt parodii Star Trek – statek Bellerophon, wysłany z Ziemi na misję szukania nowych światów, odkrywania nowych cywilizacji itd. a m.in. jego załoga nosi mundury w trzech kolorach – czerwonym, żółtym i niebieskim.

Wracając do fabuły, aby nie było za lekko w życiu Dylana Hunta, nowa, zbudowana z takim trudem Wspólnota, zaczyna się powoli rozpadać. Jest to też sezon, kiedy z załogi odchodzi Tyr.

Sezon czwarty

Kontynuuje się rozpad Wspólnoty – potężni wrogowie (tzw. Kustosze) – niszczą nowo powstałą Wspólnotę i Dylan nie dość, że stracił swoje marzenia, to jeszcze stał się zdrajcą i wyrzutkiem. Wątpliwości zasiewają się w sercu jego załogi itd… ogólnie nieciekawie. Jakby tego było mało, Magogowie ewoluują, stając się jeszcze gorszym zagrożeniem.

W fabule tego serialu SF, zaczyna pojawiać się coraz więcej elementów mistycznych, zwłaszcza pod koniec sezonu, gdzie wychodzi wiele ciekawych rzeczy – np. czym jest Trance, lub kim jest Dylan (choć on sam o tym nie wie), albo o tym, że Kustosze są sprzymierzeni ze Złem. Osobiście mnie takie rzeczy drażnią. Czyżby twórcy już nie mieli żadnego pomysłu lepszego? Ten cała aura nadnaturalna rzutuje na końcówkę sezonu, w której wszyscy giną. No prawie; Dylan nie, wykorzystując swoje nadprzyrodzone moce gdzieś znika.

Sezon piąty

Autorzy scenariusza postanowili przejść samych siebie. W porównaniu do czwórki, fabuła piątki jest niezwykle racjonalna (do czasu). Jak się okazało, wbrew ostatniemu odcinkowi czwartego sezonu nikt nie umarł. Nie tylko Dylan przeniósł się do układu Seefra. A sama Seefra to… ale tego może już nie zdradzę. W każdym razie: przez cały czas, mamy zupełnie inną fabułę. Zapomnijmy o Magogach, zniszczeniu Wspólnoty etc. teraz większość problemów to zdobycie odrobiny paliwa do Andromedy, czy naprawienie jej.

O ile cała fabuła z poprzednich sezonów uległa przemianie, tak wątki mistyczne rozwijają się na dobre. Dowiadujemy się więcej o tym kim jest Dylan, Trance, Głębia etc… wiele odcinków wydaje się być mocno pozbawiona sensu, który potem jest wyjaśniony w jakiś pokrętny sposób. Ale po kolei.

Na początku Dylan jest sam na pustynnej planecie, na której panują silne nastroje ksenofobiczne i anty-technologiczne, podsycane przez miejscowego proroka. Szybko wychodzi na jaw, że reszta załogi, również jest gdzieś w tym układzie i co ciekawe, znalazła się tam przed tym, jak pojawił się Dylan. Na wystarczająco długo, by zdążyli stracić w niego wiarę. Andromeda również tu gdzieś lata, choć mocno zniszczona. Romi w kawałkach, a Harper zbudował Doyle, kolejną laskę – androida. Z samego syfstemu nie można się wydostać, tak więc na razie trzeba zapomnieć o całym Wszechświecie w potrzebie. Do czasu. Tzn, do ostatnich odcinków, gdzie nagle wracamy do porzuconych w poprzednim sezonie wątkach. Jak wspomniałem autorzy nieco zaszaleli i prawie każdy członek załogi Andromedy stał się na pewien sposób wyjątkowy.

Podsumowanie

Chyba główną wadą tej produkcji są głównie te przepychanki wśród wątków. Scenarzyści chyba nie bardzo mieli jakąś ogólną ideę co zrobić ze swoich dziełem, lub też, po prostu często wymieniano ich. Jest wiele pomysłów, do których nie powrócono, kilka które nie pasują i w zasadzie nie wiadomo co z nimi zrobić. Brak tu jakiejś myśli przewodniej. Z ciekawszych pomysłów, to filozofia rasy Nietzschean, kilka interesujących postaci.

Zapewne produkcja borykała się z brakiem funduszy. Mimo tych wszystkich wad dało się go obejrzeć – nie było tak znowu źle, przynajmniej do czasu, ale wtedy trochę już z rozpędu odhacza się te gorsze odcinki. Szkoda, że całość szybko została zapomniana, oglądałem gorsze seriale. Zasadniczo, jeśli już ktoś obejrzał wszystkie aktualne seriale SF (takie kosmiczne SF, bardziej w stylu “Star Trek”) i szuka czegoś nowego, to zapraszam.

Linki

Zostań (2005)

Opowieść o psychiatrze, do którego zgłosił się słyszący głosy młody artysta. Niby nic dziwnego, ale po pierwsze, chłopak przyznaje, że za trzy dni umrze, a po drugie, wydaje się, że ma on umiejętności przepowiadania przyszłości.

Widz rusza w podróż razem z doktorem Fosterem (gra go: Ewan Mc Gregor), której celem jest odwiedzenie Henriego Lethama (Ryan Gosling) od zamiaru popełnienia samobójstwa. Sprawa się nieco skomplikowała, bo pacjent przepadł bez wieści, a droga powiedzie również przez problemy dziewczyny (Naomi Watts) lekarza. Im bliżej wyznaczonego terminu trzech dni, tym … ale, to samemu warto zobaczyć.

Film dla miłośników klimatów z pogranicza jawy i snu, czy nawet obłędu, przeplecionych odniesieniami do sztuki. Plus za ujęcia oraz scenerie. Miejscami może niestety nieco przynudzać, ale mimo to polecam. Głównie dla zakończenia, które sprawia, że obraz zupełnie zmienia swoje oblicze (choć trzeba mi tutaj wspomnieć, że niektórzy uważają je za rozczarowujące).

Linki