Nowa świecka religia

Czesi chcą u siebie oficjalnie zarejestrować jediizm. Informacje na ten temat można znaleźć na różnych portalach, zwykle w działach zbierających nie do końca poważne teksty.

O co chodzi: idea podobno narodziła się jako sprzeciw przeciwko mieszaniu się państwa w religijność obywateli w czasie spisów powszechnych. Być może była tylko żartem, a może i jednym i drugim, w każdym razie pomysł chwycił i rozpowszechnił się po kilku krajach (głównie anglojęzycznych). A teraz kiełkuje u naszych sąsiadów. Ciekawe, czy zawędruje i do nas? Podejrzewam, że taka akcja w Polsce trafiła by na bardzo podatny grunt.

Na podstawie: Czesi chcą rejestracji nowej religii – tzw. jediizmu (także: Religia Jedi rozszerza swoje wpływy. Pora na Czechów). A jak już o tych źródłach mowa: Jedi nie jest drugą religią w Nowej Zelandii (patrz spis z roku 2006 – jeśli by wrzucić chrześcijan do jednego worka, to może od biedy i na spółkę było). Po za tym podoba mi się, ale to już całkiem prywatnie, że Gwiezdne Wojny określono jako serię filmów fantastycznych. Jak raz redaktorzy trafili, choć pewnie nieświadomie.

Andrzej Ziemiański – Achaja

Niewiele słyszałem o tej powieści. Znałem z widzenia tylko jej okładki. Znajomi mnie jednak zapewnili, że to świetna lektura; zabawna i w ogóle. Trochę zwątpiłem w ich ocenę (a także, co tu kryć, normalność), kiedy przebrnąłem przez pierwszy rozdział, z którego pamięta się jedynie scenę, powiedzmy lekko ocierającą się o sado-maso. A to był dopiero początek.

Mamy więc w sumie czwórkę głównych bohaterów: tytułową Achaję, duet: Zaana i Siriusa oraz czarownika Mereditha. Jak łatwo się domyślić wątki ich przygód będą się ze sobą przeplatać, choć częściej przyjdzie im dziać się osobno. W wielkim skrócie: Achaja, jest córką jednego z Wielkich Książąt królestwa Troy, z tego oto powodu podpada swojej macosze (swoją drogą dziewczynie młodszej od niej). Ta zaś, w ramach pozbycia się pasierbicy, wysyła córkę do wojska, a to wszystko jest tylko wstępem do dalszych przygód. W między czasie Zaan, będący skrybą zmagającym się z bezsensem własnej egzystencji, spotyka Siriusa, byłego galernika, który obecnie jest zbirem do wynajęcia. Razem tworzą zgraną parę oszustów. Meredith natomiast otrzymuje niezwykłe i trudne zadanie i to nie od byle kogo.

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z fantasy, Święte Oficjum w czasach cesarstwa rzymskiego (Luan jest na nim wzorowany). Autor jednak zastrzega sobie, że jest to powieść SF. W dalszej części utworu pojawia się uzasadnienie jego opinii, nie chcę jednak tutaj za dużo zdradzać. Osobiście stoję przy stanowisku reszty świata (przepraszam panie Ziemiański), nawet po zapoznaniu się z całością publikacji. Wracając do świata przedstawionego: silnie naznaczony przez tradycję i umowy, gdzie funkcjonuje magia i sprawujący nad nią pieczę Zakon.

O seksie (no, powiedzmy…), już wspomniałem. Autor dość namiętnie pisuje o nim od czasu do czasu, znalazł też miejsce dla pary dziewcząt w jednym łóżku. Za to oszczędza w opisach szermierki, przy której wydaje się podkpiwać kapkę filozofię wiedźmińskiego fechtunku, przy okazji wprowadzając własną szkołę. Za złe uważam liczne uwspółcześnienia obecne na kartach powieści, nawiązania do współczesnej wiedzy, w dodatku postaci długich monologów narratora (czy Wirusa). Trochę mnie one drażniły. Każdy kto liznął nieco historii z łatwością rozpozna też kilka bardzo charakterystycznych inspiracji w fabule.

Czyli wydawało by się, że powieść nie prezentuje się zachęcająco. Ale trzeba oddać: wciąga. Naprawdę: pochłaniałem kolejne strony, aż do samego końca. Który lekko mnie rozczarował. Autor przez całą powieść umieszczał aluzje do wydarzeń jakie mają się rozgrywać za równo tysiąc lat, liczyłem, że pojawią się one w trzecim tomie, w rzeczywistości, są zapowiedzią kolejnej książki. Podsumowując: polecam. Czysto rozrywkowa pozycja, ale warto zajrzeć. I moja ostatnia uwaga: co ciekawe, w tej powieści napotkałem więcej dylematów etyczno-filozoficznych, niż na wszystkich lekcjach religii, w czasie całej mojej edukacji. Nie jest to może jakieś wybitne osiągnięcie, ale warto wspomnieć.

Linki

Jak wytresować smoka (2010)

Stoick Wielki jako wódz ma sporo problemów na głowie, całą wioskę, plagę smoków, które wykradają zapasy jedzenia, zbliżającą się zimę. Do tego dochodzi syn, jakiego wychowuje samotnie od śmierci żony. Niestety latorośl znacznie odstaje od typowych mieszkańców, co przysparza wiele problemów (w tym i nawet całemu plemieniu). Dziś krótko o zeszłorocznej animacji wytwórni DreamWorks, dostępnej także w wersji 3D.

Fabuła, jak się potem dowiedziałem, jest oparta na książce Cressidiego Cowella (nie czytałem). Podobno nie było w niej Astrid, obiektu westchnień Czkawki (owego syna wodza – główny bohater). Nie ma w sumie ma sensu wiele pisać na temat historii opowiadanej, bo nie jest to nic szczególnie wyrafinowanego. Ale też jednocześnie nie jest przesadnie infantylna, jak to się często zdarza obrazom kierowanym do bardzo młodych widzów. Jest w taka akurat, żeby rodzic nie wynudzi się kompletnie w kinie towarzysząc swojemu dziecku.

Jeśli jeszcze dodać do tego ładną animację i muzykę to wychodzi niezły film. Mi osobiście bardzo spodobały się stylizowane na sztukę Wikingów zdobienia, obecne na każdej broni, tarczy, odzieży, czy belce (z tą małą uwagą, ze ponoć prawdziwi Wikingowie nie nosili rogatych hełmów). Naprawdę dobrze się to ogląda, tak więc polecam.

Linki

O Trzech Królach

Biskupi dziękują posłom za święto Trzech Króli. To tytuł z jakiegoś nagłówka, nie pamiętam gdzie to widziałem, ale to mi wystarczyło. A czemu niby nie mieli by? Chyba tylko w Polsce, możliwe jest, że świeckie państwo, ostatnim czasy, zaczęło święcić oficjalnie i ogólnokrajowo, tak czysto religijne święto (w przeciwieństwie do Świąt Bożego Narodzenia, nie można ich przekuć tak łatwo w komercję).

Ale ja nie o tym. Dzisiaj pragnę ponownie zaatakować zwyczajowe wyobrażenie części społeczeństwa – jak przystało na dobrego żydomasona. To jedziemy: wbrew tradycji i powszechnemu mniemaniu, owi trzej monarchowie:

  • nie byli królami
  • imiona ich nie są znane
  • nie było ich trzech

A to wszystko to na podstawie Biblii. Biblia jak wiemy, w sumie nie jest więcej warta niż ta cała tradycja, ale to już o czymś świadczy. Imiona oraz liczba, czy ich nowa pozycja społeczna (królowie) naszych bohaterów ukształtowała się dopiero w Średniowieczu. Wcześniej było ich tylu, ilu się chciało artyście narysować, czy opisać, tak więc można znaleźć obrazy nawet z sześcioma mędrcami.

A właśnie, w poprawnym tłumaczeniu Biblii, zamiast słowa królowie powinno się pojawić słowo mędrcy, a jeszcze lepiej by było to: astrolodzy, czy magowie. Domyślam się, że trochę to dziś nie pasuje do oficjalnej wykładni Kościoła na temat nauk tajemnych, ale taka jest prawda: byli oni astrologami – zresztą, któż inny kierował by się gwiazdą?

Poza tym, te trzy literki, jakie podobno mamy wypisać na drzwiach, to też nie oznaczają owych znanych imion, a w całym tym święcie wcale nie chodzi o tych trzech kolesi, z punktu widzenia Kościoła (patrz oficjalna nazwa święta Trzech Króli).

A tak patrząc z realnej perspektywy: wątpię by w ogóle jacykolwiek królowie (czy kim oni tam byli) istnieli. Ciekawi mnie, czy też i tym razem zjawi się ktoś, kto poda mi kontrargumenty na mój wpis z jakiejś publikacji papieża?