Co otrzymasz gdy pomnożysz sześć przez dziewięć?

Zajrzałem sobie do “Wyszukiwanych” w statystykach tego bloga i znalazłem frazę jak w temacie. Już miałem skrobnąć notkę, niczym wzorowy pieniacz, o tym jak to nieuki dosiadają komputerów i są na tyle nierozgarnięci, że nawet nie wiedzą, że mają zainstalowany program “Kalkulator” w systemie, ale gnany ciekawością sam sprawdziłem jakie wyniki zwraca wyszukiwarka. Nie były to napisane w okaleczonym języku wątki na portalach zróbcie mi zadanie domowe.

Tak więc za wszelkie niespisane złe słowa przepraszam, honor zwracam i uprzejmie zamieszczam odpowiedź. Dla czytelników prozy Douglasa Adamsa, odpowiedzią jest 42. Dla reszty, niecierpiącego na dyskalkulię, społeczeństwa to 54. A dla mnie to nauka, by nie spieszyć się z wydawaniem opinii.

W chmurach (2009)

Podobno najtrudniejsze w byciu szefem jest zwolnienie swojego pracownika. Konfrontacja twarzą w twarz, z kimś pewnie sympatycznym, kogo się zna, aby powiedzieć mu, że musi szukać nowej roboty, której zresztą pewnie i nie ma, nie jest rzeczą łatwą. Ryan Bingham (George Clooney) to wie, bo dzięki temu zarabia. Możesz wynająć jego firmę, jeśli akurat planujesz redukcję w swojej.

Jest trochę śmiesznie, jest poważnie, jest nieco romantycznie i jest zwariowanie. Nie jest to sztampowa, seryjna produkcja, wycelowana w okolice 14 lutego, czy innego święta. W zasadzie ciężko by zaszufladkować “W chmurach”. Ale to tak naprawdę dobrze świadczy o tym tytule.

Mógłbym tutaj opisywać, jak to bohater lubi latać samolotami, zbierać karty członkowskie, jak nie może i nie chce założyć rodziny. Albo o jego pracy, której ideę podważa pomysł młodej i ambitnej pracownicy. Nie warto, sami zobaczcie, bo warto poświęcić filmowi trochę czasu, jeśli akurat mamy ochotę na coś poważniejszego, ale i bez przesady. Polecam.

Linki

Dragon Age: Początek – DLC

Krótki przegląd DLC do gry “Dragon Age: Początek”, które są czymś więcej niż jakimś przedmiotem i nie są osobną kampanią. Rozpatrywane są tu dodatki wydane oficjalnie przez producenta podstawy.

Kamienny więzień

To rozszerzenie dodaje nową postać do drużyny. Ową jest Shale – golem. Wcześniej jednak trzeba będzie zakończyć krótką misję w dodanej na mapie wiosce: trochę Mrocznego Pomiotu, nieco demonów, parę dialogów.

Shale serdecznie nienawidzi gołębi, nie przepada za magami (ogólnie za wszystkim co organiczne), cierpi na amnezję i jak się okazuje, dzięki uszkodzeniu różdżki kontrolnej, ma wolną wolę. Wtrąca się również podczas misji poszukiwania Branki, gdzie wyjaśnia się kilka rzeczy odnośnie tej postaci. Jako golem ma dostęp do specjalnego rodzaju ekwipunku i umiejętności. No i te jego komentarze.

Dodatek jest nieco kontrowersyjny, ponieważ na początku Shale miał być częścią normalnej gry. Teraz dostarcza dodatkowego źródła dochodu – niby jest dostępny za darmo dla każdego kto kupi grę od oficjalnego dystrybutora, ale inni, którzy odkupili ją z drugiej ręki, muszą wydać równowartość około 15 dolarów.

Twierdza Strażnika

Porządna przygoda dodatkowa. W dodatku całkiem spora, z ciekawą fabułą. Daje nawet możliwość ulepszenia naszego wojaka (lub jej, lecz uwaga, aby dodatkowe moce działy prawidłowo także w innych kampaniach, należy zainstalować najnowsze łatki). Z nowości jest tu też skrzynia, chyba jedyna w całej podstawowej kampanii, do której można coś włożyć. Przeznaczona na nasze rzeczy osobiste.

Jeśli dobrze śledziliście tło fabuły podstawki, zapewne wiecie, że przed wiekami Szarzy Strażnicy zostali wygnani z Fereldenu, za sprzeniewierzenie się ówczesnemu królowi. Jak poucza nas książka “Dragon Age: Powołanie”, potrzeba było do tego małej armii. Zamek, który był świadkiem tych wydarzeń wciąż stoi, a magia rozpętana przez lekkomyślnego czarodzieja utrwaliła je w obrębie budowli. Czas dowiedzieć się, co tam się działo. To naprawdę dobry dodatek. Ciekawa fabuła, interesujące potyczki. Polecam odwiedzić Twierdzę Strażnika.

Powrót do Ostagaru

“Powrót do Ostagaru” to misja typu ścieżka zdrowia. Idziemy i wyrąbujemy sobie przejście dalej, po to by dojść do kolejnej walki. Dodatek pozwoli nam powrócić do obozu, który pamiętamy z początku gry. Tam, gdzie nasza postać dołączyła do Szarych Strażników.

Miejsce to, jak można się domyśleć, wygląda inaczej. Teraz leży tutaj śnieg, a wszędzie łażą mroczne pomioty i kruki. W czasie zwiedzania przyjdzie znaleźć ciało króla, jak i ducha pewnego trolla razem ze wskrzeszającym go nekromantą. W nagrodę przypadnie nam wiele ciekawych przedmiotów, między innymi miecz Marica. Dla tych rupieci warto zagrać, mimo, że brak tutaj dialogów i bardziej wymagającej fabuły.

Linki

Miłość i inne używki (2010)

To przykład filmu, dobrze wykonanego specjalnie na Walentynki. Komedia romantyczna, z ładnymi bohaterami (głównymi) i happy end-em. Chyba znakiem czasu, naszego jak i czasu akcji, jest ilość scen około-łóżkowych.

Niestety nie da się przełożyć tytułu właściwie. Słowo drug z oryginału oznacza zarówno lek jak i narkotyk (zresztą, co się dziwić?). Nawiązanie do medykamentów jest tutaj ważne, gdyż główny bohater (grany przez Jake’a Gyllenhaala) jest przedstawicielem farmaceutycznym. Czyli innymi słowy: czymś na rodzaj akwizytora, wciskającego próbki swojego koncernu lekarzom.

Jak się dowiedziałem po seansie, inspiracją była tutaj książka “Hard Sell: The Evolution of a Viagra Salesman”. Na ekranie, w przeciwieństwie do pierwowzoru (bazując na opisach), przeżycia młodego sprzedawcy tabletek (dopiero potem tej sławetnej Viagry) stanowią jedynie tło pod główny wątek: romantyczny. On duży chłopiec, zapalony podrywacz, ona artystka (grana przez Anne Hathaway), również chętna i otwarta na niezobowiązujące związki, szybko konsumują swoją świeżo zawartą znajomość. Z czasem oczywiście oswajają się coraz bardziej. Przeszkodą na drodze do wspólnego życia jest jej choroba.

W zasadzie to wszystko, co można by napisać o tym obrazie. Resztę można zwyczajnie obejrzeć. Film nie jest nudny, nie jest sztampowy, spokojnie można wiec wybrać się ze swoją połówką. Bo w końcu o to w tego rodzaju dziełach chodzi.

Linki

Dead Space: Downfall (2008)

Niedawno wyszła kolejna część gry “Dead Space”. Jakoś tak niespecjalnie ciągnęło mnie do pierwszej, ale liczne pozytywne recenzje skłoniły mnie do zapoznania się z serią. Chociaż pobieżnego. Wspaniałą okazją do tego wydawała mi się rzeczona animacja, która jest prequelem do pierwszej części i stanowiła część kampanii promocyjnej. Po obejrzeniu mam wrażenie, że zrobiono ją na szybko, z resztek funduszy.

Krótko o fabule “Dead Space”: wcielamy się w postać kolesia (Isaaca Clarke’a), którzy samotnie stawia czoło hordom obcych-zombie (Nekromorfom) na pokładzie statku USG Ishimura. W omawianym obrazie ten właśnie statek jest przez owe potwory dopiero opanowywany. Mamy też trochę akcji na pewnej kolonii górniczej – Aegis 7 – na której odkryto artefakt, tzw. Znak (w oryginale: Marker). Zdarzenia z kolonii służą niejako do budowy napięcia. Krótko po odkryciu, wśród kolonistów nagle podskoczył wskaźnik brutalnych i krwawych morderstw oraz samobójstw. No, ale może resztę zobaczycie sami. Na jakieś zaskoczenie szczególne nie liczcie. I to nawet nie chodzi mi o to, że mogliście znać grę. Na samym początku, nieproszona, główna bohaterka sugeruje, że nikt nie przeżył (tak nawiasem, trochę na wyrost).

Cześć teł jest statycznymi obrazkami, bardzo ładnymi zresztą. Animacje i obiekty ruchome, nie będące statkami i innymi w miarę regularnymi bryłami, są jednak rysowane już z mniejszym artyzmem (trudno się dziwić; względy ekonomiczne). Czasami ruchy postaci są nienaturalne, wręcz groteskowe. Całość sprawia wrażenie taniego wykonania. Ewentualnie może być też wyrazem jakiejś głębszej artystycznej ekspresji, ale według mnie ta pierwsza opcja obowiązuje.

Choć np. większość postaci nosi ubrania ze wskaźnikiem zdrowia na plecach, a kilka nawet taką pseudo-rycerską zbroję, jakiej tyły można zobaczyć na licznych screenach i filmikach wiadomego pochodzenia, to jednak zlekceważono kilka rzeczy. Wydaje mi się jednak, że istotnych. Znak z gry był czerwony i dużo mniejszy niż ten, który możemy obejrzeć na filmie (jednak dobrze mi się wydawało!). Podobno też przemiany ludzi w mutanty przebiegają za szybko, a one same mają wciąż na sobie szczątki ubrań i wykazują się innymi zachowaniami. Bądź co bądź, gracze, którzy ukończyli oryginał, raczej takie rzeczy wychwycą, a ten film właściwie tylko do nich może być zaadresowany.

Bo chyba nikt inny nie będzie zainteresowany tą produkcją. Fabuła jest mizerna, sceny gore bardziej śmieszą niż budzą odrazę, czy niezdrową fascynację (tak, nie rozumiem ludzi lubujących się w takowych). Jeśli to horror, to chyba tylko z braku możliwości przyklejenia etykietki komedii romantycznej. I nie rozumiem czemu np. na wspomnianym nagraniu szefowej ochrony na początku nie widać nekromorfów znajdujących się za nią (widać je na innych ujęciach).

Podsumowując, raz jeszcze: to raczej kiepski film, zrobiony na siłę. Nawet ludzie, którzy mogli by oglądać z zaciekawieniem co się działo na Ishimurze przed wejściem na nią Izaaka, mogą słusznie podejrzewać, że będą rozbieżności pomiędzy serią gier a Upadkiem. Tak więc nie polecam, zwłaszcza, jak się Dead Space nie zna – parę minut z początku rozgrywki zdecydowanie bardziej zachęcają niż siedemdziesiąt poświęconych opisywanemu dziełu.

Linki

Witch Hunt

Morrigan. Dla jednych wspaniała współtowarzyszka, władająca magią, dla innych pyskata czarownica, z którą można było… wspólnie się ogrzać. Wiadomo o niej na pewno to, że znikła przed lub po ostatecznej bitwie. W ostatnim DLC do gry “Dragon Age”, możemy dowiedzieć się nieco, co ostatnio porabia.

Ścigamy Morrigan, po dwóch latach od czasu końcówki gry. Można użyć zupełnie nowego bohatera, można go (ją) zaimportować. Choć właściwie to nie wiadomo czemu nasza postać zdecydowała się zignorować prośbę rzeczonej wiedźmy – przynajmniej na początku. Pamiętamy, że owa wyraźnie zaznaczyła nie próbuj mnie odszukać.

Jak wspomniałem, jest to jedno z ostatnich oficjalnie wydanych przez BioWare dodatków. Podobnie jak poprzednie nie wprowadza żadnych nowych map. Jest też liniowe, ale na końcu mamy możliwość wyboru – w zależności od wybranych opcji dialogowych. Po wczytaniu gry, można więc obejrzeć inne zakończenie. Choć tyle. Przy okazji to ukoronowanie rozgrywki, wydaje się być nieco zabugowane.

Tym razem na naszą drużynę składać się będzie: piesek (niestety, imię się nie zaimportuje), delijska wojowniczka, a także pewien młody mag, który ma kilka cech wspólnych z pewnym bardzo charakterystycznym bohaterem pewnego kultowego serialu. Nie są to oczywiście jedyne aluzje jakich można się tu i ówdzie dopatrzeć. To, jak i rozmowy pomiędzy naszymi podopiecznymi są oczywiście dość zabawne.

Schemat gry jest jak wspomniałem liniowy, idziemy w kolejne miejsca (o dziwo będziemy biegać po całym kontynencie), tam toczymy kolejne walki z krótkimi przerwami na dialogi. Jeśli chodzi o wyzwanie jakie przed nami staje, to grając łotrzykiem z “Przebudzenia” bez problemu przeszedłem całość na trudniejszym poziomie – tak – ciągnęło mnie do osiągnięcia (a są ich w sumie cztery), ponieważ podobnie jak w poprzednim DLC, także i tutaj dostajemy jedno za przejście całości z podwyższoną poprzeczką.

Podsumowując: to całkiem porządne umilenie sobie wieczoru. Bez rewelacji, ale jednak warto sięgnąć. Szczególnie jeśli Morrigan była dla nas kimś więcej niż tylko kompanem w boju. Ostatnie może również świadczyć, że stanowczo powinniśmy pomyśleć o oderwaniu się od komputera.

Linki

O modlitwie o pokój

Dziennikarka skierowana do biura w Jerozolimie zajmuje mieszkanie z oknami skierowanymi na historyczną Ścianę Płaczu. Każdego dnia kiedy spogląda przez okno, widzi starego Żyda z brodą energicznie się modlącego. Ponieważ z pewnością jest on dobrym tematem na wywiad, dziennikarka udaje się w pobliże ściany i przedstawia się staruszkowi. Zadaje pytanie:
– Przychodzi pan każdego dnia do ściany, od jak dawna Pan to robi i o co się modli?
Mężczyzna odpowiada:
– Przychodzę tutaj, by się modlić każdego dnia od 25 lat. Rano modlę się za pokój na świecie i za braterstwo ludzi. Idę do domu, piję filiżankę herbaty, wracam i modlę się o wyeliminowanie chorób i zaraz z ziemi. I o to co bardzo, bardzo ważne, modlę się o pokój i zrozumienie między Izraelczykami i Palestyńczykami.
Dziennikarka jest pod ogromnym wrażeniem.
– I jak pan czuje się z tym, że przychodzi tutaj każdego dnia przez 25 lat i modli się za te wspaniałe rzeczy? – pyta.
Starszy mężczyzna odpowiada spokojnie:
– Jakbym mówił do ściany…

Ta anegdotka uświadomiła mi jak daremne są modlitwy o pokój. Całkiem gorzko obrazuje to fakt, że po wyjściu z świątyni, wierni wracają do swoich wojenek z rodziną, sąsiadami, czy z resztą bliźnich. Nie, żebym specjalnie wierzył w moc jakiekolwiek modlitwy – one wszystkie (tzw. inne niż bądź wola twoja) nie mają sensu, również teologicznego. Ciągotki do użycia przemocy, w ramach poparcia dla swoich idei, leżą niestety w ludzkiej naturze, którą podsyca środowisko, ambicje, rozwarstwienie społeczne, brak surowców, fanatyzm, itd… powodów jest multum. To takie małe trochę, jakby modlić się o ateizację.

I patrząc z innej perspektywy: gdyby jakieś bóstwo wysłuchało tejże modlitwy, to czy bylibyśmy dalej ludźmi? Czy w ogóle byśmy żyli?