Prawo kanoniczne a finansowe

Przeczytałem dziś artykuł: Eksperci od rozwodów będą się kształcić na teologii. I chciałem, żeby ktoś mi coś wyjaśnił. Nie, wcale nie zamierzam pytać, czemu państwa uczelnia, opłacana z pieniędzy podatników, kształci przyszłych teologów jednej konkretnej religii.

Nie, chcę też z pobłażliwym uśmieszkiem pochylać się nad tym uroczo nazwanym rozwodem. Jak to instytucja, która mieni się strażnikiem wartości takich jak rodzina i małżeństwo, na prawo i lewo rozdaje stwierdzenia nieważności ślubu. To jedno jestem nawet w stanie zrozumieć.

Ja chciałem poprosić o wyjaśnienie poniższego fragmentu:

Ksiądz Duksa podaje również inne przykłady, kiedy wiedza z prawa kanonicznego jest niezbędna. – Jeśli parafia zaciąga w banku kredyt, musi mieć zgodę właściwego przełożonego kościelnego – biskupa i jego rady. Brak takiej zgody powoduje, że umowa będzie miała wadę prawną, co pociągnie za sobą negatywne konsekwencje dla banku, który wypłacił kredyt – wyjaśnia dziekan.

Dlaczego bank w ogóle przejmuje się jakimiś wewnętrznymi sporami? Ktoś tam podpisuje umowę, ktoś daje jakiś zastaw. Jak ktoś tam działa bez jakiejś zgody, to rozstrzygają to między sobą, a nie martwi się tym kredytodawca. Jakoś nie słyszałem, żeby bank stracił, bo np. żona nie dostała pieczątki od męża. Czy to jakiś wyniki tego, że Kościół, to niejako instytucja-obce państwo?

Uczeń czarnoksiężnika (2010)

Przyznam w prost, ten film mnie rozczarował. Oczekiwałem bezmyślnej, przereklamowanej papki, a zobaczyłem… No cóż, dobry film rozrywkowy. Ładne efekty i wartka akcja. Fabuła jest bardzo schematyczna, ale akceptowanie.

Być może te moje oczekiwania sprawiły, że bawiłem się tak dobrze. Pokrótce przedstawiając historię: początku jesteśmy raczeni streszczeniem żywota jednego z uczniów Merlina – Balthazara Blake’a (gra go Nicolas Cage). Po śmierci swojego mentora poszukuje on jego następcy, jednocześnie zwalczając popleczników głównej nemezis – Morgany. Pokonanych oponentów więzi w kolejnych warstwach matrioszki. A ponieważ się nie starzeje, akcja rozgrywa się współcześnie.

I tak oto przypadkiem trafia do niego Dave Stutler. Ale Balthazar nie wierzy w zbiegi okoliczności, chłopiec jest tym którego szuka. Niestety sprawy się gmatwają, tak więc czarownikowi przyjdzie poczekać kolejne 10 lat, nim już dorosłego Dave’a (Jay Baruchel) będzie mógł szkolić na maga. No i trzeba będzie uratować świat. A co jeszcze ważniejsze: zdobyć serce tej jedynej.

I tu zaczyna się właściwa fabuła oraz praktycznie nie przerwany potok wydarzeń, którzy nie pozwala widzowi stwierdzić z przekonaniem – ależ to dziecinne. Nie mniej jednak coś tam się mocniej wyróżnia, choćby to, że trochę niepotrzebnie, moim zdaniem, twórcy starali się naukowo wytłumaczyć magię, zresztą dość nieudolnie. W dodatku posłużyli się mitem jakby ludzie używali tylko iluś tam procent swojego mózgu.

Ciekawostką jest gościnny występ kilku gwiazd, takich jak np. Alice Krige, czy Monica Bellucci. Znalazło się też miejsce na nawiązanie do wcześniejszej, animowanej produkcji o tym samym tytule.

Ogólnie rzecz biorąc, to film, jaki można raz obejrzeć, o ile wie się, z czym ma się do czynienia. Dzieciakom się spodoba się, bo jest dużo efektów specjalnych. No i coś mi się widzi, planują kolejne części.

Linki

Dobry, zły i zakręcony (2008)

Korea w pierwszej połowie XX wieku. Mimo obecności samochodów czy motorów, wciąż popularne są konie. Bandyci napadają na pociągi sunące przez równiny, a tu i ówdzie ciągną odziały okupacyjnej armii japońskiej lub koreańskiej wyzwoleńczej. Krótko: Ji-woon Kim mierzy się z słynnym dziełem Sergio Leone.

Choć aluzji do pierwowzoru jest kilka, to związek tych dwóch produkcji jest dość luźny. Można by raczej pisać tu o parodii. Mamy zatem Dobrego, który poluje na tą samą mapę, prowadzącą do skarbu, co i Zły (taki koleś o prezencji emo). Panowie mieli ze sobą na pieńku zdecydowanie wcześniej. Niestety ów cenny dokument przypada trzeciemu, zupełnie przez wszystkich niespodziewanemu Zakręconemu, który w zasadzie sam nie jest świadomy, co wpadło mu do rąk.

Osobiście polecam omawiany tytuł. Należy jednak obejrzeć go z przymrużeniem oka, zwłaszcza pod koniec, gdzie ujawniają się pewne powiązania pomiędzy bohaterami. Dużo ładnie zrealizowanych strzelanin, w dodatku w dość egzotycznej otoczce (nieczęsto chyba ogląda się koreańskie westerny). Na jeden nie zbyt poważny wieczór.

Linki

Halo: Combat Evolved

Sporo szumu zrobiło się, swego czasu, dookoła najnowszej produkcji z “Halo” w tytule. Chodzi tu oczywiście o “Halo: Reach”, które podobno święciło triumfy na rynku konsol X-Box. Ikoną tej serii jest niejaki Master Chief. Miałem okazję widzieć tę jego dzianą w zielony pancerz postać już wiele razy i słuchać o nim dużo dobrego (np. Halo nights z … no właśnie – skąd?). Postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego uniwersum. Na pierwszy ogień poszło “Halo: Combat Evolved”, od którego podobno wszystko się zaczęło.

Współczesne nam gry, ze wspominanej serii, to raczej produkcje wydawane tylko i wyłącznie na jedyną słuszną platformę. Dziwnym trafem wydawaną przez przez tą samą firmę co i omawiany tytuł (choć może dzisiaj sprawa ta jest nieco bardziej zawikłana). Spuśćmy zasłonę milczenia na stojące za tym powody. Na początku swojego istnienia konsola (jeszcze jej pierwsza wersja) Microsoftu nie miała na tyle silnej pozycji na rynku by wydawać gry tylko na nią, tak więc, po roku od premiery “Halo: Combat Evolved” pojawiała się i jej wersja na stare poczciwe PC. Tą właśnie wziąłem na warsztat. Tak z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że ma już jakieś 8 lat.

Fabuła

Leci sobie statek kosmiczny i nagle wpada na zasadzkę Covenantu. Coventant (w polskiej wersji nazywanego również Przymierzem) to potężny sojusz kilku obcych ras, pod wodzą tzw Proroków, który kierując się pobudkami religijnymi wziął sobie za cel zniszczenie ludzkości. Na pokład “Pillar of Autumn” wdzierają się wrogie odziały szturmowe i nie ma możliwości ucieczki. Kapitan rozkazuje obudzić naszego protagonistę, który słodko sobie drzemał w kapsule kriogenicznej. Master Chief, bo o nim oczywiście mowa, ma za zadanie ochraniać konstrukt SI o imieniu Cortana. Posiada ona całą ludzką wiedzę, w tym i położenie naszej rodzimej planety – Ziemi. Nie może wpaść w ręce wroga (najwyraźniej nie może też zostać zniszczona…). Niemniej jednak, tak oto ląduje nam ona na (w) głowie.

Do całego zdarzenia doszło przy wielkim pierścieniu – sztucznym tworze, który widać bardzo wiele znaczy dla naszych milusińskich z pozaziemskiego kółka religijnego. Według fabuły o tym, że jest to tytułowe Halo, dowiadujemy się dopiero później, ale uważny widz, zauważy, że na mostku, podczas rozpoczęcia widnieje etykietka o takiej treści. Nie zdradzając nic dalej, napiszę tylko, że w miarę postępów fabuły dowiadujemy się o tej strukturze coraz więcej i stanie się ona potem (również w kolejnych częściach) coraz ważniejszą.

Ogólnie rzecz biorąc fabuła jest bardzo prosta i zawiera parę dziur, ale kto by tam na to zwracał uwagę w czasie rozgrywki.

Mów mi Master, Master Chief

Kierowana przez nas postać, John 117, jest cyborgiem, super – żołnierzem, który ani na chwilę nie rozstaje się ze swoim pancerzem wspomaganym. Nie zobaczymy więc jego twarzy (o ile się orientuję, to jedna z cech charakterystycznych serii). Nieco inaczej niż Gordon Freeman, którego fizjonomię znamy, ale nie słyszymy głosu (John od czasu do czasu się odzywa). Pancerz oprócz wzmocnienia siły, chroni kruche zdrowie naszego wojaka przez samoregenerującą tarczę – o ile dożyjemy do momentu kiedy się odnowi. Takich jak Master Chief nazywa się również Spartanami, od nazwy programu, dzięki któremu powstawali – SPARTAN II.

Gra

Cóż dalej pisać, wykonujemy szereg misji zleconych nam przez naszą podopieczną. Schemat jest ten sam: czyścimy dany teren z sił przeciwnika. Czasem też walczymy z posiłkami, ale na końcu przechodzimy dalej, czyścimy, dalej itd. Brzmi nudno, ale na początku jeszcze się tego nie odczuwa. Twórcy się starali i dobierali inne kombinacje obcych w różnych terenach przy różnorodnych dekoracjach – niestety potem wyraźnie sobie odpuścili. Biegamy wtedy po bliźniaczo podobnych lokacjach wieńcząc żywot kolejnych, podobnych do siebie grup przeciwników. A jeszcze później, żeby było jeszcze śmieszniej, wracamy tą samą drogą przebijając się przez nowe zastępy wrogów. Jest nawet jeden szczególny poziom (z litości nie podam nazwy), w którym ewidentnie już nikomu nie chciało się wprowadzić choćby odrobiny innowacji – poziom jest długi a jego korytarze do znudzenia identyczne.

“Halo” było też chyba jedną z pierwszych gier umożliwiających zespołowe wykorzystanie niektórych z pojazdów. Tzn, jeden z graczy prowadzi, a inny stoi na działku. Co ciekawe czołgami można kierować i używać ich uzbrojenia samemu. Sztuczna inteligencja sojuszników (czasem na planszy pojawią się żołnierze) stara się nas wspierać, przez dosiadanie się i zajmowanie ważnych stanowisk, ale nasi towarzysze nie zasiądą za kierownicą.

Nie przypominam sobie żadnej innej wcześniejszej produkcji, w której można było zdzielić przeciwnika trzymaną właśnie pukawką. Uderzenie to, jeśli zaatakujemy od tyłu może nawet zabić od razu.

Ostatnią kwestią jaką chciałem poruszyć w tym paragrafie jest poziom trudności. Nawet grając na poziomie normalnym nie miałem łatwego zadania, wpływa na to chyba pierwotna platforma gry oraz jej wiek (tak, czas na narzekania, że za tamtych czasów nie robiono gier tak prostych). A o co chodzi mi z tą konsolą?

Bo to jest gra na konsole!

Pierwszym, co rzuca się po chwili gry jest system checkpointów. Gra zapisuje nasz postęp automatycznie wtedy kiedy uzna to za stosowne. Zwykle po dotarciu do pewnego punktu na mapie, lub wybicia grupki przeciwników. Nie możemy decydować kiedy to nastąpi i być może nie raz przyjdzie nam tego żałować, ale można przyjąć to za urok gry. Osobiście kojarzę to rozwiązanie z konsolami właśnie, choć może nawet nieuzasadnienie.

Drugim ciekawym wynikiem pierwotnej dedykacji platformowej jest ograniczenie posiadanego oręża. Nasz bohater, który potrafi jedną ręką odwrócić pojazd może mieć przy sobie tylko dwie różne bronie. Niezależnie od ich wielkości, czy to wyrzutnia rakiet czy pistolet, zawsze tylko dwie. Podejrzewam, że to wynik obecności tylko jednego klawisza na zmianę aktualnej. Ma to jednak również swój urok na dłuższą metę – zmusza gracza do roztropnego doboru oręża, czasem też do używania tego, którego normalnie nie chcielibyśmy (inna sprawa, że praktycznie każda pukawka ma swoje konkretne zastosowanie).

O takich drobnostkach jak układ menu, czy sterowanie ograniczone do kilku klawiszy nie będę nawet wspominał. Zresztą dzisiaj wcale to aż tak nie dziwi.

Prezencja

Wszystko co nie ludzkie, jest kolorowe. No, wszystko może i nie, ale mamy co najmniej trzy kolory strzałów z broni Covenantu, a same ich jednostki też nie są czarno-białe. Każda z ras ma swój odrębny kolor krwi (i żadna czerwona). Ludzie to głównie czerń czy militarystyczna zieleń. Starcia wyglądają dość pociesznie, kiedy przyjdzie nam obserwować ludzkich żołnierzy unikających barwnych kulek. Gra jest stara i jej grafika, choć poprawna, jest nieco kanciasta, ale przynajmniej można poszaleć i ustawić sobie wszystkie bajery na maksimum.

Muzyka jest świetna, to jeden z silnych punktów tej produkcji. Jeśli chodzi o dobór głosów postaci – nie mam nic do zarzucenia.

Podsumowanie

Jak wypada pierwsza odsłona serii gier Halo? Uwzględniwszy wiek trzyma się nieźle. Czy jednak jest to wielki hit, o jakim tyle słyszałem? Najlepsza gra pierwszej generacji X-Box? To ostatnie pewnie jest prawdą, ale z tego prostego powodu, że nie było wtedy aż tyle tytułów na tę platformę. Uważam omawianą grę za mocno średnią, ale wartą zagrania. Ja bawiłem się dobrze i podobno działa na X-Box 360.

Luźne ciekawostki

  • Każdy poziom można powtórzyć na dowolnym stopniu trudności
  • Po ukończeniu ostatniego poziomu na najwyższym stopniu trudności (Legendary) zakończenie ma dodatkową scenkę.
  • Shotgun w “Halo” działa świetnie nawet na spore odległości
  • Nie możemy podnosić wszystkich broni zostawionych przez obcych
  • Słyszałem pogłoski, jakby miano wydać remake tego tytułu

Linki

Zakazana planeta (1956)

Klasyk. Czy aby na pewno? Motywacja do tworzenia filmów z gatunku SF zawsze jest, jak podejrzewam, ta sama, tylko czasy się zmieniają. Czy więc “Zakazana planeta” zasługuje na to zaszczytne miano, czy dostała go jedynie za wysługę lat?

Rok 2280. Misja specjalna krążownika C-57-D należącego do Zjednoczonych Planet w układzie planetarnym gwiazdy Altair. Nawet z hipernapędem podróż w jedną stronę zajmuje około roku. Powód misji: dwadzieścia lat temu wylądował tutaj statek Belerephon i słuch po nim zaginął. Na pokładzie była grupa obiecujących naukowców.

Jak się okazuje na miejscu, na planecie obecnie żyją tylko dwie osoby: doktor Edward Morbius, filolog i jego córka. W dodatku uczony wcale nie zamierza się nigdzie ruszać. Zorganizował sobie na powierzchni mały prywatny raj, ostrzega też załogę przed grożącą im śmiercią. Nie wyjaśnia jednak wielu ważnych kwestii; co na prawdę stało się z jego kolegami? Czemu on ma się dobrze? Jak humanista z wykształcenia na odludziu skonstruował własnego robota – Robbiego?

Trzeba przyznać, że obraz, jak na swoje lata trzyma się całkiem nieźle. W owych czasach był jedną z pierwszych superprodukcji SF. Efekty specjalnie czy dekoracje zostały ładnie wykonane (bardzo podobne, ale już nie tak dobre zastosowane zostały w “Star Trek: TOS”). Oczywiście łatwo można się domyśleć, gdzie oglądamy statyczne rysunki, a gdzie makiety, ale czy jakoś bardzo różni się od dzisiejszego wszechobecnego renderingu?

Warto zwrócić uwagę na parę szczegółów. Po pierwsze załoga krążownika to wyłącznie mężczyźni – wojskowi. Niewiele różnią się od amerykańskich żołnierzy – młodych chłopców wyrwanych z farm, czy małych miasteczek i wysłanych na Pacyfik, ze starych filmów wojennych nakręconych przez USA. Są też dość religijni, choć ogranicza się to jedynie do słownych deklaracji. Ich statek ma kształt spodka, niczym z doniesień o UFO.

W rolę kapitana wcielił się Leslie Nielsen, był wtedy dużo młodszy. Sporej kariery doczekał się też Robby the Robot, postać drugoplanowa, ale ciekawa (ma niezłe teksty). Wystąpił później w kilku innych filmach.

Można wyszukać kilka ciekawostek odnośnie samej produkcji. Sama fabuła podobno wzoruje się na “Burzy” Williama Szekspira (dzieło mi nie znane). Czytałem również, że istniała wersja specjalnie dla chłopców, pozbawiona tych nudnych scen z całowaniem i przytulaniem, a wzbogacona o dodatkowe kadry z udziałem Robbiego.

Dziś, jest to pozycja głównie dla miłośników historii postrzegania przyszłości, jednak mimo wszystko polecam. A wracając na krótko do pytania ze wstępu, to uważam, że tak. Czy chcemy czy nie, czy była to produkcja ukierunkowana na przyciąganie wytwórni pieniędzy z kieszonkowego widzów, czy coś więcej, pozostawiła ślad w kulturze. A wciąż można się czasem natknąć na kilka odniesień do “Zakazanej planety”.

Linki

Krwawy diament (2006)

Omawiany tytuł wydaje się dobrą pozycją dla swojej połówki, kiedy nie ma się ochoty na kupno jej biżuterii wysadzanej diamentami. Zwłaszcza jak rzeczona nie ogranicza się jedynie do skrytych marzeń o jej posiadaniu. Terapia, można by powiedzieć, szokowa.

Czy jest więc “Krwawy diament”? To około dwugodzinny dramat, który gęsto przeplatają strzelaniny. Opowiada on historię Solomona Vandiego, rybaka ze Sri Lanki (grany przez Djimon Hounsou). Solomon zostaje rozdzielony od swojej rodziny, a los splata go z Danniem Archerem (Leonardo DiCaprio), byłym żołnierzem, najemnikiem, a obecnie szmuglerem diamentów. Towarzystwa dotrzymuje im też dziennikarka Maddy Bowen (Jennifer Connelly). Każde z nich szuka czegoś innego w tym ogarniętym chaosem konfliktu kraju.

Podsumowując: akcja, nieco polityki na wysokim szczeblu a także i w wersji mocno lokalnej, sprawiedliwość społeczna, wizja okropieństwa wojny i afrykańskie plenery. Jest happy end na końcu, ogląda się całkiem dobrze, nawet znajdzie się miejsce na chwilę zadumy. Na pewno nie jest to stratą czasu.

Linki