Zakazana planeta (1956)

Klasyk. Czy aby na pewno? Motywacja do tworzenia filmów z gatunku SF zawsze jest, jak podejrzewam, ta sama, tylko czasy się zmieniają. Czy więc “Zakazana planeta” zasługuje na to zaszczytne miano, czy dostała go jedynie za wysługę lat?

Rok 2280. Misja specjalna krążownika C-57-D należącego do Zjednoczonych Planet w układzie planetarnym gwiazdy Altair. Nawet z hipernapędem podróż w jedną stronę zajmuje około roku. Powód misji: dwadzieścia lat temu wylądował tutaj statek Belerephon i słuch po nim zaginął. Na pokładzie była grupa obiecujących naukowców.

Jak się okazuje na miejscu, na planecie obecnie żyją tylko dwie osoby: doktor Edward Morbius, filolog i jego córka. W dodatku uczony wcale nie zamierza się nigdzie ruszać. Zorganizował sobie na powierzchni mały prywatny raj, ostrzega też załogę przed grożącą im śmiercią. Nie wyjaśnia jednak wielu ważnych kwestii; co na prawdę stało się z jego kolegami? Czemu on ma się dobrze? Jak humanista z wykształcenia na odludziu skonstruował własnego robota – Robbiego?

Trzeba przyznać, że obraz, jak na swoje lata trzyma się całkiem nieźle. W owych czasach był jedną z pierwszych superprodukcji SF. Efekty specjalnie czy dekoracje zostały ładnie wykonane (bardzo podobne, ale już nie tak dobre zastosowane zostały w “Star Trek: TOS”). Oczywiście łatwo można się domyśleć, gdzie oglądamy statyczne rysunki, a gdzie makiety, ale czy jakoś bardzo różni się od dzisiejszego wszechobecnego renderingu?

Warto zwrócić uwagę na parę szczegółów. Po pierwsze załoga krążownika to wyłącznie mężczyźni – wojskowi. Niewiele różnią się od amerykańskich żołnierzy – młodych chłopców wyrwanych z farm, czy małych miasteczek i wysłanych na Pacyfik, ze starych filmów wojennych nakręconych przez USA. Są też dość religijni, choć ogranicza się to jedynie do słownych deklaracji. Ich statek ma kształt spodka, niczym z doniesień o UFO.

W rolę kapitana wcielił się Leslie Nielsen, był wtedy dużo młodszy. Sporej kariery doczekał się też Robby the Robot, postać drugoplanowa, ale ciekawa (ma niezłe teksty). Wystąpił później w kilku innych filmach.

Można wyszukać kilka ciekawostek odnośnie samej produkcji. Sama fabuła podobno wzoruje się na “Burzy” Williama Szekspira (dzieło mi nie znane). Czytałem również, że istniała wersja specjalnie dla chłopców, pozbawiona tych nudnych scen z całowaniem i przytulaniem, a wzbogacona o dodatkowe kadry z udziałem Robbiego.

Dziś, jest to pozycja głównie dla miłośników historii postrzegania przyszłości, jednak mimo wszystko polecam. A wracając na krótko do pytania ze wstępu, to uważam, że tak. Czy chcemy czy nie, czy była to produkcja ukierunkowana na przyciąganie wytwórni pieniędzy z kieszonkowego widzów, czy coś więcej, pozostawiła ślad w kulturze. A wciąż można się czasem natknąć na kilka odniesień do “Zakazanej planety”.

Linki