Halo: Combat Evolved

Sporo szumu zrobiło się, swego czasu, dookoła najnowszej produkcji z “Halo” w tytule. Chodzi tu oczywiście o “Halo: Reach”, które podobno święciło triumfy na rynku konsol X-Box. Ikoną tej serii jest niejaki Master Chief. Miałem okazję widzieć tę jego dzianą w zielony pancerz postać już wiele razy i słuchać o nim dużo dobrego (np. Halo nights z … no właśnie – skąd?). Postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego uniwersum. Na pierwszy ogień poszło “Halo: Combat Evolved”, od którego podobno wszystko się zaczęło.

Współczesne nam gry, ze wspominanej serii, to raczej produkcje wydawane tylko i wyłącznie na jedyną słuszną platformę. Dziwnym trafem wydawaną przez przez tą samą firmę co i omawiany tytuł (choć może dzisiaj sprawa ta jest nieco bardziej zawikłana). Spuśćmy zasłonę milczenia na stojące za tym powody. Na początku swojego istnienia konsola (jeszcze jej pierwsza wersja) Microsoftu nie miała na tyle silnej pozycji na rynku by wydawać gry tylko na nią, tak więc, po roku od premiery “Halo: Combat Evolved” pojawiała się i jej wersja na stare poczciwe PC. Tą właśnie wziąłem na warsztat. Tak z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że ma już jakieś 8 lat.

Fabuła

Leci sobie statek kosmiczny i nagle wpada na zasadzkę Covenantu. Coventant (w polskiej wersji nazywanego również Przymierzem) to potężny sojusz kilku obcych ras, pod wodzą tzw Proroków, który kierując się pobudkami religijnymi wziął sobie za cel zniszczenie ludzkości. Na pokład “Pillar of Autumn” wdzierają się wrogie odziały szturmowe i nie ma możliwości ucieczki. Kapitan rozkazuje obudzić naszego protagonistę, który słodko sobie drzemał w kapsule kriogenicznej. Master Chief, bo o nim oczywiście mowa, ma za zadanie ochraniać konstrukt SI o imieniu Cortana. Posiada ona całą ludzką wiedzę, w tym i położenie naszej rodzimej planety – Ziemi. Nie może wpaść w ręce wroga (najwyraźniej nie może też zostać zniszczona…). Niemniej jednak, tak oto ląduje nam ona na (w) głowie.

Do całego zdarzenia doszło przy wielkim pierścieniu – sztucznym tworze, który widać bardzo wiele znaczy dla naszych milusińskich z pozaziemskiego kółka religijnego. Według fabuły o tym, że jest to tytułowe Halo, dowiadujemy się dopiero później, ale uważny widz, zauważy, że na mostku, podczas rozpoczęcia widnieje etykietka o takiej treści. Nie zdradzając nic dalej, napiszę tylko, że w miarę postępów fabuły dowiadujemy się o tej strukturze coraz więcej i stanie się ona potem (również w kolejnych częściach) coraz ważniejszą.

Ogólnie rzecz biorąc fabuła jest bardzo prosta i zawiera parę dziur, ale kto by tam na to zwracał uwagę w czasie rozgrywki.

Mów mi Master, Master Chief

Kierowana przez nas postać, John 117, jest cyborgiem, super – żołnierzem, który ani na chwilę nie rozstaje się ze swoim pancerzem wspomaganym. Nie zobaczymy więc jego twarzy (o ile się orientuję, to jedna z cech charakterystycznych serii). Nieco inaczej niż Gordon Freeman, którego fizjonomię znamy, ale nie słyszymy głosu (John od czasu do czasu się odzywa). Pancerz oprócz wzmocnienia siły, chroni kruche zdrowie naszego wojaka przez samoregenerującą tarczę – o ile dożyjemy do momentu kiedy się odnowi. Takich jak Master Chief nazywa się również Spartanami, od nazwy programu, dzięki któremu powstawali – SPARTAN II.

Gra

Cóż dalej pisać, wykonujemy szereg misji zleconych nam przez naszą podopieczną. Schemat jest ten sam: czyścimy dany teren z sił przeciwnika. Czasem też walczymy z posiłkami, ale na końcu przechodzimy dalej, czyścimy, dalej itd. Brzmi nudno, ale na początku jeszcze się tego nie odczuwa. Twórcy się starali i dobierali inne kombinacje obcych w różnych terenach przy różnorodnych dekoracjach – niestety potem wyraźnie sobie odpuścili. Biegamy wtedy po bliźniaczo podobnych lokacjach wieńcząc żywot kolejnych, podobnych do siebie grup przeciwników. A jeszcze później, żeby było jeszcze śmieszniej, wracamy tą samą drogą przebijając się przez nowe zastępy wrogów. Jest nawet jeden szczególny poziom (z litości nie podam nazwy), w którym ewidentnie już nikomu nie chciało się wprowadzić choćby odrobiny innowacji – poziom jest długi a jego korytarze do znudzenia identyczne.

“Halo” było też chyba jedną z pierwszych gier umożliwiających zespołowe wykorzystanie niektórych z pojazdów. Tzn, jeden z graczy prowadzi, a inny stoi na działku. Co ciekawe czołgami można kierować i używać ich uzbrojenia samemu. Sztuczna inteligencja sojuszników (czasem na planszy pojawią się żołnierze) stara się nas wspierać, przez dosiadanie się i zajmowanie ważnych stanowisk, ale nasi towarzysze nie zasiądą za kierownicą.

Nie przypominam sobie żadnej innej wcześniejszej produkcji, w której można było zdzielić przeciwnika trzymaną właśnie pukawką. Uderzenie to, jeśli zaatakujemy od tyłu może nawet zabić od razu.

Ostatnią kwestią jaką chciałem poruszyć w tym paragrafie jest poziom trudności. Nawet grając na poziomie normalnym nie miałem łatwego zadania, wpływa na to chyba pierwotna platforma gry oraz jej wiek (tak, czas na narzekania, że za tamtych czasów nie robiono gier tak prostych). A o co chodzi mi z tą konsolą?

Bo to jest gra na konsole!

Pierwszym, co rzuca się po chwili gry jest system checkpointów. Gra zapisuje nasz postęp automatycznie wtedy kiedy uzna to za stosowne. Zwykle po dotarciu do pewnego punktu na mapie, lub wybicia grupki przeciwników. Nie możemy decydować kiedy to nastąpi i być może nie raz przyjdzie nam tego żałować, ale można przyjąć to za urok gry. Osobiście kojarzę to rozwiązanie z konsolami właśnie, choć może nawet nieuzasadnienie.

Drugim ciekawym wynikiem pierwotnej dedykacji platformowej jest ograniczenie posiadanego oręża. Nasz bohater, który potrafi jedną ręką odwrócić pojazd może mieć przy sobie tylko dwie różne bronie. Niezależnie od ich wielkości, czy to wyrzutnia rakiet czy pistolet, zawsze tylko dwie. Podejrzewam, że to wynik obecności tylko jednego klawisza na zmianę aktualnej. Ma to jednak również swój urok na dłuższą metę – zmusza gracza do roztropnego doboru oręża, czasem też do używania tego, którego normalnie nie chcielibyśmy (inna sprawa, że praktycznie każda pukawka ma swoje konkretne zastosowanie).

O takich drobnostkach jak układ menu, czy sterowanie ograniczone do kilku klawiszy nie będę nawet wspominał. Zresztą dzisiaj wcale to aż tak nie dziwi.

Prezencja

Wszystko co nie ludzkie, jest kolorowe. No, wszystko może i nie, ale mamy co najmniej trzy kolory strzałów z broni Covenantu, a same ich jednostki też nie są czarno-białe. Każda z ras ma swój odrębny kolor krwi (i żadna czerwona). Ludzie to głównie czerń czy militarystyczna zieleń. Starcia wyglądają dość pociesznie, kiedy przyjdzie nam obserwować ludzkich żołnierzy unikających barwnych kulek. Gra jest stara i jej grafika, choć poprawna, jest nieco kanciasta, ale przynajmniej można poszaleć i ustawić sobie wszystkie bajery na maksimum.

Muzyka jest świetna, to jeden z silnych punktów tej produkcji. Jeśli chodzi o dobór głosów postaci – nie mam nic do zarzucenia.

Podsumowanie

Jak wypada pierwsza odsłona serii gier Halo? Uwzględniwszy wiek trzyma się nieźle. Czy jednak jest to wielki hit, o jakim tyle słyszałem? Najlepsza gra pierwszej generacji X-Box? To ostatnie pewnie jest prawdą, ale z tego prostego powodu, że nie było wtedy aż tyle tytułów na tę platformę. Uważam omawianą grę za mocno średnią, ale wartą zagrania. Ja bawiłem się dobrze i podobno działa na X-Box 360.

Luźne ciekawostki

  • Każdy poziom można powtórzyć na dowolnym stopniu trudności
  • Po ukończeniu ostatniego poziomu na najwyższym stopniu trudności (Legendary) zakończenie ma dodatkową scenkę.
  • Shotgun w “Halo” działa świetnie nawet na spore odległości
  • Nie możemy podnosić wszystkich broni zostawionych przez obcych
  • Słyszałem pogłoski, jakby miano wydać remake tego tytułu

Linki