Przez 24 godziny (sezon 1)

Serial w czasie rzeczywistym. Brzmi całkiem dumnie, ale jak na ironię, to główne hasło reklamowe nieco odwraca się przeciwko niemu. Ale po kolei.

Poznajcie szefa CTU (jednostki USA do zwalczania terrorystów) Jacka Bauera. Jest on skuteczny, ale jednocześnie słynie z tego, że jest gotowy lecieć na bakier z regulaminem czy prawem. A w trosce o dobro obywateli CTU na dostęp do wielu istotnych danych dotyczących tychże. Jednak dość lekką ręką, np. dla potrzeb prywatnych, rozdają ów dostęp temu kto ładnie poprosi (głównie Bauerowi). Muszę przyznać wprost, że nie podoba mi się taka kowbojska postawa, zarówno głównego bohatera jak i jego ekipy.

O co w ogóle chodzi? W przeddzień prawyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych ujawnia się informacja o zamachu planowanych na faworyta tychże – Davida Palmera czarnoskórego polityka. Serial powstał przed wyborem Obamy, tak więc fakt też jest parokrotnie podkreślany (bo to historyczny kandydat). Pierwszy odcinek rozpoczyna się o północy, kolejny o pierwszej, itd… w sumie 24 odcinki, aż do następnej północy. W praktyce mamy sporo krótkich przerwy na reklamy, tak więc odcinek trwa około 40 minut.

Ponieważ jeden wątek fabuły nie byłby zbyt ciekawy (w mniej pasjonujących momentach), mamy równolegle rozgrywane: losy córki i żony Bauera, a także pewną tajemnicę rodziny senatora Palmera. Większość owych i tak kończy się w okolicach połowy sezonu i rozpoczynają się nowe wątki. Jakoś wtedy człowiekowi z trudem przychodzi uświadomienie sobie faktu, że to przecież wciąż ta sama doba.

Do wad serialu należą: sztampowe postacie, wrażenie jakby każdy z każdym w biurze CTU spał, kilka klasycznych (czytaj przewidywalnych) zwrotów akcji, zbytnie zagmatwanie fabuły – ci cali terroryści wydają się być istnymi masochistami, zamiast coś zwyczajnie zrobić, kombinują ile wlezie na około. Stąd też być może czasami wyświetlany zegar raczej skłaniał mnie do refleksji ile jeszcze do końca odcinka?. Ale: ogląda się nieźle. Poszczególne epizody są wprawnie oddzielone w ciekawszych momentach i od czasu do czasu trafi się jakaś perełka. Zupełnie jednak nie pojmuję, jak można było z tego wycisnąć aż osiem sezonów?

Linki

Mass Effect – luźne uwagi

Tak bardzo pojechałem po opisywanej przeze mnie grze z tytułu, że w sumie zapomniałem, co pierwotnie chciałem napisać. Dlatego teraz, przytoczę tych kilka rzeczy na które zwróciłem uwagę w ratowania galaktyki.

Pierwszą sprawą o jakiej chciałem napisać, to oryginalny i zaskakujący sposób jak amerykanie widzieli w Mass Effect przyszłość kosmonautki. Problemem jest tutaj fakt, iż BioWare to jednak studio kanadyjskie, trochę więc mój argument stracił na znaczeniu. Ale pomińmy. Jeśli ktoś zaglądał do załączonego do gry leksykonu, na historię Ziemi, dowie się, że pierwszą bazę na Marsie założyła – uwaga – Europejska Agencja Kosmiczna. Bardzo pragmatyczny jest również powód dla jakiego istnieje Przymierze: samodzielna kolonizacja obcych światów jest za droga dla jakiegokolwiek państwa.

Drugą sprawa to podejście do kwestii Plutona. Ta była planeta, jako jedyna została odkryta przez Amerykańskiego astronoma. Stąd też mieszkańcy USA darzą ją niezwykłymi uczuciami. Część z nich do dziś kwestionuje uchwałę Zgromadzenia Ogólnego Międzynarodowej Unii Astronomicznej w Pradze roku 2006. Zostało to nawet dość zabawnie zaprezentowane w serialu “True Blood”. W Gromadzie Lokalnej, którą możemy odwiedzić w grze, aby pojeździć po Księżycu, Pluton znajduje się na swojej nowej płaszczyźnie ruchu. Owa postała po rozmrożeniu Charona, który okazał się być zamarzniętym przekaźnikiem masy. Podziwiałem więc tutaj zgrabny sposób jakim posłużyli się twórcy, aby nadać znaczenie lekko zapomnianemu obiektowi (i nie musieć implementować obsługi jego prawdziwej lokalizacji), do czasu kiedy sprawdziłem lokalizację siedziby BioWare.

Jak już wspomniałem o tym Księżycu, mamy tam do pokonania zbuntowaną wirtualną inteligencję (to swoją drogą też ciekawe zagadnienie: rozróżnienie SI i WI). Możemy tam też natrafić na wrak sondy Łuna 23, jeśli do niego zajrzymy znajdziemy trochę najnowszej XXIII wiecznej technologii. Wspomnieć o Księżycu trzeba również dlatego, iż to tutaj dowiadujemy się, jak słabo zostały odwzorowane warunki panujące na obcych planetach (czy ich satelitach). Maco skacze za nisko (czytaj: zawsze jest ta samo grawitacja), nie zostawia śladów i z jakichś powodów słyszymy wiatr. Na każdym innym obcym świecie, nie mając porównania, nie zwraca się na to uwagi.

Dziwnym trafem, w całej Drodze Mlecznej, jaką przyjdzie nam zwiedzić, nie zobaczymy obcych kobiet, z jedynym tylko wyjątkiem: Tali (tak, Quarianki z naszej ekipy – swoją drogą, to jedyna przedstawicielka tej rasy). Asari nie liczmy, bo ten gatunek nie ma płci. Nie ma też modeli dzieci. Niechcenie twórców, brak zapotrzebowania, czy jakiś strach przez prawniczymi reperkusjami (patrz przypadek Fallout 2)?

Na koniec polecam zajrzenie od czasu do czasu do Leksykonu, nawet jeśli potem w toku gry część z jego zawartości okaże się nieadekwatna. Tak można się dowiedzieć np. co znaczy to “N7” na pancerzu Shepard (-a). Równie ciekawą lekturą może być Mass Effect Wiki, które dostarcza mnóstwa ciekawostek, czy wyjaśnień, skąd twórcy zaczerpnęli ten i ów pomysł.

Mass Effect

Przemieliwszy Dragon Age, wziąłem się za “Mass Effect”. Nie chcę się silić na jakieś szumne wstępy. Omawiana gra ta ma już kilka lat, jest też starsza niż wspomniana Era smoka. Mnie to jakoś ominęło, ale sądząc po echach, machina marketingowa nie szczędziła pochwał i obietnic. A jak tytuł ten wypadł w starciu z rzeczywistością? Na podstawie wersji na PC, wydanej około roku po premierze na konsolach.

Platynowa kolekcja

Zacznijmy od zawartości pudełka. Oprócz wydrukowanej instrukcji i poradnika, mamy tam w sumie 3 płyty DVD. Z czego 2 zawierają pliki gry. Na trzeciej znajdziemy dodatek i trochę materiałów promocyjnych CD-Projektu (dystrybutor i lokalizator). Do tego jeszcze kod promocyjny do sklepu internetowego polskiego wydawcy jak i kilka pocztówek w nieco niestandardowym (może w Polsce) formacie. A i jeszcze klawiszologia na osobnym kartoniku.

Przyjrzymy się poradnikowi. Powstał w oparciu o wersję konsolową (X-Box) i zasadniczo to nie przeszkadza, ale trzeba mieć na względzie iż kombinacje z niektórych zadań są losowe na PC. Choć merytorycznie jest poprawny i w miarę dokładny, to niestety chyba nikt nie przejrzał go po napisaniu. Zamienione miejscami mapki, czy zdublowana treść tabelki z osiągnięciami nie są czymś bardzo trudnym do wyłapania.

Fabuła

Przejdźmy zatem do fabuły. A zacznijmy od tytułu. Efekt masy to nazwa podstawowej technologii, na jakiej opierają się wszystkie galaktyczne cywilizacje. Wykorzystywana nie tylko w silnikach, w broni, czy w tarczach (polach siłowych jeśli ktoś woli) ale stanowi też postawę biotyki – takie coś na kształt Mocy. Całość fabuły wydaje mi się inspirowana nieco serialem “Babilon V“. Podobnie jak tam i tutaj mamy jedną centralną stację, w której tych kilka (nie kilkaset, czy kilka tysięcy, jak np. w Star Treku, czy Gwiezdnych Wojnach) ras stara się jakoś dojść do porozumienia, poprzez tzw. Radę. Na Radę składają się przedstawiciel Asarii, Turian i Salarian. Reszta rozumnych gatunków (w tym i ludzie) ma jedynie swoje ambasady reprezentujące ich interesy. Ziemia w XXIII wieku wciąż jest podzielona na państwa, ale poza planetą reprezentuje je “Przymierze” – organizacja głównie wojskowa.

Ludzkość oczywiście chce aby w Radzie zasiadł jej przedstawiciel. Dobrym krokiem do tego, ma być pierwszy człowiek Widmo – Shepard, nasz protagonista. Niestety sytuacja mocno się skomplikowała i co tu wiele pisać, cała galaktyka ma mocno przewalone. Na szczęście do akcji wkraczamy my – czyli gracz.

Gra

Bohaterem, lub bohaterką jest komandor Shepard. Choć na materiałach promocyjnych przedstawiany jest zawsze ten sam mężczyzna, możemy wybrać płeć i wygląd naszego podopiecznego (-nej). Także imię, ale nie ma ono znaczenia, nie jest nigdzie w grze używane. Wybieramy też klasę naszej postaci. W zasadzie są trzy: wojak, technik i biotyk. Reszta to ich kombinacje. Łatwo się domyśleć, że wojak stawia na obeznanie z bronią każdego rodzaju, biotyk na popisywanie się swoją magią, a technik na różnego rodzaju hacking czy techniczne zabawki.

Gra reklamowana jest jako miks cRPG i strzelanki z systemem chowania się za osłonami. W praktyce niestety jest to słaby role-play, toporny TPS, a automatyczna możliwość chowania się bardziej przeszkadza, kiedy już się obeznamy z grą. Rozwijać możemy jedynie umiejętności naszej drużyny. Żadnych innych tabelek. Jeśli chodzi o strzelanie, to nie ma znaczenia w co trafimy przeciwnika, efekt będzie ten sam, nie ma więc sensu silić się na celowanie w głowę. SI nie jest zbyt wymagająca, stąd też niektóre walki to masówki. Główna postać jako jedyna ma dostęp do granatnika (podejrzewam, że nie udało się zaimplementować sensownego jego używania przez członków drużyny).

Podczas rozmów posługujemy się tzw. kółkiem rozmów. Wybieramy tam coś na kształt opisu intencji naszej odpowiedzi, ale przyznam, że nie raz dziwił mnie uzyskany efekt. Ogólnie, trzeba przeczytać wszystkie propozycje i wtedy mniej więcej ma się pojęcie co może się kryć za poszczególnymi frazami. Warto tez pamiętać, że na górze zwykle znajduje się wypowiedzi Idealisty, a na dole Renegata. O co w tym chodzi? To Mass Effectowy system karmy. W zależności od tego jak często używamy uroku, czy groźby możemy czynić to coraz skuteczniej, trzeba też pamiętać o rozwoju adekwatnej umiejętności. Co ciekawe, to dwa różne współczynniki, a nie jeden, jak to zwykle w grach bywa.

Nasza wypadowa drużyna składa się z Shepard(a) i dwojga pomocników. Możemy wydawać mi rozkazy podczas aktywnej pauzy posługując się pojawiającym się wówczas ekranem taktycznym. Ogólnie rzecz biorąc są nieporadni, ale kiedy dostaną wysokie poziomy i dobry ekwipunek rozwalają wszystko sami bez naszej pomocy. Mass Effect nie należy do gier trudnych, trzeba tylko przebrnąć początek, trochę przyzwyczaić się.

Polonizacja

Każdy wypowiedź została nagrana, a u nas przetłumaczona. Jak to bywa, największym problemem języka polskiego jest rozróżnienie między rodzajami. Trochę przekornie więc zacząłem grę kobietą, aby móc wyłapywać wszystkie potknięcia programu. O dziwo częściej to moja postać myliła formy w czasie dialogów, niż jej rozmówcy. Zdarzyło się też np. wyświetlenie neutralnego płciowo tekstu, podczas gdy lektor dodał “pana”, zwracając się do żeńskiej bohaterki. Muszę też nadmienić, że pod koniec, zwłaszcza, jak zagramy jako Renegat (-ka), jest mnóstwo błędów. Najwymowniejszy to użycie słowa jedziemy, gdzie jak podejrzewam, w oryginale było run, a nikt nie sprawdził w jakim kontekście ono pada. Choć może to akurat wina jakiegoś recyklingu wypowiedzi.

Misje główne

Misje główne, to bez wątpienia najlepsza część gry. Postarano się. Rozgrywają się na różniących się od siebie planetach. Każdą w miarę przemyślano i postarano się, aby nie były to misje typu idziemy i rozwalamy wszystko co popadnie. Nawet główne walki jakoś urozmaicono. Każda z nich pcha fabułę do przodu, jak również sprawiają, że sklepikarze odświeżają swoje towary. Tak samo nasi towarzysze odblokowują swoje dialogi. Często też dane będzie nam podjąć ważną decyzję w czasie owej. Te poważne wybory przechodzą zwykle praktycznie bez żadnego echa.

Misje poboczne

Są dwojakiego rodzaju, część to takie zadania przynieś, wynieś, pozamiataj, jakie dostajemy podczas pobytu na ważnych lokacjach, gdzie możemy sobie porozmawiać. Inne to misje na obcych planetach. Teoretycznie nie musimy ich realizować, ale gra je nam z upodobaniem wpycha kiedy tylko może. Realizując jeden z takich przydziałów, zdobywamy naszą specjalizację. Nieco dziwny sposób rozwoju postaci.

Niestety owe obce planety to w zasadzie wszystko jedno i to samo. Różnią się jedynie teksturami i pofałdowaniem terenu. Niekiedy wygląda to bardzo ładnie, ale po krótkim czasie zaczyna to wszystko zwyczajnie wiać nudą. Jeszcze gorzej ma się sprawa z różnego rodzaju bunkrami, budynkami, kopalniami, statkami czy stacjami kosmicznym jakie przyjdzie nam odwiedzić. Wszystkie one zostały zrealizowane za pomocą kilku map. Niezależnie więc jak daleko nie lecimy po galaktyce, możecie być pewni, że jaskinie będą i tak wyglądać tak samo. Można co najwyżej zmienić się układ śmieci w środku.

Również same misje nie różnią się od siebie wiele. Głownie polegają na rozwaleniu wszystkiego co się rusza. Czasem okazyjnie można z kimś pogadać.

I inne niedopracowania

Odnoszę wrażenie, że ta gierka powstała jako test. Twórcy mieli jakaś koncepcję, zlepek z wielu różnych innych produkcji, którą chcieli najszybciej wydać. Nie dopracowano jednak zbyt wielu szczegółów by uszło to uwadze gracza, który postanowił zrobić coś więcej niż tylko jak najszybsze ukończenie gry. To wszytko ujawnia się jednak dopiero później, kiedy zauważamy, że do końca jeszcze trochę, a mamy maksymalną ilość pieniędzy, czy omniżelu, albo, że porządkowanie automatycznie podnoszonych przedmiotów po każdej potyczce to katorga.

Natrafimy na wiele błędów. A posiadacze niektórych kart graficznych na jeszcze więcej, w tym i takich, które uniemożliwią im granie. Ja nie mogłem zagrać w załączony dodatek. Podobno przyczyną jest właśnie polska wersja językowa. Nie sprawdzałem, nie wydaje mi się. Ale jeśli to prawda, to nie dość, ze producent się nie popisał, to jeszcze dystrybutor dorzucił coś od siebie do tego nie najlepszego obrazka.

Podsumowanie

Mass Effect to gra słaba. Miejscami dość nudna. Niedostatecznie przetestowana. Fabuła jest dość filmowa, czasami jednak lekko przesadzona. Mimo wszystko jednak grę polecam. Może nie doradzam, żeby od razu biec do sklepu, ale jeśli kiedyś będziecie mieć okazję, by zagrać za niewielkie pieniądze, skorzystajcie. Np. jak będą ją rozdawać za darmo. Bo coś jest w tej produkcji. Coś, co mimo tych wszystkich wad skłaniało mnie by zagrać dalej. By zagrać po raz kolejny, by próbować zdobywać te nieprzemyślane osiągnięcia (tak nawiasem, każde z nich, daje nagrodę do rozgrywki). Obecnie świat oczekuje na część trzecią. Ja z radością sięgnę po część kolejną. Zobaczymy czy coś się zmieni.

Linki

Dziś jest koniec świata

Dowiedziałem się o tym wczoraj, zupełnie przypadkiem, a przecież sam jakiś czas temu o tym pisałem. To dziś. Dziś ma być początek Dni Kary i Pomsty poprzedzające nadejście Królestwa Bożego. Uwolniony zostanie Szatan, by omamić narody z czterech narożników Ziemi… i tak dalej. Wróżby Family Radio po raz kolejny.

Z tej okazji sięgnąłem w końcu po ulotkę jaką dostałem na krótko, przed tamtą notką. Trochę większa niż A4 kartka, którą zatytułowano “Koniec Świata już prawie nadszedł! Święty Bóg sprowadzi Dzień Sądu 21 maja 2011 roku”. Chwytliwie można by powiedzieć.

Z tego gęsto przeplecionego cytatami, tekstu dowiadujemy się, że Biblia został napisana przez Boga i nigdy nie była modyfikowana. Sam Bóg to stwórca świata, każdej najmniejszej nawet roślinki, który chcąc nie chcą musi nam świat zakończyć, bo kiedyś tak obiecał, a słowa swojego złamać nie może. Winni jesteśmy sobie sami, bo grzeszymy za dużo. Ale, prorocy zostaną powiadomieni o tym wcześniej.

Gdzieś pod koniec można znaleźć informację, jak została wyliczona dzisiejsza data: na podstawie opisu incydentu z Arką Noego z dodatkową informacją, że dla Pana jeden dzień jest jak tysiąc lat i tysiąc lat jest jak jeden dzień. Trochę to wszystko upraszając, Bóg zapowiedział Noemu potop za 7 dni, a że Potop jest datowany na rok 4990 p.n.e., to trzeba do tej daty dodać 7000 lat i wyjdzie nam rok Apokalipsy (2011, plus dla wielebnego Harolda Campinga za uwzględnienie braku roku zerowego). To doskonały przykład, że religii w pewnych formach robi ludziom z mózgów wodę.

A może nie? Nie udało mi się ustalić, co z tej rozsiewanej paniki zyskuje organizacja (sekta, Kościół, czy coś) Family Radio. W zaprezentowanym dzisiaj artykule na portalu gazeta.pl “W sobotę koniec świata! Co to będzie?!“, wspomniano o wyjątkowych przedmiotach jakie miały zagwarantować przeżycie, czy tam zbawienie podczas innych końców świata. Tutaj jednak o niczym takim nie ma mowy. Czyżby wpływy z reklam na antenie, lub wolne datki wysłane hierarchom?

Tak czy siak, nie ma się co martwić. Ludzie grzeszą od wieków, dzisiaj wcale nie jest gorzej (może jedynie tylko przez to, że ludzi jest więcej). Biblia wcale nie jest taka natchniona, wystarczy zapoznać się z jej historią, a Bóg nie bawił by się w tak śmieszne zagadki słowne. To oczywiście argumenty dla tych, którym nie wystarczy zdroworozsądkowe “to przecież bzdury”. I na koniec jeszcze jeden cytat z Narrenturmu:

(…)Ach co wam będę tłumaczył, i tak nie pojmiecie. Koniec świata nastąpi w lipcu. Dokładniej, szóstego lipca, in octava Apostolorum Petri et Pauli. W piątek. W południe.
– Roku?
– Obecnego, świętego. Tysiąc czterysta dwudziestego piątego.
– Taak – potarł brodę Szarlej. – jest widzicie jeden szkopuł…
– Jaki niby?
– Mamy wrzesień
– To żaden dowód.
– I jest po południu.
Circulus wzruszył ramionami, po czym odwrócił głowę i demonstracyjnie zagrzebał się w słomę.
– Wiedziałem – prychnął – że nie ma co gadać z nieukami. Żegnam.

Słowo na niedzielę #8

Jakiś czas temu uczestniczyłem w dyskusji, dość luźno traktującej o religii i życiu publicznym. Dodam, że chodziło o nasze podwórko – Polskę. Jeden z uczestników przyznał, że on nie rozumie ludzi, którzy oczekują, iż wyzbycie się zabobonu, rozumianego jako mocnych wpływów Kościoła Katolickiego, spowoduje skok cywilizacyjny kraju. W pierwszej chwili przyznałem mu rację. Owszem nie stalibyśmy się kolejną Japonią, czy innym dobrze kojarzonym przez co poniektórych państwem. Później jednak przypomniałem sobie o dziedzinie, która niestety bardzo cierpi przez ingerencję w nią religii.

Chodzi mi tu o edukację. Ogólnie można by to rozszerzyć do całej Nauki, ale już od dość dawna rola Kościoła w jej, sprowadza się do akceptowalnej formy stania z boku i komentowania. Na plus papiestwu można policzyć np. przeprosiny za Galileusza. Wracając do wspomnianego pojęcia, na szczęście nie chodzi o cały jego przejaw. Obecnie żaden szanujący się biskup nie zażąda aby wykreślić z podręczników słowa “ewolucja”, czy dodawać jakieś śmieszne adnotacje. Choć dopiero Jan Paweł II przyznał, że teoria Darwina jest w porządku, czyli jakiś wiek po uznaniu przez świat nauki. Biologia wydaje się być bezpieczna (no… ostatnio aktualny papież znowu zdaje się wracać do mantry to tylko teoria). Podobnie geografia, czy astronomia, miejsca płaskiej Ziemi z Jerozolimą w centrum, czy ruchu Słońca, znajdują się w podręcznikach historii. Co mnie więc niepokoi?

Nie, chodzi mi tutaj o lekcje religii. Ja wiem, że w zależności od opłacanego przez państwo katechety, to może być wolna godzina, zachęcenie kilkulatków do malowania tortur, czy głoszenie haseł z programów Radia Maryja. Te lekcje są niby przeznaczonej jedynie dla tych którzy, chcą na nie uczęszczać. Mają więc dzieci owych rodziców prawo do tych wszystkich atrakcji. Ja mam na myśli jeszcze coś innego.

Mianowicie: Kościół Rzymskokatolicki ostro lobbuje przeciwko tzw. “edukacji seksualnej”. W zmian jednak proponuje ogólnopaństwowe nauczanie oficjalnej wykładnie tejże instytucji, wymagającej od swoich pracowników celibatu. I to jest właśnie, to (edukacja seksualna, nie celibat) co ma szanse na nagłą i doraźną poprawę, kiedy tylko wpływy pewnej religii zostaną zmarginalizowane.

Dlaczego tak uważam? Bo choć podobno jest to zadaniem rodziców, to i tak oni spychają ten obowiązek na szkoły. Przykłady innych krajów (np. Holandii) wyraźnie wskazują pozytywne strony rzetelnego kształcenia w zakresie ludzkiej seksualności. O wiele mniejszą liczbę nastoletnich ciąż, aborcji czy zakażeń chorobami wenerycznymi. I stąd właśnie uważam, że należy skończyć; z czytaniem Biblii, czy przekonywaniem, że od masturbacji się ślepnie, na lekcjach “wychowania do życia w rodzinie”.

A na dodatek: znieśmy paragraf 196

Podesłany mi artykuł: “Za krzyż z puszek od Lecha pod sąd“, przypomniał mi, że wciąż w Polsce, z urzędu są karane zbronie przeciwko religii. I to tej jednej konkretnej, bo jakoś nie znam przypadku, kiedy opłacana z pieniędzy wszystkich podatników policja, nie proszona, przez prawie rok, z takich poświęceniem, ściga przestępcę występującego przeciwko innemu wyznaniu.

Halo Legends (2010)

Jak wspominałem poprzednio, chciałem dowiedzieć się czegoś o uniwersum Halo. Ponieważ coś tam obiło mi się o uszy o filmie nakręconym na podstawie serii, zacząłem grzebać. Wspomniana produkcja okazała się jedynie krótkometrażową zabawą kilku fanów, dość zabawną zresztą. Znalazłem też omawiany tytuł.

Ogólnie rzecz biorąc, jest to zbiór siedmiu animacji, z których każda została zrealizowana inną techniką, przez inne, acz japońskie, studio. Skojarzenia z Animatriksem są jak najbardziej prawidłowe. Niestety choć plan był niezły, coś tu chyba nie wyszło.

Podobnie jak w przywołanych produkcjach na cześć dzieła braci Wachowskich, także i tutaj mamy dokładnie dwie części poświęcone na ogólne omówienie historii świata gry. Od czasów, kiedy galaktyką rządzili Prekursorzy (ang. Forerunners) do końcówki “Halo 3” (przynajmniej z tego co się orientuję). W obu narratorem jest Cortana. Wyjaśnia czemu powstały Halo i co działo się potem. Niewiele mówi o początkach zmagań Przymierza (ang. Convenant) z ludźmi, czy o programie SPARTAN. To akurat było by pewnie bardziej ciekawe, niż powtórka z pierwszej części gry, ale też nie ma co narzekać.

Trzecią opowieścią jest “Pojedynek” (ang. “The Duel”). Stylizowany na samurajską opowieść z planety Elity, dziwnym trafem również mającą swój odpowiednik z, zresztą, domyślacie się czego. Główny bohater, Arbiter, ma kryzys wiary. Niestety w teokratycznym społeczeństwie oznacza to kłopoty. Tytułowy pojedynek jest właśnie ich kwintesencją. W mojej skromnej opinii, to najlepsza część z omawianego zbioru.

Inną wyszczególniającą się historią jest “Odd One Out” (nie podejmę się tłumaczenia tej nazwy), która jest swoistą parodią Halo. Silnie inspirowana starymi azjatyckimi kreskówkami a`la “Dragon Ball”. Jak dla mnie średniak, trochę zabawnie, trochę głupawo. Ale najgorzej wykonany jest chyba “Powrót do domu” (ang. “Homecoming”), z obrzydliwymi animacjami wystrzałów z broni palnej. Sama historia, losów dwójki uczestników programu SPARTAN, nawet się jako tako broni.

Jest jeszcze jedno podobieństwo do Animatriksa: obecność animacji 3D. Tutejszym odpowiednikiem “Ostatniego lotu Ozyrysa” jest “Paczka” (ang. “The package”), w której występuje sam Master Chief. Niestety choć ładnie zrealizowana, to mocno fabuła kuleje. Każdy fan Halo szybko też wychwyci szereg błędów, takich jak niezróżnicowana krew obcych (każda jest zielona!), nieprzegrzewające się bronie, nadzwyczajna niewytrzymałość przeciwników na ostrzał.

Podsumowując: kilka niezłych filmików otoczonych przez te słabo wykonane. Zapożyczenia i muzyka z serii wypadają nieźle. Adresatami tych produkcji mogą być jedynie fani Halo, inni zwyczajnie większości nie zrozumieją. To wielka szkoda, że autorzy, chcą wycisnąć dodatkowe pieniądze z graczy, nie postarali się bardziej.

Linki

Anastazja (1997)

Coś mnie podkusiło, by taki stary koń jak ja, nadrobił braki w animacjach. To zdecydowanie był błąd, bo nie dość, że jest to film kiepski, to jeszcze kłamliwy.

No grubo brzmi to określenie (przypomnę: kłamliwy). Po prostu nie podoba mi się przerobienie w baśń prawdziwej historii, w dodatku dość niedawnej. Fabuła opowiada nam losy carskiej rodziny, a będąc ścisłym, tytułowej bohaterki, na krótko przed tym, jak obywatele sforsowali bramy Pałacu Zimowego. Owi komuniści, według twórców tego dzieła, to efekt działania magii niejakiego Rasputina (tak, tego). Ów zaprzedał duszę diabłu, właściwie tylko po to by zgubić rodzinę Mikołaja I. Scenarzysta nie pokusił się o pokazanie co stało się z większością jej członków. Wiadomo jedynie, że Anastazja rozdzieliła się od reszty, a jej babcia zamieszkała w Paryżu.

Tutaj następuje dziesięcioletnia przerwa w akcji. Anastazja opuszcza sierociniec, gdzie pozbawiona pamięci, pod imieniem Ania, mieszkała do tej pory. Los splata ją z Dymitrem i Vladem, parą oszustów, którym marzy się odebranie nagrody za odnalezienie Wielkiej Księżnej (oficjalny tytuł naszej bohaterki). Zamierzają oczywiście posłużyć się dziewczyną, nawet nie podejrzewając, że jest prawdziwą.

Pojawienie się Anastazji w zabitym dechami pałacu, kojarzącym mi się z scenografią “Doktora Żywago”, budzi również do nieżycia głównego Złego – osławionego Rasputina, który za pomocą stada zielonych widmowych nietoperzy, stara się za wszelką cenę pozbawić życia nieświadomą carewiczównę. W wyniku: podróż do Paryża obfituje w liczne przygody. A animozje pary młodych bohaterów rzecz jasna coraz bardziej ich do siebie zbliżają.

Innymi słowy fabuła nie zaskakuje. W dodatku całość jest mocno infantylna. Wszyscy dobrzy bohaterowie są ładni, źli nie. Urzędnicy nowego systemu są chamscy i mają ubytki w uzębieniu. No i te wszystkie historyczne przekłamania, których nawet nie chce mi się wymieniać. Nie wiem czemu mieszać dzieciakom w głowach? Historia obalenia monarchii w Rosji nie była przecież sprawą miłą. Nie było to też dziełem jednego człowieka, który machał fosforyzującym lampionem.

Podsumowując: nie warto. Nie jest to obraz szczególnie ładny, porywający, zaskakujący, czy interesujący. Piosenki też raczej średnie (to musical), no może z paroma wyjątkami. Mnie na przykład prześladuje: “In The Dark Of The Night”.

Linki