Słowo na niedzielę #8

Jakiś czas temu uczestniczyłem w dyskusji, dość luźno traktującej o religii i życiu publicznym. Dodam, że chodziło o nasze podwórko – Polskę. Jeden z uczestników przyznał, że on nie rozumie ludzi, którzy oczekują, iż wyzbycie się zabobonu, rozumianego jako mocnych wpływów Kościoła Katolickiego, spowoduje skok cywilizacyjny kraju. W pierwszej chwili przyznałem mu rację. Owszem nie stalibyśmy się kolejną Japonią, czy innym dobrze kojarzonym przez co poniektórych państwem. Później jednak przypomniałem sobie o dziedzinie, która niestety bardzo cierpi przez ingerencję w nią religii.

Chodzi mi tu o edukację. Ogólnie można by to rozszerzyć do całej Nauki, ale już od dość dawna rola Kościoła w jej, sprowadza się do akceptowalnej formy stania z boku i komentowania. Na plus papiestwu można policzyć np. przeprosiny za Galileusza. Wracając do wspomnianego pojęcia, na szczęście nie chodzi o cały jego przejaw. Obecnie żaden szanujący się biskup nie zażąda aby wykreślić z podręczników słowa “ewolucja”, czy dodawać jakieś śmieszne adnotacje. Choć dopiero Jan Paweł II przyznał, że teoria Darwina jest w porządku, czyli jakiś wiek po uznaniu przez świat nauki. Biologia wydaje się być bezpieczna (no… ostatnio aktualny papież znowu zdaje się wracać do mantry to tylko teoria). Podobnie geografia, czy astronomia, miejsca płaskiej Ziemi z Jerozolimą w centrum, czy ruchu Słońca, znajdują się w podręcznikach historii. Co mnie więc niepokoi?

Nie, chodzi mi tutaj o lekcje religii. Ja wiem, że w zależności od opłacanego przez państwo katechety, to może być wolna godzina, zachęcenie kilkulatków do malowania tortur, czy głoszenie haseł z programów Radia Maryja. Te lekcje są niby przeznaczonej jedynie dla tych którzy, chcą na nie uczęszczać. Mają więc dzieci owych rodziców prawo do tych wszystkich atrakcji. Ja mam na myśli jeszcze coś innego.

Mianowicie: Kościół Rzymskokatolicki ostro lobbuje przeciwko tzw. “edukacji seksualnej”. W zmian jednak proponuje ogólnopaństwowe nauczanie oficjalnej wykładnie tejże instytucji, wymagającej od swoich pracowników celibatu. I to jest właśnie, to (edukacja seksualna, nie celibat) co ma szanse na nagłą i doraźną poprawę, kiedy tylko wpływy pewnej religii zostaną zmarginalizowane.

Dlaczego tak uważam? Bo choć podobno jest to zadaniem rodziców, to i tak oni spychają ten obowiązek na szkoły. Przykłady innych krajów (np. Holandii) wyraźnie wskazują pozytywne strony rzetelnego kształcenia w zakresie ludzkiej seksualności. O wiele mniejszą liczbę nastoletnich ciąż, aborcji czy zakażeń chorobami wenerycznymi. I stąd właśnie uważam, że należy skończyć; z czytaniem Biblii, czy przekonywaniem, że od masturbacji się ślepnie, na lekcjach “wychowania do życia w rodzinie”.

A na dodatek: znieśmy paragraf 196

Podesłany mi artykuł: “Za krzyż z puszek od Lecha pod sąd“, przypomniał mi, że wciąż w Polsce, z urzędu są karane zbronie przeciwko religii. I to tej jednej konkretnej, bo jakoś nie znam przypadku, kiedy opłacana z pieniędzy wszystkich podatników policja, nie proszona, przez prawie rok, z takich poświęceniem, ściga przestępcę występującego przeciwko innemu wyznaniu.