Jak to jest z tą Wikipedią?

Natrafiłem wczoraj na pewien artykuł. Nawet, jak się przed chwilą przekonałem, jest to artykuł z działu “Technologie”. Brzmi ambitnie. A tytuł rzeczonego to “I śmieszno, i straszno – wikipedyczne wpadki, oszustwa i żarty“.

Przypadki ogólnie mi znane, ale po raz kolejny przychodzi mi załamać ręce nad ludzką głupotą. I nie chodzi mi tu wcale o wikipedystów, a część ludzi, którzy z Wikipedii korzystają. A właściwie korzystać nie potrafią.

Bo widzicie, drodzy dziennikarze pomstujący na jakoś artykułów w wiki, i wy którzy dodajecie “pl.wikipedia.org” do bibliografii w swoich prezentacjach maturalnych, pracach licencjackich, czy nawet magisterskich: Wikipedia wcale nie jest wiarygodnym źródłem. I sama się do tego przyznaje (patrz O Wikipedii). Autorzy tego projektu są zupełnie świadomi jego wad i starają się je zminimalizować. Coraz bardziej skuteczniej, trzeba przyznać (pewnie nigdy nie uda się uzyskać perfekcji, ale i tak jest lepiej niż kilka znanych mi redakcji).

Podstawowa reguła kiedy zmierzacie się na jakimś artykule oprzeć, to potrzeba zadania sobie trudu zerknięcia na źródła (ta złota zasada obowiązuje nie tylko na Wikipedii). Podkreślmy to słowo źródła. Nie jest jest ani łatwe, ani przyjemne, ale w przypadku profesjonalistów powinno to być podstawą. Na omawianej, jeśli poczujemy potrzebę, możemy nawet dokładnie prześledzić kiedy i kto dokonywał zmian na danej stronie. I to właśnie dlatego, że każdy może ją edytować.

Wracają do wymienionych w artykule zdarzeń, odnoszę wrażenia, że winną części nie była omawiana encyklopedia, ale sami dziennikarze, którzy w pogoni za niusem, wcale nie martwili się o jego wiarygodność. Proszę więc aby nie zrzucali oni odpowiedzialności za swoje błędy (partactwo, jeśli mówić dosadniej), w swojej płatnej pracy, na efekt starań sporej grupy hobbistów, wśród których znajdzie się jakaś czarna owca, albo idiota.

I jeszcze inny ciekawy problem, który ktoś kiedyś sprowadził do porównania długości artykułu o mieczu świetlnym i prasie drukarskiej. Jeśli pan jesteś taki obeznany w historii poligrafii, to proszę własnoręcznie wzbogacić artykuł, a nie smęcić na to, że ktoś lepiej znał się na gadżetach z filmu.

Uprzedzając domysły: nie jestem wikipedystą. Nie też płacę na wsparcie Wikipedii. Choć przyznać trzeba, że jakbym kiedyś poczuł się zbyt bogaty, to ma ona wysoką pozycję na mojej liście “do wsparcia”. Po prostu cenię sobie możliwość szybkiego sprawdzenia jakiegoś nazwiska, nazwy własnej, zjawiska itp… Nie, Google wcale mi nie wystarcza.

Gra o tron – sezon 1 odcinek 1

Nasłuchałem się opowieści, jaki to świetny serial, więc postanowiłem spróbować. Obejrzałem pierwszy odcinek. Tak się też ciekawie złożyło, że widziałem wcześniej jeden z późniejszych.

Rozpoczyna się takim akcentem niemal z horroru (z elementami fantasy, bez szczegółów, by nie spoilerować), ale później przez resztę filmu mamy raczej do czynienia z opowieścią o rodzinie Stark, która włada krainą Winterfell, położoną przy tzw. “Murze”.

Poznajemy relacje pomiędzy poszczególnymi osobami, ich motywacje, trochę historii. Oczywiście całości nie wypełnia prowincjonalna sielanka. Eddard z rodu Stark dostaje propozycję zostania namiestnikiem królewskim. Z królem łączy go przyjaźń jak również uczestnictwo w wojnie z poprzednim władcą. Zaś ostatni potomek tegoż, wygnany daleko za morze, wydaje swoją siostrę za przywódcę potężnego acz barbarzyńskiego plemienia. Chłopak o słomianych włosach liczy na to, że z armią swojego szwagra odzyska utraconą koronę.

Podsumowując: ładne intro, ze świetnym pomysłem, niezła muzyka do niego. Ciut krwi, trochę nagości. Ale co do ogółu, to jakoś nie skręcało mnie z zachwytu. Cóż, to dopiero początek, zobaczymy co napiszę, po zapoznaniu się z całym pierwszym sezonem.

Wiedźmin

Niedawno pojawiła się kolejna część omawianego tytułu. Ja jednak należałem do tej części społeczeństwa, która nie mogła zagrać w jedynkę, bo miała za słaby sprzęt. Tak więc mój egzemplarz “Wiedźmina” leżał sobie na półeczce czekając na swój czas. I w końcu się doczekał.

Pudełko

Oj, ile to CD Projekt się narobił nad tą grą, ileż obiecywał, pokazywał itd… Ponoć dwa lata przerabiano silnik z “Never Winter Nights”, zatrudniono masę artystów (np. Bagińskiego do intra) i ogólnie wrzucono do tego projektu masę kasy. Oczekiwania więc po obu stronach barykady były olbrzymie: gracze chcieli znakomitej gry, lub chociaż niesprofanowania książek Andrzeja Sapkowskiego, a twórcy sporej sprzedaży.

Mnie wpadała w ręce tzw. “edycja rozszerzona”, która podobno poprawiła masę błędów jak również wprowadziła kilka innowacji. A dodatkowo dorzucono kilka osobnych przygód. Nie grałem w niezmodyfikowaną wersję. W wydaniu “Platynowej kolekcji” można też znaleźć drukowaną instrukcję jak i poradnik (solucję).

Fabuła

Fabuła “Wiedźmina” toczy się pięć lat po pięcioksięgu. Półżywy Geralt z Rivi pojawia się niedaleko Kaer Morhen i nic nie pamięta. Motyw z amnezją to chyba najprostsze zagranie przeznaczone dla tych którzy nie czytali oryginalnych powieści (np. dla graczy zza granicy), lecz złośliwie można też dodać, że to zapobiega pytaniu głównego bohatera o to ciągłe déjà vu. Ale tu trochę wyprzedzam. Krótko po tym jak Geralt doszedł do siebie, wiedźmini zostają zaatakowani i okradzeni. I właśnie pościg za złodziejami pakuje naszego protagonistę np. do nawiedzanej przez Bestię wsi, zainspirowanej Lovecraftem społeczności czcicieli Wodnych Panów, czy pomiędzy konflikt Wiewiórek i Zakonu Płonącej Róży.

Grafika

Pierwsze wrażenie jest jak najbardziej pozytywne. Wszystko jest ładne, ciekawie zaprojektowane, dobrze poprowadzone. Kiedy jednak dłużej zagramy, dostrzegamy problemy z wyświetlaniem obiektów, cieniów, tańczących brodach czy fryzurach ludzi z którymi rozmawiamy. Choć nie mam nic do zarzucenia modelom postaci, to jednak zbyt często się one powtarzają. W połączeniu z tym samym aktorem, który podkłada głos, miałem czasem wrażenie kompleksu siostry Joy.

Dla standardowych ustawień grafiki problematyczne jest też wyświetlanie się obiektów położonych daleko. W zasadzie to nie przeszkadza, chyba, że jest na bagnach, gdzie z daleka nie widać roślin, które budują nam mury okalające pewne obszary.

Prowadzenie historii

Gra podzielona została na rozdziały. Każdy z nich lekko odstaje od pozostałych, więc mam wrażenie, że odpowiadały za nie różne osoby. Ale chyba wszystkie one bezczelnie zdzierały z książek. Fragmenty dialogów, pomysły na postacie, czasem również pozbawione kontekstu. Rozumiem inspiracje (np. motyw z listem zaczynającym się od najdroższa przyjaciółko), ale to co dane nam jest doświadczyć w “Wiedźminie” to ewidentnie przesada. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że osoby dla których opisy przygód Geralta są obce, nie tylko nic nie zauważą, to jeszcze to nieświadomie docenią, lecz dla mnie, stanowiło to przejaw zwyczajnej tandety. Jednak np. rozdział czwarty wydaje się być zdecydowanie lepszy pod tym względem. Chyba, że ktoś wyjaśni mi, iż inspirowany jest opowiadaniem “Świat króla Artura. Maladie.”, którego akurat nie znam.

O oskryptowaniu

Idąc dalej szlakiem niedoróbek, proszę zwrócić uwagę na dziwnie napisane skrypty dialogów. NPCe często przerywają nam rozmowę po jakieś kwestii, zamiast wrócić do menu wyboru i trzeba zagadać postać jeszcze raz. Niby nie wiele. Często też w czasie przerywników filmowych, ni stąd ni zowąd, pojawią się dodatkowe postacie i powołują się na nieznane nam fakty – słowem w pewnych momentach historia zbyt gwałtownie przyspiesza. Raz też zdarzyło mi się uważać pewną sytuację za błąd gry, ale jak się okazało, po prostu nikt nie zadbał aby gracza o pewnych zdarzeniach poinformować.

A jeśli już wspomniałem o dialogach, to nie wiem czemu, kiedy przyjdzie nam spotkać się z Białą Raylą, wspomina się o jej kalectwie, pomimo iż jej model jest całkowicie sprawnym.

Inne błędy

Niestety dość często zamiast nowej lokacji przyszło mi oglądać tapetę na pulpicie. Na szczęście gra bez problemów po czymś takim rusza. Warto w każdym razie zapisywać często jej stan. Szkoda tylko, że nikt nie zauważył, iż program w żaden sposób nie limituje liczby plików zapisu. Sam je musiałem sobie usuwać, co zresztą odczuwalnie wpłynęło na pojawienie się menu wczytania (taka ciekawostka, wciągu przejścia całej gry zapisałem ją coś około dwóch tysięcy razy).

I prawie na koniec jeszcze jedna wada: brak wyzwania (przynajmniej na poziomie średnim). Walki z bossami kończyłem szybciej niż w ogóle zorientowałem się co działo się na ekranie. Jakoś na początku rozgrywki miałem więcej problemów (może to kwestia wprawy?). Podobnie sytuacja ma się z jedną z minigierek: walką na pięści. Najprostsza taktyka z samouczka doskonale sprawdza się nawet z rzekomo najlepszym przeciwnikiem w grze. Zupełnie już tutaj pomijam zawody w picu, gdzie jedyne co robimy to przeciąganie butelek alkoholu (no dobra, wiem, że w zasadzie i w rzeczywistości to nie jest nic skomplikowanego).

Podsumowanie

A teraz, po tym jak pozbyłem się już całej tej swojej żółci, wypada mi grę polecić. Bo gra się całkiem miło. Jasne, że nie napisałem nic na temat świetnej muzyki, systemu walki, alchemii, czy efektów sesji motion capture (są całkiem całkiem). Nic też nie wspomniałem o paru przekłamaniach treści książek (np. jakoś tak wydało mi się, że to nie Ostrit rzucił przekleństwo) pomijając fakt, że to akurat najmniejszy problem fabuły.

Nie napisałem nic również o kartach, przedstawiających akty różnych bohaterek płci niewieściej. A poniekąd jest to właśnie jeden z powodów dla których warto zagrać. Chodzi mi tu o to, że nie jest to gra zachodnia. Słowiańskie i ludowe motywy zdobnicze tu i ówdzie, potwory rodem z naszych lokalnych bajd i klechd. Albo to, że picie alkoholu jest czymś wplecionym w fabułę. Nie ma też tego dziwnego przekonania, że widok sutka jest znacznie bardziej deprawujący niż krwista animacja odrąbania głowy. Być może tak wysoko cenię tą, w sumie średnią produkcję, tylko dlatego, że jest z Polski, ale co mi tam. Liczę też, że twórcy wiele się nauczyli i “Wiedźmin 2” będzie lepszy.

Linki

Gwiezdne wojny: Część II – Atak klonów

W poprzednim tygodniu rozprawiłem się z pierwszym epizodem Gwiezdnych Wojen. Czas na kolejny – “Atak klonów”. Trzeba mi się przyznać, że o ile jakoś w miarę “Mroczne widmo” pamiętałem (głównie te jego najsłabsze momenty) to ten oglądałem praktycznie jak pierwszy raz. Fabuła tego epizodu toczy się po upływie dziesięciu lat od wydarzeń z poprzedniego.

Streszczenie fabuły

Źle się dzieje w Republice. W Senacie zapanował chaos. Tysiące układów zamierza opuścić Republikę, a na dodatek pojawił się tzw. ruch separatystów, dowodzony przez niejakiego Dooku, który przeszkadza Jedi, w utrzymaniu porządku. Była królowa Naboo – Amidala, ta sama co poprzednio – leci na Coruscant, aby wziąć udział w obradach nad projektem utworzenia Armii Republiki, która by być remedium na jej problemy. Jednak na życie pani senator ktoś nastaje. Dzięki podstępowi umiera zamiast niej jej sobowtór (miała na imię Corde).

Coruscant – planeta Senatu

Kolejna scena przedstawia krótką pogadankę rady Jedi z kanclerzem Palpatine, która streszcza to co można było wyczytać z napisów na początku. Dodatkowo Yoda musi przyznać, że Ciemna Strona mocy przesłania mu przyszłość. Do sali wchodzi komitet lojalistów, między innymi i senator Amidala. Obecni zaczynają przedyskutowywać nieudany zamach na jej osobę. W zasadzie nie wiadomo kto za tym stoi. Sama zainteresowana podejrzewa samego Dooku. Tu widz dowiaduje się, że hrabia (bo taki ma tytuł, eh, te meandry demokracji), był kiedyś Jedi i to przecież niemożliwe, by mógł zlecać takie rzeczy. W każdym razie pada propozycja (od kanclerza) przydzielenia byłej królowej ochrony, w postaci znanego jej mistrza (awansował) Kenobiego. Tak swoją drogą, wśród delegatów można zaobserwować Jar Jara, na szczęści nic nie mówi, ani też nic nie robi.

W kolejnych ujęciach widzimy Obi Wana wraz z jego padawanem: Anakinem. Chłopak nieco podrósł. Dorobił się też dziwnego warkoczyka i pomimo tylu lat nie potrafi zapomnieć o Padme. Jego nauczyciel dalej ma drętwe dowcipy. Po przywitaniu, również z Jar Jarem, Anakin nieco błaźni się przed panią senator, a następnie otwarcie kwestionuje autorytet zarówno swojego mistrza jaki i rady Jedi przez podjęcie się ustalenia tożsamości zamachowców. W pomieszczeniu zapada niezręczna cisza, a Kenobi zmuszony jest sprowadzić młodzika do pionu. Ten po wszystkim bardziej przejmuje się brakiem jakiejś żywiołowej reakcji Amidali na jego widok.

Nachodzi noc. Gdzieś w mieście, niejaka Zam raportuje nieudaną próbę zamachu. Jej rozmówca, koleś przebrany jak Bob Fett (znają go ci, którzy oglądali oryginalne filmy – tutaj jest to jednak Jango Fett), daje jej pojemnik z jakimiś robakami i nakazuje pośpiech z podjęciem kolejnej próby. Zanim to nastąpi dowiadujemy się np. że Anakina męczą sny o matce, a Kenobi ma dość sensowne poglądy odnośnie polityków, podczas gdy jego uczeń ufa zarówno w Padme, jak i Palpatina.

Z powrotem na Naboo

Żeby już nie przedłużać, po uratowaniu skóry byłej królowej, w czasie kolejnej próby ataku na jej życie. Obaj Jedi ruszają w dość efekciarski pościg. W końcu lądują w jakimś klubie, gdzie Kenobi próbuje swoich mocy na słabym umyśle dilera. Zamachowca ujęto, w czasie przesłuchiwania, kiedy miał właśnie zdradzić kto go najął, niedoszły rzeczony uśmiercił go zatrutą strzałką i odleciał na swoim jetpacku.

Rad Jedi zleca Kenobiemu wytropienie zleceniodawcy, a ochrona Padme przypada Anakinowi. Rada doradza, mu aby wrócili w tajemnicy na Naboo. W przekonaniu senator do tego planu pomaga Palpatine. W czasie prywatnej audiencji u kanclerza ten zasiewa w głowie Skywalkera ziarenka samouwielbienia, z których później przyjdzie mu zebrać plonu. Ale nie uprzedzajmy kolejnej części. W między czasie Kenobii rozmawia z mistrzami Yodą i Mace Windu o swoim uczniu, wyraża swoje obawy o los młodzieńca, ale lewitujący Yoda podtrzymuje decyzję rady o samodzielnym zadaniu dla niego. Mace Windu z kolei wspomina o tej przepowiedni, która ma rzekomo Anakina dotyczyć.

Padme przekazuje swoje obowiązki Jar Jarowi i co ciekawsze w subtelny sposób gasi jego przypływ emocji. Oboje z Anakinem zbierają się do podróży, mają między innymi więcej czasu dla siebie. Wychodzi z tego, np. to, że młody uważa się za gotowego do próby (na mistrza) oraz, że przewyższa swojego nauczyciela, którego wady mógłby długo i namiętnie wymieniać. A tym czasem Obi-Wan odwiedza swojego znajomego (Daksa), który wyjaśnia mu pochodzenie strzałki. Wskazuje na planetę klonerów: Kamino. Jak się okazuje, planeta ta została usunięta z archiwum Jedi. To mógł zrobić jedynie członek zakonu. Jednak kto to zrobił i po co? Ta scena wydaje mi się nieco niepotrzebna, bo Kenobi i tak posiadał jej lokalizację, czy na prawdę mistrz Yoda musiał mu powiedzieć o usunięciu plików? Czy chodziło raczej o pokazanie go i ćwiczących młodych adeptów?

A na Naboo Padme i Anakin gaworzą w najlepsze. Dowiadujemy się, że faktycznie tamtejsze królowe są elekcyjne (zwracam honor), Amidala została poproszona o byciem senatorem przez nową władczynię (facetów nie wybierają?), jest ona przeciwna militaryzacji Republiki, a samo Naboo niewiele zyskało z związku z udaremnieniem niecnych planów Federacji, ta zaś praktycznie nie ucierpiała. Pomijając kilka prodemokracyjnych hasełek doszło też do małej kłótni Anakina z Padme o władzę.

Kamino – planeta Klonerów

Obi-Kan leci na Kamino gdzie, ku swojemu zdziwieniu, nie tylko zostaje miło przyjęty, ale był również oczekiwany i to nawet od kilku lat (tak nawiasem, Kamino wydała mi się znajoma i faktycznie – pojawiła się w grze “The Force Unleashed 2”). Tutaj wychodzi na jaw, klonerzy hodują armię klonów dla Republiki, którą zamówił Jedi, zmarły 10 lat temu. Wiceminister myślał, że Kenobi przyleciał na inspekcję i nie przeszkadza mu jego zaskoczenie, czy pytania. Dawcą genów dla całej tej hałastry przyszłych szturmowców jest nasz znajomy łowca nagród – Jango Fett. W ramach zapłaty dostał też swojego własnego nie zmodyfikowanego w żaden sposób klona, którego nazwał Bob. Osobiście nieco mierzi mnie takie wpychanie na siłę do głównego wątku znanych bohaterów z przyszłych części.

Obi-Wam zmagał się z wiecznym deszczem na oceanicznej planecie, a Padme zaczęła współodczuwać miłość Anakina. Oszczędzając masy źle napisanych dialogów, sielskich widoczków i popisów napełnionego testosteronem młodzika, napiszę, że Padme kończy ten rozpoczynający się romans przez trzeźwe spojrzenie na sytuację obojga. Wracając na Kamino, kiedy Obi-Wan spotyka się w końcu z Jango, zaczyna mieć pewne podejrzenia. Jego raport przesłany radzie Jedi, dowodzi przede wszystkim ich (Jedi) słabości: nie tylko nic nie wiedzieli o klonach, także muszą przyznać, że Moc w nich osłabła. Kebobi podejmuje próbę schwytania łowcy nagród, w wyniku której ten ucieka, a na jego pojeździe znajduje się nadajnik, który rycerz śledzi.

Z wizytą na Tatooine

Anakin ma znowu koszmary, na tyle poważne, że decyduje się opuścić Naboo i lecieć sprawdzić co dzieje się z jego matką. Padme zaś mu towarzyszy. Na Tatooine najpierw znajdują byłego właściciela Anakina, a ten kieruje ich na farmę Owenów (tak, tych Owenów, którzy potem wychowali jego syna w kolejnych epizodach). Znajdują tam między innymi i C3-PO. Z krótkiej rozmowy wynika, że dawna pani Skywalker (obecnie Owen) została porwana przez Ludzi Pustyni. Rzecz jasna młody Jedi rusza na poszukiwania.

W między czasie Obi-Wan, cudem unikając śmierci z rąk Fetta, któremu żywo wtóruje jego syn, ląduje na Geonosis. Planeta ta jest ukrytą wielką fabryką droidów bojowych Federacji. Tak się też składa, że Kenobii podsłuchuje spotkanie hrabiego Dooku, wicekróla Federacji i kilka innych ważnych osobistości podczas ich narady. W zasadzie wiele się nie dowiedział. Tyle, że to szef Federacji Handlowej chce głowy Amidali, a do paktu Dooku dołączają kolejni potężni sojusznicy. Słowem za dobrze nie jest.

Skywalker znajduje szukany przez niego obóz, znajduje też swoją matkę, ale ta umiera w jego rękach. Kierowany wściekłością i rozpaczą wybija wszystkich w pobliżu (to nie jest pokazane, ale wspominał o tym później). Jego uczucia docierają do zmysłów samego mistrza Yody.

Obi Wan zaś, chcąc nadać raport, boryka się z problemem za słabego sygnału i za dużej odległości. Próbuje kontaktować się więc z Naboo, gdzie miałby być jego padawan. Tak właśnie odkrywa, że ów tak na prawdę znajduje się na Tatooine. Trochę późno, ale jednak jego przekaz trafia na planetę Senatu, jak i do jego ucznia, który po pogrzebie swojej rodzicielki ma czas na użalanie się nad sobą w obecności swojej ukochanej. Tu warto zaznaczyć, że deklaruje on pokonać samą śmierć. Jest to o tyle ważne, że zostanie to wykorzystane w kolejnej części, przez Palpetine’a. Wracając do sprawozdania jego nauczyciela, razem z Padme decydują się polecieć mu na pomoc (w końcówce przekazu okazuje się, że jest w sporych tarapatach), wbrew bezpośredniemu rozkazowi mistrza Wendu. Wiadomość z Geonosii sprawia też, że senatorzy rozważają pomysł przyznania kanclerzowi nadzwyczajnych uprawnień, aby mógł on powołać Armię Republiki w trybie przyspieszonym. Do zgłoszenia tego wniosku wypchnięto Jar Jara.

Przygody na Geonosis

Kenobi korzysta z chwili relaksu w więzieniu hrabiego Dooku. Sam pan tych włości, zamieszkałych przez rasę brzydkich insektoidalnych humanoidów, zdolnych do latania, zaszczycił go wizytą. Podczas rozmowy proponuje on rycerzowi przejście na swoją stronę. Ujawnia przy okazji parę ciekawych faktów, ot chociażby to, że Senatem zarządzają Sithowie. Wyjaśnia czemu Yoda i inni Jedi tego nie wyczuwają (czyli znowu argument z zasłoną Ciemniej Strony Mocy). Nawet wyjawia imię głównego złego – lorda Sidiousa i opowiada co naprawdę zdarzyło się dziesięć lat temu na Naboo. Kenobi nie wierzy, odmawia również współpracy.

W tym momencie następuje krótki przeskok akcji na Coruscant, gdzie Jar Jar przekonuje Senat do oddania władzy kanclerzowi. Ten niechętnie przyjmuje nowe obowiązki i obiecuje natychmiast je porzucić, gdy tylko kryzys minie. W swoim przemówieniu deklaruje miłość do demokracji i Republiki. Jego pierwszym rozkazem jest powołanie sił zbrojnych, młota na zagrożenie ze strony Seperatystów. Jedi (wszyscy dostępni) lecą na pomoc Obi Wanowi, zaś Yoda na Kamino, aby obejrzeć armię klonów.

Młodzieńczy zapał Anakina i Padme na nie wiele się zdaje. Zabawne, że Amidala deklaruje się rozwiązać sprawę dyplomatycznie, a jej, powiedzmy sobie, chłopak, znana swoje miejsce i nie śmie nawet się sprzeciwić. Za obojgiem rusza R2-D2 oraz wiecznie narzekający i przeciwny temu C3-PO. Jakiekolwiek negocjacje planowała była królowa Naboo, tak spaliło one na panewce, kiedy zostali zaatakowani przez rodzimych mieszkańców. Cała czwórka trafia na pasy montażowe fabryki droidów. Oszczędzając opisów walki, popisów akrobatycznych (Padme musiała grać w jakieś platformówki za młodu), czy chwil napięcia, wszyscy trafiają na wielką arenę, gdzie czeka już na nich Kenobi. Tu gdzieś mniej więcej pada chyba najgorszy dialog w całym filmie (ten z tym umieraniem po trochu), podczas którego Padme wyznaje miłość Anakinowi. Na arenie cała trójka zostaje przywiązana do wielkich słupów, a na nich napuszczone zostają jakieś trzy wielkie bestie (krzyżówka szczura i tygrysa, przeraza i dziwny nosorożec). Egzekucji przygląda się śmietanka tych złych.

Wbrew pozorom była królowa wcale nie jest taka bezradna: sama się rozkuła. Rzecz jasna cała trójka sobie w końcu poradziła. Logiczna propozycja wicekróla Federacji, aby po prostu ich zastrzelić została zignorowana. Kiedy na scenę wkroczyły pierwsze droidy, do akcji przyłączyli się też ukryci Jedi. A to spowodowało, że na arenę wmaszerowały kolejne zastępy droidów. Jedi choć walczą mężnie w końcu zostają zepchnięci do defensywy na środku. Tu trzeba też wspomnieć, że Padme, chociaż jest politykiem-pacyfistką, znakomicie strzela. W tej bitwie ginie, z ręki mistrza Windu, Jango Fett, co obserwował jego syn.

Kiedy już przegrana Jedi jest nieunikniona Dooku postanawia zapytać ich czy aby się nie poddadzą. Oczywiście otrzymał odpowiedź odmowną. Lecz zanim jego droidy zaczęły dorzynać resztę rycerzy, pojawił się Yoda wraz z posiłkami (czyli klonami). Po ewakuacji na polu bitwy pozostał tylko Bob rozpaczający nad hełmem swojego taty oraz oba ikoniczne roboty tych filmów (C3-PO miał swoje 5 minut wygłupów). Z pana sytuacji Dooku zamienia się w zbiega i choć wciąż dysponuje potężnymi siłami, jest zmuszony do ucieczki. Jedi w tym czasie gonią go wybijając wszystko na swej drodze (czyli głównie droidy). Hrabia przed ucieczką zabiera ze sobą plany Gwiazdy Śmierci.

Finał

Zanim jednak uratuje się z powierzchni planety przyjdzie mu stoczyć pojedynek z Anakinem i Kenobim. Anakin lekko pokpił sprawę, bo wyrwał się do przodu, zamiast uderzyć wespół ze swoim mistrzem. Hrabia Dook daje mi posmakować ciemnej strony Mocy, lecz kiedy obaj już leżą u jego stóp (a Anakin dodatkowo bez ręki), na salę, pomagając sobie laseczką, wchodzi Yoda. Obaj panowie mocują się na Moc, tzn, np. rzucają telepatycznie w siebie ciężkimi przedmiotami. Tutaj taka uwaga mi się nasunęła, Starkiller potrafił łapać i zgniatać statki w locie, a tutaj Yoda wyraźnie odczuwa zmęczenie z powodu paru kamyków czy większego boilera, coś ta Moc dziwnie działa. Oczywiście do szermierki mieczami świetlnymi też dochodzi. Ze sporą liczbą wszelkiej maści podskoków i innych wygibasów (tak nawiasem, wychodzi na to, że Yoda szkolił niegdyś swojego oponenta). Zły, rzecz jasna, ucieka. Leci wprost do lorda Sidoniusa. Ten zwraca się do niego lordzie Tyramusie. Obaj wyraźnie cieszą się z rozwoju wypadków, wszystko wszak dzieje się zgodnie z planem. Sithą bardzo zależało im na wojnie.

Tymczasem chociaż Jedi nie bardzo wierzą w słowa Sitha, decydują się uważnie przyglądać Senatowi. Anakin eskortuje Padme na Naboo. Yoda w swojej ostatniej kwestii deklaruje, że opadł całun ciemnej strony Mocy, początek nastał wojen klonów. Następnie widz obserwuje scenę załadunku oddziałów szturmowców, odlotu statków je transportujących i przyglądających się temu senatorów z kanclerzem na czele. Temu wszystkiemu przygrywa marsz Imperialny. A na Naboo senator Amidala i Skywalker, z nową robotyczną ręką, biorą ślub. Koniec.

Podsumowanie

Nie jest tak tragicznie jak w części poprzedniej. Głównie, zapewne przez zredukowanie pojawienia się postaci pokroju Jar Jara. Niestety dialogi są słabe. Kilka scenek zostało też nieco przesadzonych (np. ta w tej fabryce-odlewni). Można się też przyczepić do obecności takich postaci jak Fett, według mnie dodanych na siłę, bo fani je kojarzą. No i nie wspominając o brakach w logice, które nie zostały dostatecznie, o ile w ogóle, wyjaśnione (kto np. zapłacił za te klony). Film zatem w miarę znośny, jeśli wziąć pod uwagę, że to tylko Gwiezdne Wojny. To zaraz po nim wypada umiejscowić fabułę niegdyś opisywanego przeze mnie serialu Star Wars: The Clone Wars (2008-2009).

Gwiezdne wojny: Część I – Mroczne widmo

Nie jestem wielkim fanem Gwiezdnych Wojen. Piszę tutaj wyłącznie o filmach, całe to uniwersum i wszystko z nim związane pomijam. W sumie nie ma powodów, aby być ich fanem. Słaba fabuła, infantylne postacie, wymieniać mógłby długo. Niektórzy w mojej niechęci doszukują się jakiś powiązań ze Star Trekiem, ale co ma niby seria ST do SW? Całkiem niedawno uświadomiłem sobie, że choć oglądałem najnowsze epizody dzieła George Lucasa, to jednak za nic nie pamiętam o co w nich chodziło. Znam z grubsza fabułę, ale czemu coś się stało? Nie kojarzę. W dodatku naszło mnie jakieś głupie uczucie, że przysypiając na seansach, nie pozwoliłem tym obrazom się wykazać, przekonać mnie do siebie. Podjąłem decyzję, obejrzę GW na trzeźwo. I to właśnie zrobiłem.

Pozwolę sobie oszczędzić oceny “Gwiezdnych Wojen: Mrocznego widma”. Z litości. Nie co kopać leżącego. Zamieszczam jedynie jego streszczenie, by nie musieć go potem sobie przypominać raz jeszcze. A… to oznacza, że poniżej lecą same spoilery, tak więc jeśli ktoś nie oglądał (szczęściarze… no dobra, przesadzam), niech czuje się ostrzeżony.

Streszczenie fabuły

Zaczyna się od tego, że Federacja Handlowa, zwana w skrócie Federacją (ciekawe, czy to jakaś szpila do Star Treka) zorganizowała sobie blokadę planety Naboo. Czemu tak zrobiła? Nie wiadomo dokładnie, bo są chciwi i ktoś tam pokłócił się z kimś o cła. Czaru goryczy dopełnia fakt, że Senat Galaktyki to ogromna biurokratyczna instytucja, która zamiast podjąć szybkie i stanowcze kroki, grzęźnie w sporach i debatach. Niemniej jednak na Naboo, z decyzji głównego kanclerza pojawiają się dwaj Jedi jako ambasadorzy. W praktyce jak zrozumiałem, mieli wymusić na Federacji zaprzestanie tych całych wygłupów. Rycerzami owymi są Qui-Gon Jinn i jego uczeń Obi-Wan.

Głównymi siłami zbrojnymi owej Federacji są droidy. W dodatku blokada jest tylko przykrywką do poważniejszego planu: zbrojnego podboju Naboo. A za wicekrólem (dowodzi Federacją) stoi jakiś pan w kapturze – lord Sidonius. On też zaleca przyspieszenie planu najazdu i zamordowanie ambasadorów. Po dziecinnych scenach bitewnych obaj Jedi salwują się ucieczką na Naboo, gdzie trafią na Jar Jara i przypadkiem zyskują sobie jego dozgonną wdzięczność. Następnie po kaleczącej umysły (również bohaterów) rozmowie ten błazen zabiera ich do podwodnego miasta swoich pobratymców. Stamtąd cała trójka płynie do pałacu królowej Naboo, po drodze podziwiając lokalną faunę głębokomorską i prowadząc konwersację z Jar Jarem.

W między czasie Federacja aresztuje królową Amidalę. Ale krótko ją mieli, bo odbijają ją nasi dzielni rycerze. Razem z jej najbliższą świtą uciekają z planety. W czasie ucieczki postrzelony statek zmuszony jest do lądowania na Tatooine. Warto wspomnieć, że scena ucieczki z Naboo, to scena kiedy na ekranie pojawia się R2-D2. Według mnie miał po prostu najwięcej szczęścia, ale bohaterowie zgodnie przyznali mu szereg ludzkich cech takich jak poświecenie, zaradność i bohaterstwo. Od tej pory razem z Jar Jarem będzie się kręcił blisko głównych postaci. Federacja rozpoczyna poszukiwania i mamy krótką prezentację Darth Maula.

Tatooine to pustynna planeta, rządzona przez Huttów (tak, to ta duża tłusta glizda), gdzie mieszka też Anakin Skywalker wraz z matką. Qui-Gon, R2-D2, Jar Jar i Padme – jedna z służek królowej, szukają na niej części zamiennych w sklepie pewnego latającego słonika (Toydarian – to nazwa rasy). Jest on też właścicielem (panem) Anakina wraz z matką. Bohaterowie nie mają za co zapłacić handlarzowi. Nieco zbiegiem okoliczności, młody niewolnik podsuwa im rozwiązanie. Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o to, że chłopak stanie do wyścigu i jeśli wygra Jedi dostaną części zamienne. Qui-Gon dodatkowo postarał aby mały odzyskał wolność. Dlaczego? Bo zauważył, że rezolutny młodzieniec ma zadatki na niezłego Jedi (podobno predyspozycje ma większe niż sama mistrz Yoda, tłumaczone to jest przez obecność w jego komórkach jakiś małych paskudztw).

Zanim jednak dochodzi do wyścigu, widz jest raczony sceną odprawy Sithów. O ile się orientuję padły tam jedyne linijki dialogów Darth Maula. Wspomnę też o pojawieniu się C3-PO, którego Anakin własnoręcznie zbudował. Zapytana o ojca matka chłopca, zasugerowała dzieworództwo (jakaś aluzja do Chrystusa?). Co było potem: no cóż, po wygranej w wyścigu ścigaczy, nasi bohaterowie i Anakin zbierają się do odlotu. Tu właśnie nagle następuje małe salto. Bo nagle wszyscy w popłochu uciekają, a za nimi, na czymś w rodzaju motoru lewituje Maul. Nawiązuje się jego walka z Qui-Gonem ale dzielny i nieustraszony Jedi ucieka.

Nasi bohaterowie zmierzają na planetę Senetu – Coruscant. W tym czasie można się dowiedzieć np., że Naboo to demokracja (a ta królowa, to jakaś elekcyjna?), na Naboo ludzie głodują, jedyni przedstawiciele poprzedniej władzy rozpaczliwie proszą królową o odpowiedź (ale nie może ona złamać ciszy radiowej w objawie przed wykryciem), albo że mały Anakin bardzo Padme polubił. Samych Jedi bardzo zaniepokoił napotkany przeciwnik, jeszcze nawet nie podejrzewają, że mieli do czynienia z Sithem (mroczni, źli Jedi).

Coruscant to planeta pokryta jednym miastem. Na spotkanie królowej Amidali wyszedł senator Palpatine oraz sam kanclerz Valorum. Po grzecznościach itd. senator zaczyna mącić w głowie młodej obładowanej makijażem i biżuterią władczyni: rządzi biurokracja, kanclerza posądzono o korupcję… podsuwa jej myśl o wotum nieufności dla Valorum, bo to jedyna opcja na szybkie załatwienie problemu Naboo, cierpiącego pod jarzmem okupacji. W między czasie na radzie Jedi, gdzie między innymi zasiada Yoda, Qui-Gon sugeruje, że walczył z Sithem (a podobno wybito ich tysiąc lat temu), a młody chłopak z Tatooine, został spłodzony przez te małe paskudztwa z jego komórek i prawdopodobnie został zapowiedziany w jakimś proroctwie (teraz to już na pewno coś z Jezusem). Rada zgadza się na jego Próbę, ale niechętnie.

Podczas przemówienia w sprawie Naboo, królowa wymięka, kiedy okazuje się, że sprawa nie zostaje załatwiona szybko (reprezentacja Federacji zadbała o to) i decyduje się powołać się na prawo veta przeciw, w sumie przychylnemu jej, kanclerzowi. W między czasie Obi-Wan strofuje swojego mistrza, za fikanie do radnych i nie przestrzeganie kodeksu Jedi, a Anakin jest poddawany Próbie. Podczas niej dowiaduje się, że strach jest drogą do Ciemnej Strony Mocy. Jak tylko wychodzi na jaw, że Palpaine stał się silnym kandydatem na nowego kanclerza, Amidala podejmuje decyzję: wraca na Naboo, aby dowodzić powstaniem. Rada Jedi odmawia szkolenia dla zbyt starego Anakina. Zleca też Qun-Gonowi towarzyszenie królowej, w nadziei, że uda się czegoś dowiedzieć o Sithach. Wszyscy lecą więc z powrotem.

Królowa nawet ma ciekawy pomysł, potrzebuje jednak wcześniej dogadać się z Gunganami (ludem Jar Jara). Obie rasy nie darzą się specjalnie sympatią, ale kiedy Padme ujawnia całą tą hecę z symulantką (Padme jest prawdziwą królową, a jedna z jej służek-strażniczek udaje ją w pewnych sytuacjach) i pada na kolana przed wodzem Gunganów, ci ostatecznie zgadzają się pomóc. Federacja może jedynie oczekiwać na ich posunięcie. Razem z nimi czeka też Darth Maul, posłuszny holograficznej wizji swojego mistrza.

Plan królowej Amidali (Padme, jak zwał tak zwał) polega na odciągnięciu uwagi armii droidów Federacji przez armię Gunganów, zakradnięciu się do pałacu i zaaresztowania Wicekróla. W dodatku szwadron myśliwców na rozwalić wielką stację kierującą droidami. Jar Jar został mianowany generałem (litości…), a wicekról Federacji Handlowej dostał wyraźny rozkaz od Sidonisa, aby zniszczyć wszystkich powstańców.

Scena bitwy nie należy do szczególnie udanej. Jest prawdę mówiąc przygłupawa. Zresztą, pobratymcy Jar Jar jedynie stali w miejscu i rzucali do droidów niebieskimi kulkami. Sam Jar Jar oczywiście odstawił właściwe sobie cyrki. Kiedy królowa i Jedi uwolnili pilotów, Anakin stwierdził, że najlepiej będzie mu się schować w kokpicie jednego z myśliwców. Na scenę wchodzi Darth Maul (wcielający się w niego aktor najlepiej się porusza ze wszystkich władających Mocą), obaj Jedi honorowo jednocześnie podejmują z nim walkę. Maul, co tu dużo pisać, spuszcza im niezłe manto.

Ale, w między czasie Anakin zrządzeniem losu, z zerową znajomością pilotażu, uczestniczy w bitwie ze stacją dowodzenia i jako jedynemu udaje mu się wyłączyć jej generatory pola siłowego. Zanim to uczynił Gungale mocno obrywali, co nie przeszkadzało Jar Jarowi pajacować w najlepsze. Drużynie królowej udaje się porwać wicekróla. W tym samym czasie Maul rani śmiertelnie Qun-Gona i prawie zabija Obi-Wana, ale przez niedopatrzenie ginie z jego ręki.

Jak łatwo się domyśleć, następuje tak upragniony przez widza koniec. Umierający Qun-Gon uprasza swojego ucznia aby szkolił Anakina, a nowo mianowany kanclerz Palpatine obiecuje, że będzie śledził karierę chłopca. Naboo znów jest bezpieczne, a Federacja zostaje upokorzona. Rada Jedi (w osobie Yody), w końcu zgadza się aby Anakin był szkolony. Przyznaje, że Maul był Sithem, co automatycznie rodzi pytanie, gdzie jego mistrz, lub uczeń. Mieszkańcy Naboo świętują zwycięstwo, a Anakin ma nową fryzurę i szaty.

Podsumowując

W całym tym filmie podoba mi się spisek jaki wymyślił Palpatine, aby zdobyć władzę. To dobry motyw. Szkoda, że to jedyny taki normalny, niedziecinny wątek fabuły, bo o reszcie można i należy zapomnieć. Ciekawi mnie też, czy ktoś, kto kompletnie nie zna historii z późniejszych filmów, domyśli się, że lord Sidonius i Palpatine to ta sama osoba. W filmie nie jest to wprost powiedziane, jednocześnie można mieć pewne podejrzenia. Ale, to zupełnie inna historia.

W każdym razie obejrzałem uważnie całe “Mroczne Widmo” i już z czystym sercem mogę mówić, że to film słaby, ładny, kolorowy i infantylny. Kpina z fanów, którzy już wydawać by się mogło nieco podrośli.

Linki

TVP promuje satanizm

Nergal, lider grupy Behemot*, został jury w jakimś nowym programie muzycznym TVP, czy coś w ten deseń. W każdym razie coś takiego jak “Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy”* protestuje. Temu się oczywiście nie dziwię.

Dziwię się bardziej argumentacji jaką owi katolicy stosują. A i jeszcze może temu, że główny sprawca tego zamieszania w ogóle się zgodził na udział w takim przedsięwzięciu. Dotychczas wydawała mi się, że raczej stroni od popularnych środków przekazu, a zwłaszcza krajowych. Widać, cienko coś przędzie ostatnio.

Wracając do sprawy, krótkie podsumowanie argumentacji katolików: jako, że Nergal promuje satanizm, to od razu jest to zło i plugastwo. Złem jest przeciwstawianie się chrześcijaństwu i klerowi (to akurat jest najbliższe prawdy w przypadku lidera wspomnianego zespołu black metal). I rzekomo jako miałoby to być przeciw poczuciu tożsamości i wspólnoty narodowej. A to wszystko w ogóle jest sprzeczne z misją telewizji publicznej. I wiece co? okazało się, że faktycznie mamy w naszym kraju taki przepis! Z “Ustawy o radiofonii i telewizji” z dnia 29 grudnia 1992 roku (rozdz. 4, pkt. 2, 6):

respektować chrześcijański system wartości, za podstawę przyjmując uniwersalne zasady etyki;

A już myślałem, że nic mnie nie zaskoczy w Polsce. W każdym razie, jak można przeczytać sobie, chociażby z nagłówków, biskupi w szloch, wołają coś o niepłaceniu abonamentu. Straszą zwycięstwem Lucyfera. Koledzy po fachu Nergala muszą mu nieźle zazdrościć pijaru*.

Cóż, wyda całość zakończyć jakimś rzeczowym podsumowaniem. Jako, że mamy wolność wyznania i ktoś chce tego Nergala oglądać (choć właściwie pewnie chodzi jedynie o rozgłos spowodowany całą tą sprawą) i mamy w TVP programy czysto katolickie, to czemu pan N. nie miałby mieć swojego? W dodatku muzycznego, nawet nie na wyłączność. Szczerze wątpię, żeby w przerwach pomiędzy uzasadnianiem ocen odprawiał on na wizji satanistyczne msze.

* Wszelkie oznaczone tak błędy rzeczowe, literówki w nazwach, są przeze mnie celowo olewane. Bo taki mam kaprys. Uprzedzając pytania: nie jest ani fanem Nergala, ani owego stowarzyszenia dziennikarskiego, nie płacę abonamentu, nie oglądam telewizji.

Liniki