Co dobrego daje nam religia?

Na zwieńczenie tego wspaniałego roku 2012, w którym aż trzy razy mieliśmy stanąć przed obliczem naszego Stwórcy, postanowiłem zadać takie oto pytanie: czy z religii płynie coś pozytywnego? Ja sam, najwyraźniej tak przeżarty cynizmem, jakoś nie mogę nic takiego zauważyć. Cokolwiek?

Ale! Uwaga! Jest haczyk. To co napiszecie, musi być osiągalne, tylko i wyłącznie przez wiarę. Proszę więc nie rozśmieszać mnie argumentami typu:

  • działalność charytatywna (bo przecież to istnieją świeckie organizacje o takim charakterze)
  • poczucie wspólnoty (jak wyżej)
  • wskazuje co jest dobre a co złe (żadne wyznanie nie jest źródłem etyki!)
  • itp.

No to Szczęśliwego Nowego Roku.

Przeżyłem kolejny koniec świata

Słowa te co prawda piszę o godzinie 23, minut 20, ale postanowiłem i tak je opublikować po północy, aby dać szanse wszystkim oszołomom, którzy wieszczą apokalipsę. Tak, wiem, że w innych strefach czasowych wciąż będzie 21 grudnia, ale olewam to. Ci wielcy znawcy mają po prostu problemy ze zrozumieniem konsekwencji kulistości Ziemi.

Z okazji wczorajszego święta przesłano mi taki oto link: http://www.nowyczlowiek.pl/. Co to jest?!

Na tej stronie zgromadzono artykuły, w większości kompletnie bzdurne, choć znam przynajmniej jednego joggerowicza, który poczuł by się jak u siebie na blogu. Przeczytać tam można na przykład:

Kto ufa Bogu Jezusowi, zna Biblię i wierzy, że jest on natchnionym przekazem, ten wie, że 21.12.2012 jako koniec ludzkości i planety to oszustw

Postać Pana Krzysztofa Jackowskiego, najznakomitszego polskiego jasnowidza budzi wiele kontrowersji, jednakże trafność jego wizji nie pozwala przejść obok niego i jego przepowiedni obojętnie.

Rosja nie ukrywa Nibiru przed swoimi obywatelami

Do jednego tematu nawet podano źródło komentarz onet.pl. I ludzie naprawdę czytają te brednie?! Aż sam mam ochotę wieszczyć kres dziejów.

Kolejny koniec świata

Za dwa dni, kolejny (trzeci opisany na tym blog i w tym roku) kres dziejów. Dla odmiany, nie religijny. Przynajmniej w pewnym sensie.

Nigdy jeszcze nie spotkałem człowieka, który naprawdę by wierzył w jakąkolwiek brednię na temat zmiany biegunów, zagrożenia ze strony komety, czy planety X. Ale podobno są tacy ludzie i ja domyślam się, że to prawda. Chyba nie ma takiej głupoty, którą można by co poniektórym wmówić.

O tym, że 21 grudnia 2012 roku kończy się kalendarz Majów, trąbiono wszem i wobec, już od dawna. Trochę słabiej, ale jeśli miało się nieco rozumu, można było posłuchać wyjaśnień, o tym, że owi Indianie mają cykliczny kalendarz i że za dwa dni po prostu szykuje się całkiem gruby ichni Sylwester. Raz na 25 tysięcy lat, to musi być niezła biba.

A tak swoją drogą, mały artykuł, jaki dzisiaj znalazłem o Haroldzie Campingu. Pan był prorokiem, przepowiedział poprzednie, wspominanie przeze mnie apokalipsy. Podobno dzisiaj wytrzeźwiał, przyznawszy się nawet do błędu.

Stieg Larsson – trylogia Millennium

Z mojej perspektywy, książki te wyskoczyły na mnie znienacka już jako bestsellery. Nim się obejrzałem, to w kinach zapowiadano “Dziewczynę z tatuażem”, a co poniektórzy użytkownicy publicznych środków komunikacji, przewracali strony powieści Larssona. Do dziś zresztą ich widuję. Ja sam dołączyłem do tej gromadki dopiero po obejrzeniu niemiecko-szwedzko-amerykańsko-brytyjskiej ekranizacji.

Wcześniej zdążyłem się nasłuchać, jakie to świetnie powieści. Jakież było moje zdziwienie, kiedy przebrnąłem przez pierwsze rozdziały i już było dla mnie jasnym, że jest to prosta czarno-biała historia. Rozumiem przez to, że jeśli na przykład ktoś jest miły dla głównego bohatera, to jest postacią pozytywną i już. Jak nie, to będzie prawdziwym wrzodem na tyłku[1]. Oczywiście będzie też gorszym gatunkiem człowieka, np. homofobem, albo odbiorcą treści pornograficznych (bo tylko takie kreatury przeglądają jakąkolwiek erotykę).

Innym przejawem braku kolorytu tej trylogii, jest fakt, że ci dobrzy praktycznie nie posiadają wad. Nie popełniają też błędów. A jeśli nawet autor sili się na jakieś defekty, to zwykle są to takie dodające uroku skazy, np.: sskopałem go, bo nie mogłem już stać i patrzeć jak on się wyżywa na tej bezbronnej staruszce.

Trochę nie jestem w stanie pojąć fenomenu tych publikacji. W tym wypadku może to kwestia pochodzenia trylogii. Ostatecznie, dla większości osób, ostatnim kontaktem z literaturą szwedzką były “Dzieci z Bullerbyn”. A może ludzie potrzebują nieskomplikowanych historii po tym, jak widzą co dzieje się np. w polityce. Przejdźmy do krótkich streszczeń:

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Poznajcie Mikaela Blomkvista. Ma on niesamowitą biografię: były komandos, obecnie dziennikarz, znany i poważany w kraju (przypominam: Szwecji). Ma powodzenie u kobiet. Znany jest z demaskowania niecnych knowań kapitalistycznych świń, których chciwość zawiodła ma margines prawa. Przynajmniej przed fabułą powieści.

Albowiem na początku, przegrywa on proces o pomówienie. Jego przeciwnik, niezbyt uczciwy biznesmen, po prostu go zmiótł. Blomkvist traci swoją reputację (najcenniejsze co jako dziennikarz posiadał) a także popada w spore tarapaty finansowe. Wtedy właśnie dostaje propozycje pracy od Henrika Vangera. Oficjalnie ma napisać jego biografię. Nieoficjalnie, szukać mordercy jego bratanicy Harriet. Podejrzanymi są pozostali członkowie rodziny Vangerów. Sama zbrodnia wydarzyła się niemal przed 40 laty.

W drugim wątku poznajemy postać Lisbeth Salander. Młoda zdolna dziewczyna, mająca sporo problemów z kontaktami z innymi ludźmi i ze swoim ubezwłasnowolnieniem. Jej losy splatają się gdzieś w połowie książki z losami Blomkvista.

Ciekawostki: jako przypisy do poszczególnych części, autor przytacza policyjne statystyki związane z przemocą wobec kobiet. Wspomniana jest też Polska.

Dziewczyna która igrała z ogniem

Mam nadzieję, że polubiliście Lisbeth Salander? Druga powieść została hakerce niemal w całości poświęcona. Wszystko co chcielibyście wiedzieć o tej postaci zostało w końcu ujawnione. W sumie nie tylko czytelnikowi, ale również i na łamach popołudniówek całej Szwecji.

Jest to historia dość zawiła. Sięga niemal do Zimnej Wojny oraz jest uwikłana o działającą w Szwecji mafię. Moralnie jednak jest bardzo prosta.

Tym razem przypisy do części to opisy równań.

Zamek z piasku który runął

Ta książką stanowi bezpośrednią kontynuację wątków z poprzedniczki. Zawiera też oczywiście zwieńczenie całej tej historii. Jednak pojawia się tu mała różnica: o ile w poprzedniej złymi był Zalachenko i jego pomagier, tu pierwsze skrzypce gra Sekcja, czyli wewnętrzna komórka Säpo (szwedzkiego wywiadu). Wszystko ociera się o teorie konspiracyjne oraz skandal rządowy.

Do poszczególnych części wprowadzają nas historyczne ciekawostki o kobietach-wojowniczkach.

Podsumowując

Zacznę podsumowanie od tego, że nie jest to powieść dla konserwatystów. Ci są przedstawiani głównie jako starzy ramole, którzy stanowią przeszkodę dla dobrych rozwiązań. No i ta pochwała równouprawnienia i tolerancji, to może zaboleć. Jednocześnie powieści te nie są żadnego rodzaju manifestem politycznym. Autor po prostu nie zawahał się przekazać swojej wizji świata.

Po samych tytułach, przypisach i tematyce można domyśleć się, że bardzo ważna dla pisarza była kwestia pozycji i zagrożenia kobiet we współczesnym świecie. Podobno ma to związek z jego przeżyciami. Nie twierdzę, że jest coś złego, jednak wątek ten tak bardzo jest na widoku, że odbieram go, jak zbyt nachalny.

Czy czytać, czy nie? Jest to lektura czysto rozrywkowa. Znakomicie spełnia tą swoją rolę. Fabuła wciąga i wręcz ciężko oderwać się od lektury. Jednak nie widzę tu nic ponadto. Podobne do publikacji Dana Browna, ale lepiej napisane. Polecam wszystkim, którzy nie szukają skomplikowanych fabuł.

Przypisy

[1] Od czasu do czasu, autor tę zasadę, na szczęście, łamie.

Linki

Dlaczego Bóg się nigdy nie ujawni?

Coś mnie natchnęło. Można by napisać, że otworzyło się Niebo przed mną i prawda została mi objawiona przez anioła, ale bądźmy poważni. Wydaje mi się, że już znam powód dla którego żaden wyznawca nigdy nie udowodni istnienia Boga. Choćby i było to tak proste, jak przywołanie Beetlejuice’a.

No, ale wypada zacząć od początku. Przeglądałem sobie portale informacyjne, kiedy natknąłem się na informację o ataku na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Starszy pan, wycelował kilka żarówek wypełnionych farbą w znany malunek. Czarna maź jednak rozprysnęła się po ołtarzu, gdyż portret madonny chroniony jest szybą pancerną. Mężczyzna został ujęty i przesłuchany. Wyjawił też co nim powodowało, ale o tym za moment.

Najpierw przedstawię opinię różnych biskupów, księży, zakonników i ludzi związanych ze środowiskami prawicowymi (zapewne wkrótce dołączą do nich politycy). Określi oni ów zamach jako manifestację laicyzacji naszego kraju, zwalczania wpływów Matki Kościoła, jedynej ostoi prawdziwej polskości. Słuchając ich słów, można by odnieść wrażenie, iż ateista, czczący Szatana na co dzień i słuchający Behemota, w przerwach między lekturą Harrego Pottera podniósł swoją rękę na wizerunek Jedynej Prawdziwej Królowej Polski. Z doświadczenia wiem, że te deklaracje będą się powtarzać z kościelnych mównic, nawet pomimo ujawnienia prawdziwych motywów napastnika.

Otóż, owa bestia w ludzkiej skórze, to człowiek wierzący. Nie żałuje swojego czynu. Akcję poprzedził przygotowaniami, czyli między innymi czytaniem Biblii. Trochę też trudno mu odmówić racji w jednej sprawie:

Niech się wstydzą ci, co fałszują Ewangelię – krzyczał, apelując jednocześnie, by czcić Boga, a nie obrazy.

A skoro już o tym piszę: strasznie nie podoba mi się ten zapis w Kodeksie Karnym o obrażeniu uczuć religijnych. Są przecież przepisy na niszczenie mienia, niszczenie zabytków, czy znieważenie miejsca kultu. Nie potrzebujemy jakiegoś durnego paragrafu, służącego do ścigania nieprzychylnych Kościołowi np. artystów.

Wracając do tematu: otóż dlaczegoż to żadnemu Katolikowi, choć zapewne łatwo idzie rozszerzyć to na inne wyznania, nigdy nie uda się uprosić pana Boga do ukazania się? Schowajcie swoje wyuczone rezultaty zmagań pokoleń teologów (jeśli macie takowe). Powód jest prozaiczny: wasz Stwórca, słysząc, co tam niektórzy wygadują, zwyczajnie się was wstydzi. I nie dziwię mu się. Przeto jeśli zechcielibyście mieć możliwe najwierniejszy obraz Jezusa proponuje wzorować się na tych obrazkach.

Linki

Inni o religii #4

W dzisiejszym odcinku słowa, które być może część osób zna. Pochodzą z sąsiedniego, acz nieco opustoszałego bloga. Oryginalna notka jest bardzo długa i zgodnie z tytułem traktuje o mieszaniu modlitwy w politykę. Raczej w kontekście polityki amerykańskiej, jeśli to kogoś bardzo interesuje. Mi bardzo przypadł do gustu jej pewien fragment, rodzaj wstępu, krótko przybliżający pewien problem jaki teologia ma z modlitwą:

Ktoś kto stworzył miliardy galaktyk dysponuje niebagatelną mocą. Ma też pewien plan. (…) Jednakowoż okazuje się, że szepcząc pokątnie można spowodować zmianę planów tych wszechwiedzących i wszechmocnych istot. To niesamowite. Ktoś stworzył setki miliardów galaktyk i ma szczegółowy plan przebiegu wydarzeń, a tu (…) jakaś istota nie ogarniająca nawet własnego genomu, szeptem ten plan zmienia. (…) Eeee, zaraz. To znaczy, że stan rzeczy odbiegł od tego planu? Nie, nie mógł. A nawet jeśli, to czemu trzeba prosić niewidzialnego przyjaciela, żeby stan rzeczy przywrócić do zgodności z boskim planem? Cóż to sam nie zauważy? Czy niepoproszony sam nic nie zrobi? (…)

Źródło: Chrześcijańska modlitwa jako narzędzie polityczne

O braku wiary u pewnego księdza

Sprzątania w zakładach ciąg dalszy. Z jakiegoś powodu zachowałem sobie ten oto link: “Ewolucja czy kreacja?”. Może dlatego, że jest to bardzo jasny przejaw niewiedzy (nawet na poziomie szkolnej biologii), połączonej z ignorancją i doskonały przykład tzw. dowodu przez niedowierzanie.

Krótko rzecz streszczając, ks. Józef Szeliga nie wierzy w teorię ewolucji. Poprzez szereg powątpiewań, w jego opinii opartych na logice i biologii, obala tężę teorię ciosami swoich faktów. Na koniec uderza w tzw. ewolucję teistyczną — argumentując, że Bóg Stwórca woli zadziałać cudowanie raz a dobrze, niż wiele razy na przestrzeni dziejów.

Jak wspomniałem, wywód pana księdza, jest przykładem tzw. dowodu przez niedowierzanie; teoria X jest błędna, bo nie wierzę, by jedno z założeń mogło zajść. Rzecz jasna, taki dowód nie ma większej wartości. Zwłaszcza w tym wypadku, bo autor się myli.

Np.: Niemożliwym wydaje się przekształcenia się serca z jedną komorą i jednym przedsionkiem w dwukomorowe i dwu przedsionkowe. Może za jego czasów tego nie uczyli w podstawówce i raczej nie jest temat poruszany w seminarium, ale ja jeszcze pamiętam co nieco z budowy serc płazów i gadów. Polecam księdzu lekturę szkolnego podręcznika do biologii, dowie się jak ten proces przebiegał. W ogóle, gdyby znalazł nieco czasu i nieco się rozejrzał, zauważył by sporo przykładów gatunków, które w jego opinii w ogóle nie mają prawa istnieć.

Dziwi mnie też ten brak wyobraźni, czy też może niezrozumienia bardzo prostego faktu. Nie ma gatunków, które mają jedynie pół oka, bo kiedyś tam przyszłe pokolenie będzie miało całe oko. To chyba oczywiste. Każdy narząd, nawet wśród zwierząt, które uważamy za prymitywne, był (jest) w pełni funkcjonalny. W miarę ewolucji gatunku narządy te się rozwijały, ale wciąż na każdym kroku jest to w pełni funkcjonalna część ciała. To mniej więcej oznacza, że wszystkie narządy, wszystkich zwierząt można traktować jako stadia pośrednie (z grubsza rzecz biorąc). W dodatku nie jest prawdą, że każdy narząd musi być idealny, natura dopuszcza całkiem spory margines.

Martwię się poziomem komentarzy do tego wyznania wiary. Większość jest zgadza się z księdzem autorem, co gorsza popierają go zupełnie bzdurnymi argumentami. Na szczęście, nawet na takim portalu zdarzają bardziej rozsądni ludzie, a to daje nadzieję.

Linki

Machinarium

Miałem wybrać pięć gier. “Machinarium” kliknąłem jako drugie. Niewiele wiedziałem o tym tytule, poza faktem, że jest to przygodówka. No i że ma niezłe recenzje. Nie pożałowałem i polecam. Ale…

Zaczynamy na złomowisku. Czemu tam jesteśmy? To się dopiero wyjaśni w miarę rozwoju fabuły. A historia przedstawiona jest wyłącznie za pomocą niemych animacji. Nie licząc menu, nie ma tu też nigdzie ani jednego słowa zapisanego w zrozumiałym przez ludzi języku.

Grafika jest przepiękna. Ogólnie koncepcja świata jest znakomita. Może ona przywodzić na myśl bajki robotów Stanisława Lema (w każdym razie mi się tak skojarzyła). A do tego znakomita muzyka.

Gra ma dobrze zbalansowany poziom trudności – w miarę rozwoju akcji mamy coraz bardziej pod górę. Rośnie też trudność wszelkiego rodzaju puzzli. Ale nawet jeśli utkniemy, mamy do dyspozycji system pomocy, który jest wart obejrzenia dla samego jego designu. No i tej minigierki, którą trzeba zaliczyć zanim wyświetli nam się rysunkowa solucja.

Na zakończenie wspomnę, że ta napisana we Flashu gierka jest dość rozpowszechniona, zarówno jeśli chodzi o platformy czy wystawiające ją sklepy (często trafia na różne promocje). Jeśli lubisz przygodówki, możesz brać w ciemno, jeśli lubisz ładne rysunki, obejrzyj chociaż demo.

Linki

BioShock 2

Witamy z powrotem w Rapture. Minęło jakieś osiem lat od naszej ostatniej wizyty, ale w sumie niewiele tu się zmieniło. Owszem, niby będziesz obserwować świat zza szybki hełmu Wielkiego Tatusia, poruszając się po zupełnie innej części miasta, to jednak do dejà vu zwyczajnie przywykniesz — zakładając, że część poprzednia nie jest ci obca.

Nie ma jak w domu!

Na spotkanie z naszym cichym, acz popularnym obiektem radiowych monologów, tłumnie wybiegną splajserzy. Dołączą do nich problemy z niedoczytującymi się teksturami, lekkimi opóźnieniami w napisach, czy kolejnością plazmidów. Chyba studio “2K Marine” w ogóle nie poprawiło swojego dzieła.

Kontynuując temat zgodności z oryginałem, dalej korzystamy z Komór witalnych (o ile chcemy) i wciąż ma to uzasadnienie fabularnie. Także i druga część jest niestety dość prosta. Nawet na najwyższym poziomie trudności raczej się nie spocimy. No chyba, że trafi nam się ta wyjątkowa sytuacja, gdy nasze kieszenie i magazynki będą puste.

Ale, przejdźmy do nowości.

Jako prototypowy Wielki Tatuś, możesz spożytkować ADAM (ulepszać się). I co ważniejsze; jesteś połączony tylko z jedną, konkretną Małą Siostrzyczką (choć teraz już pannicą), której odnalezienie staje się głównym zadaniem gracza.

A po drodze do tego celu możemy adoptować inne Małe Siostrzyczki (uprzednio wysyłając naszych kolegów po fachu na permanentną emeryturę). Takiego dzieciaka można wysyłać na zbiory, podczas których trzeba je bronić. Wcześniej czy później staniemy przed wyborem (dokładnie tym samym, jak w części pierwszej): być chciwym i zabić córeczkę, czy ją ocalić? Tak jak w prequelu, ma to wpływ na zakończenie (ale nie aż tak wielki jak pewnie było to reklamowane) oraz w bardzo małym stopniu na otaczający nas świat. Niestety ponownie bycie dobrym Samarytaninem nie utrudnia przeżycia. Spokojnie można przejść całą grę korzystając z tylko jednego plazmidu, na co więc wydawać ten cenny genetyczny surowiec?

A trzeba by jeszcze wspomnieć o nowych mieszkańcach podwodnego miasta. Pierwszą ich grupą są tzw. Wielkie Siostrzyczki, kolejną żywe bryły mięśni, najwyraźniej inspirowane Hulkiem. Ostatnią inne prototypy Tatusiów.

Wymienione zabawki

W kwestii oręża: przygodę zaczynamy od charakterystycznego dla ikony serii wiertła. Resztę stanowią wariacje broni z poprzedniej części. Ktoś kto projektował ich rozmieszczenie najwyraźniej nigdy nie grał w tę grę.

Zastąpieniu nie uszły: minigierka w hakowanie (teraz bazuje na refleksie) i aparat fotograficzny (teraz kręcimy filmy). Osobiście, w obu przypadkach, wolałem wersje z części pierwszej.

Podsumowując

Żeby długo nie przynudzać, ujmę to tak: “BioShock” 2 to odgrzany kotlet, ale za to bardzo umiejętnie. Szef kuchni dołączył parę świeżych dodatków. A wśród nich niewspomniany przeze mnie: tryb multiplayer i DLCeki (np. “Minerva’s Den”).

Obecnie grę dostać można za około 30 złotych w pudełku, lub polować na promocje po sklepach online. Jeśli nie grałeś w “BioShock” obejrzyj wcześniej chociaż intro do niego. Parę rzeczy będzie jaśniejszymi.

Polecam, bo jest warto. Choćby ze względu na tematykę: dość ciekawy motyw ojcostwa i jego roli w wychowaniu (nawet jeśli to sztucznie wywołana więź), a w tle pewna pani psycholog starająca się zwalczyć ludzki instynkt jednostki – takie rzeczy tylko w Rapture!

Linki