Inni o religii #5

Stary ksiądz przytulił Adasia.

– Dziecko drogie, takie noce zdają się trwać wiecznie, gdy tracimy nadzieję. Wstanie słońce. Obudzisz się. Wrócą twoi rodzice. Zobaczysz.

Adaś bardzo chciał mu uwierzyć. Ale wiedział, że księża opowiadają o różnych dziwnych rzeczach, których naprawdę nie ma, tylko że nie można mówić, że ich nie ma.

Źródło: Jacek Dukaj – “Wroniec”

Cytat ciekawy z dwóch powodów: Adaś ma mniej niż 7 lat, a autor wcześniej podkreślił rolę Kościoła w okresie PRL-u.

Gemini Rue

Jakaś zapomniana przez wszystkich planeta, gdzie chyba ciągle pada deszcz. Na ulicach zalegają nieprzytomni narkomani, a realną władzę sprawuje lokalna mafia. Z drugiej strony sterylne pomieszczenia tzw. “ośrodka rehabilitacyjnego”. Oto XXIII wiek w wizji pana Joshua Nuernbergera, niegdyś studenta, który postanowił stworzyć grę.

Obietnica bez pokrycia

I to grę przygodową. Ukierunkowaną na opowieść, inspirowaną kryminałami w stylu noire, czy filmami takimi jak “Memento” i “Blade runner”. Historia, która miała gracza trzymać w niepewności, sprawić, że będzie zadawać pytania o istotę człowieka.

Przyznam, że na niektórych to działa. Jak dla mnie, fabuła wodzi za nos, słodko nęci obietnicami trudnych wyborów, poważnych pytań; komu możesz zaufać? Takie właśnie sprawia wrażenie na początku. Jednak szybko wychodzi na jaw, że jest to opowieść całkowicie liniowa. A to znaczy, że nasze decyzje, jakiekolwiek by nie były, doprowadzą do tego samego rezultatu. Nie ma wiec potrzeby prowadzenia notatek, czy chwil intensywnego pomyślunku, zakończonego zdaniem się na intuicję.

O opowieści

Ale może najpierw krótko przedstawię o czym jest produkcja. Mamy zasadniczo dwie jej części. W pierwszej wcielamy się w chodzącego w prochowcu policjanta, który szuka swojego brata, w drugiej przyjdzie nam pokierować losami więźnia(?), pewnie właśnie brata tamtego, karnie pozbawionego własnych wspomnień za swoją ucieczkę z czegoś na rodzaj przymusowego obozu szkoleniowego.

Retro jest w modzie

Wielu recenzentów, podkreśla znakomitą pikselkową grafikę. Mnie drażniły jednak spore obszary czerni, jakie często i ludnie goszczą na ekranie. No i fakt, iż większość filmików to w zasadzie statyczne obrazki. Nie pomaga też grze recykling otoczenia, tą oszczędnością twórca się też chwali.

Rozumiem, iż student (co prawda związał się z małą firmą “Wadjet Eye Games”, ale gra wciąż jest tak zwaną indie) może mieć problemy z rysowaniem i animacjami, ale moim zdaniem trzeba wówczas o tym jasno powiedzieć. Takie retro może i jest urocze, ale nie w co drugiej gierce przygodowej. Zamiast być stylem graficznym, wynikającym z wizji artysty staje się ono cięciem kosztów.

Jak w to się gra?

Jak na przygodówkę przystało, większość czasu przyjdzie spędzić nam na rozmowach z postaciami i wykombinowaniem jakiego przedmiotu na czym użyć. I tu należy się autorom plus za to, że zagadki są logiczne, nie ma niczego co by wymagało ślepego klikania wszystkiego na wszystkim. Być może przez to całość gry jest dość prosta. Jest bardzo mało minigierek logicznych.

Ortodoksyjnych fanów gier typu wskaż i kliknij, mogą zacząć zgrzytać na momenty zręcznościowe, a będąc dokładnym sceny strzelanin. Zawsze można sobie obniżyć poziom trudności tychże.

Podsumowanie

Gemini Rue to nie jest zła gra. Nie jest też to gra wspaniała. Mam jej za złe liniowość opowieści. To, że jednak zbyt cięto wydatki na warstwę wizualną. Pewnie gdybym zapłacił pełną cenę (około 10$) byłbym nieco nierad, jednak nie żałuję zakupu z promocji.

Linki

Postscriptum

Pomysł ze wstawianiem w fabułę, w wypowiedzi bohaterów, uwag o klawiszologii uważam za chybiony. Drodzy twórcy, od tego są komunikaty wyświetlane na ekranie, nie musicie burzyć czwartej ściany. I proszę nie róbcie tego.

Vivisector: Dusza Bestii

Dzisiejszy tytuł to drugi, jaki można było pozyskać za darmo w tej samej promocji, co “You are EMPTY”. Obie gry łączy też wspólne pochodzenie: to samo ukraińskie studio “1C”. I mają nawet kilka wspólnych elementów.

Ponownie dostaje nam się około siedmioletni shooter. Tym razem akcja umiejscowiona została w niedalekiej przyszłości. A pierwszą rzeczą jaka się rzuca w oczy, to fakt, że broni nie trzeba przeładowywać!

Opowiem wam bajeczkę

Fabuła nawiązuje podobno do książki pt. “Wyspa doktora Moreau” H. G. Wellsa. Dzieło to jest mi nie znane, więc muszę jedynie przytoczyć opinię autorów. Głównym bohaterem jest Kurt, żołnierz wysłany na pewną wyspę w celu stłumienia tamtejszej rebelii. Na miejscu jednak jego oddział zostaje zaatakowany przez jakieś dziwne bestie, a Kurt jako jedyny ocalały, stara się przeżyć.

Dalej oczywiście fabuła nieco się zagęszcza, okazuje się, że nie przypadkiem nasz protagonista znalazł się na tym odludziu. Potem dowiaduje się co nieco o swojej przeszłości, o planach pewnych osób odpowiedzialnych za sytuację na wyspie. Jednak w większości strzelamy do hybryd zwierząt, ludzi i maszyn.

W tej historii odnaleźć można kolejne podobieństwo do wspomnianego “You are EMPTY”. Obie gry poruszają motyw poszukiwania człowieka idealnego, którego należy sprawdzić przez konfrontację z wielką masą wrogów. Jak dla mnie sprawy nie ratują porozrzucane tu i ówdzie rysunki Leonarda da Vinci, czy podniosłe monologi dr Morheada.

A gra się w to

Rozgrywka to jak wspomniałem strzelanka, w której biegniemy od jednego punktu kontrolnego do kolejnego. Wpadamy w zastawione przez twórców oskryptowane pułapki. W grze zaimplementowano coś na kształt punktów doświadczenia, za które możemy sobie dokupić ulepszenia naszego wojaka. Takie bardzo proste cRPG.

Poziom trudności nie jest taki znowu niski, a przez małe zapasy warto oszczędzać to co mamy. W zasadzie jest to chyba jedyny powód dla którego mógłbym ten tytuł polecać. Bo opowieść jest raczej nudna.

Warto wspomnieć o chlubie tej produkcji, mianowicie możliwości odstrzelenia wierzchnich fragmentów ciała przeciwników. Aż do kości. Co wcale nie powoduje spadku umiejętności bojowych przeciwnika. Niezależnie, czy widać już kość piszczelową, czy trzewioczaszkę.

O robactwie

I to by było na tyle. Ale wspomnę jeszcze o nagminnych bugach, które wydają się charakteryzować nagłym spadanie przedmiotów pod ziemię (na stałym gruncie). Niestety są też miejsca, gdzie dotyczy to gracza i wtedy będziemy ginąć bo tak. Częściej jednak dotyczy to skrzynek.

Miałem też problem z ze zwariowany radarem, który działa jak dla mnie niezbyt intuicyjnie. Inna sprawa, że można było w końcu się przyzwyczaić.

Podsumowanie

Generalnie: odradzam. Chyba, że ktoś szuka takiego starogrowego wyzwania. No i załapie się na tą samą promocję, co ja.

Linki

You are EMPTY

Dostałem ten tytuł za darmo w jednym z polskich sklepów internetowych. Gra ma już 5 lat, ale czas obszedł się z nią dość nieżyczliwie. Nie pomógł też niestety fakt, iż małe studio, które jest odpowiedzialne za “You are EMPTY”, nie tworzyło superprodukcji.

Za

W przypływie mocy krytyka growego, jestem w stanie napisać, iż to jest ukraińskie rozliczenie się z epoką komunizmu. Wyrażone w postaci liniowej strzelanki. Wszystkie etapy, ich wyposażanie i udekorowanie, przeciwnicy i oręż stanowi nawiązanie do znienawidzonej(?) epoki. I jest to chyba jedyny powód, dla jakiego można skusić się na przygodę z tą produkcją. Jeśli miałby wskazać kolejny, to byłby to animacje, które obejrzeć można między niektórymi etapami. Wspomnieć można też o kilku utworach umilających zabawę.

Przeciw

Jeśli już połakomicie się na darmo-gierkę, to muszę uczcie ostrzec przed kilkoma rzeczami. Po pierwsze: jest bardzo łatwo. Podobno na wyższych stopniach trudności jest z wyzwaniem nieco lepiej, ale nie chciało mi się sprawdzać. Medykamenty walają się niemal wszędzie, ale za to trzeba rozważnie zarządzać amunicją. Z tą akurat może być problem.

Po drugie: gra jest w naszej rodzimej wersji językowe. I jest to wersja fatalna. Nie dość, że aktorzy grają strasznie nienaturalnie, to jeszcze zupełnie nie przetłumaczono np. transmisji radiowych, a jak wywnioskowałem, nieco wnoszą one do fabuły. Na szczęście mało jest tu tekstu mówionego. Jako trzeci podpunkt dorzuciłbym parę bugów, które podobno lubią się przytrafiać graczom (mi akurat nie).

Podsumowanie

Są ludzie, którzy cenią sobie ducha epoki sportretowanej w tej w sumie krótkiej rozgrywce. Z różnych powodów, miejmy nadzieję, iż akurat niepolitycznych. Tacy mogli by cieszyć się “You are EMPTY”. Innym strzelanie do radzieckich zombie-mutantów, wybryków z kołchozów, czy groteskowego przedstawiciela aparatu partyjnego, raczej odradzam.

Linki

Warlock: Master of the Arcane

Jeśli zamierzasz nabyć tę grę, to uczciwie ostrzegam, że nie jest warta swojej ceny. Choć bawiłem się dobrze, to płacenie za nią, w porywach nawet 70 PLN, jest rozbojem. Ale zacznijmy od początku.

Krótka charakterystyka

“Warlock: Master of the Arcane” jest strategią turową, w jakiej wcielamy się w króla—maga. W sposób, do jakiego przyzwyczaiły nas już gry z serii “Cywilizacja”, musimy uporać z innymi władykami (rzecz jasna, również czarnoksiężnikami). Mamy trzy rasy do wyboru: ludzi, nieumarłych i szeroko rozumiane potwory. Zbieramy zaś złoto i manę. Dodatkowo jednostki należy wyżywić. A i o badaniach nowych czarów warto nie zapominać.

Rozgrywka skupia się głównie na walce. Opcje dyplomatyczne są dość ograniczone. Nie ma niczego na podobieństwo szpiegostwa i nie możemy wymieniać się informacjami z innymi pretendentami do tytułowego miana. Jeśli nie chcemy tłuc się z innymi graczami, zawsze mamy pod dostatkiem wszelakich wrogich jednostek neutralnych (plus ich leża i miasta).

Mod do Cywilizacji?

Na mapie znaleźć można portale do innych planów (map), wypełnionych silnymi potworami. Nie odkrywamy technologii: opracowujemy czary. Jednostki mogą być ulepszane. Można też zabiegać o przychylność bóstw (i tracić tym samym chody u innego, przeciwstawnego). Ale największa nowość, to fakt, iż miasta rozbudowuje się na heksach dokoła niego – przez to też nie ma żadnych jednostek inżynieryjnych. Jak wspomniałem, gra jest na kierunkowana na prowadzenie bezpośredniej walki.

Więc co tu jest nie tak?

Niestety, produkcja sprawa wrażenie ukończonej niemal w ostatniej chwili. Wygląda jak demo. Właściwie od dema, jakie możecie sobie pobrać różni ją chyba fakt, iż nie ma ograniczenia do stu tur. Nie znajdziemy tu żadnej kampanii, żadnych misji, jedynie grę na losowej mapie.

Sztuczna inteligencja potrafi się czasem mocno wygłupić. Niestety podobnie jest z generatorem map. Niezależnie od rozmiaru zawsze lądujemy przy krawędzi. I dziwnym trafem niedaleko jakiegoś, zbyt silnego jak na początek, monstrum. Brak też wsparcia dla gracza w postaci np. drzewka czarów itp.

Podsumowując

Dochodzimy do momentu, gdzie należy powtórzyć tezę z wprowadzenia, licząc, że czytelnicy zrozumieli co chciałem przekazać. Choć cierpiałem na syndrom kolejnej tury, to mimo to pełną cenę uważam za zbyt wygórowaną. Tak więc: jeśli kiedyś mocno stanieje, to śmiało sięgnijcie. Pod warunkiem, iż lubicie gry strategiczne i nie stronicie od świata wykreowanego na potrzeby “Majesty”.

Linki

Cud w Jarosławiu: Maryja cisnęła koroną o ziemię

Nastał nowy polski cud. Oto i źródło: Matce Bożej w Jarosławiu spadła korona. Przeor: to znak, Maryja chce nową. Ludzie niosą złoto. Ten długi tytuł w zasadzie wszystko wyjaśnia.

Pozostaje jedynie pytanie: czemu ja o tym piszę? A chciałem uprzedzić jakąś głupią prasóweczkę, w której ktoś będzie silić się na mierne suchary z Amber Gold (znowu). A w rzeczywistości: a czemu nie miałbym? Bo to cuda, wywołane przez próżne zachcianki drewnianych matek Jezusa, dzieją się codziennie?

Luźne uwagi o filmie “Prometeusz”

Nie czekałem na ten film. I bardzo mało o nim wiedziałem, aż do momentu gdy w kinie skończyły się w końcu reklamy. Mogłem wówczas zrewidować te wszystkie kreacjonistyczne opinie o nim. Bo ten wątek wydał mi się być jedynym ważnym, przytaczanym przez widzów.

Poniższy tekst jest przeznaczony dla ludzi, którzy już ten film widzieli. Czujcie się ostrzeżeni przed spoilerami. Jeśli kogoś interesuje moja opinia o samym dziele, oto ona: film jest słaby. Miał ambicje na coś większego, poważniejszego, ale po drodze gdzieś to zgubił i zamienił się w raczej mało straszny horror. Ogólnie obejrzeć można, ale z sentymentu dla serii “Obcy”.

A o czym to było?

Fabuła opowiadam o tym jak to grupa naukowców odnajduje mapę, zaproszenie, na pewną planetę, pozostawione na Ziemi przez rasę, która nas stworzyła. Pewność(?) co do tego ostatniego, to w sumie nie wiem skąd im się wzięła (choć widz obejrzał wcześniej przepiękną scenę początku życia).

Uczeni wyruszają więc na ową planetę w kosztownej ekspedycji i nikogo nie interesowało, co kierowało fundatorem. W końcu znajdują mały ośrodek – fabrykę jakiegoś czarnego świństwa, które najwyraźniej jest bronią. Znajdują też jednego żywego przedstawiciela Inżynierów. Itd…

A więc to się podoba kreacjonistom…

Osoby, które widzą w tym manifestację poglądów przeczących teorii Darwina chyba zostały zmylone przez nazwę rasy obcych (Inżynierowie), jaką przyjęto ich tytułować w filmie. Bardziej pasuje Siewcy. Wnioskując po wprowadzaniu i po słowach pokładowego biologa. Innym słowy: żadna ewolucja nie ucierpiała podczas produkcji.

Oko w oko ze Stwórcą

Zignorujmy tamto i przyjmy, że nasi Stwórcy faktycznie nimi są. Zerknijmy na motywację bohaterów, ich nadzieje związane z tym wydarzeniem.

Para naukowców, którzy odszukali mapę, w zasadzie idzie za ciosem, chcą potwierdzić ostatecznie swoją teorię. Stawiają również ważne pytania, np.: po co nas stworzyliście?. Niektórzy recenzenci nawet doszukują się powiązań z jej żarliwą wiarą i jego ateizmem (osobiście tego tak nie postrzegałem).

Fundator ekspedycji ma bardziej praktyczne podejście. Jest ono też najbardziej naiwne. Liczy mianowicie na to, przedłuży swoje kończące się życie dzięki kreatorom. O tym co z tego wyszło to za chwilę.

Kierowniczka zabrała się raczej z obowiązku, ale gdy inni poddają się religijno-filozoficznym nastrojom, ona szuka okazji do zarobku.

Odpowiedzi pod nosem

Poziom techniki zaprezentowany na obrazie pozwala ludziom latać na dalekie planety, oglądać sny, a także zbudować androida, który na pewien sposób jest świadomy. Zadziwiał mnie fakt, iż nikt nie potrafił odnaleźć podobieństwa w tym fakcie do naszego obcego pochodzenia. Reżyser celowo bawił się tym, szczególnie w scenie dialogu Davida z dr Hollway. Dlaczego niby relacje i motywacje ludzie-Inżynierowie miały być inne niż androidy-ludzie?

Rezultat wiary

Moment kiedy obudzili ostatniego obcego bardzo przypadł mi do gustu. Szczera acz interesowna wiara została nagrodzona policzkiem. Pan Weyland popełnił ten sam błąd co większość osób religijnych: poczynił szereg założeń na temat swojego stwórcy. Zupełnie bezzasadnych. Można powiedzieć, że uczynił to z tego samego powodu, co niektórzy wyznawcy: desperacji.

Kończąc

Oczywiście nigdy nie słyszałem prawdziwego kreacjonisty wypowiadającego się na temat “Prometeusza”, głównie dlatego, że w Polsce ich wielu nie ma. I raczej nie komentują premier kinowych pod kątem swoich poglądów. Nie mniej jednak wielu ludzi zapamiętuje z całego seansu ten wątek naszych stwórców. Trudno się dziwić.

Szkoda mi tego filmu. Mogło wyjść z tego coś ciekawego i wartego pamięci, nawet po latach. Słyszałem, że scenariusz był przerabiany i zmieniało się między innymi jego przesłanie. Tak czy siak całość sprawia wrażenie, jakby nikt tego nie przejrzał przed oficjalną akceptacją. Naprawdę szkoda mi tych efektów, czy gry Michela Fassbendera (David).

Linki

Artur Baniewicz – Cykl o czarokrążcy

Zbiór opowiadań, jakie łączy postać Debrena z Dumayki. Zgrupowane w trzy zbiory: “Smoczy pazur”, “Pogrzeb czarownicy” i “Gdzie księżniczek brak cnotliwych”. Z początku fabuła jest dość rozbieżna, potem niektóre wątki kulminują się w ostatnim tomie. Witamy w dość sarkastycznej wizji świata fantasy.

Autor Artur Baniewicz, nie ukrywa wcale, że do pisania zainspirowała go wiedźmińska saga, a właściwie jej koniec. Przejawia się to w obecności klasy wiedźmina tu i ówdzie, ale jak dla mnie, jest to raczej parodiowanie tejże.

Głównym bohaterem jest magun, czyli jakby mag, nie do końca, bo… coś tam. Lektura nieco temat przybliży. Jak wspomniałem ma on na imię Debren. Pochodzi z Dumayki, ale włóczy się poza granicami swojej ojczyzny i ten właśnie kawałek jego życia jest opisany.

Niech będzie pochwalony Machrus Zbawiciel

A świat po którym podróżuje, to w zasadzie nasza średniowieczna Europa (plus parę odniesień do wydarzeń późniejszych). Tyle, że oprócz pozamienianych nazw krajów, wszystko jest tu na odwrót. Jeśli my kojarzymy Zachód jako miejsce dobrobytu i postępu, tak w świecie przedstawionym, jest nim Wschód itd. I muszę przyznać, miał autor kilka ciekawych pomysłów. Np. chrześcijaństwo, zastąpione tu przez machrusjaniz, którego symbolem jest koło. Na zachodzie oczywiście znak koła czyniony jest w drugą stronę.

Jednak jakoś nie mogłem przetrawić tego, iż postacie są świadome tego, że żyją we Średniowieczu. Mało tego, epokę poprzednią wprost i bez zażenowania nazywają Wczesnowieczem. Do tego jeszcze często (nazbyt często) nawiązują do korelacji dobrobytu ze wzrostem wymiarów ludzi (wzrost i rozmiar stopy, nie, że są coraz grubsi). Zupełnie nie uważam tego za śmieszne i mnie to zwyczajnie drażniło. Może to tylko ja.

Podsumowanie

Choć opowiadania bywają ciekawe, miejscami zabawne, to jednak na dłuższą metę muszę ocenić te powieści jako słabe. A to za sprawą ogólnej dłużyzny, szczególnie uwidocznionej w scenach walk. Są też one dość nieporadne, bo główny bohater nie bardzo potrafi walczyć, ani rzucać zaklęć bojowych. Ewentualnie nie ma pod ręką żadnej broni czy różki. Ujęcie erotyczne napisane zostały, o zgrozo, w podobnym duchu. Nie, to nie była kwestia humoru. Tak więc raczej nie polecam. Autor też czasem sili się zbytnio na poważny wydźwięk swoich opowiadań.

Trochę lukru na koniec

Ale to nie jest tak, że nie da się nic z tych książki wyciągnąć. Artur Baniewicz chyba nie bardzo lubi dewocji, psychologów, prawników i dziennikarzy, więc pozwolił sobie na bardzo sarkastyczne przedstawienie odpowiedników tych profesji. Najbardziej podoba mi się postać brata Zachariasza, który rozdawał darmo, za denara, kubki z zimną święconą wodą (w charakterze środka antykoncepcyjnego). Trochę jednak tego za mało.

Werdykt

Nie polecam, ale jak ktoś ma dostęp, w bibliotece wypatrzy i szuka czegoś niezobowiązującego, czysto rozrywkowego, może przekartkować.

Linki