Artur Baniewicz – Cykl o czarokrążcy

Zbiór opowiadań, jakie łączy postać Debrena z Dumayki. Zgrupowane w trzy zbiory: “Smoczy pazur”, “Pogrzeb czarownicy” i “Gdzie księżniczek brak cnotliwych”. Z początku fabuła jest dość rozbieżna, potem niektóre wątki kulminują się w ostatnim tomie. Witamy w dość sarkastycznej wizji świata fantasy.

Autor Artur Baniewicz, nie ukrywa wcale, że do pisania zainspirowała go wiedźmińska saga, a właściwie jej koniec. Przejawia się to w obecności klasy wiedźmina tu i ówdzie, ale jak dla mnie, jest to raczej parodiowanie tejże.

Głównym bohaterem jest magun, czyli jakby mag, nie do końca, bo… coś tam. Lektura nieco temat przybliży. Jak wspomniałem ma on na imię Debren. Pochodzi z Dumayki, ale włóczy się poza granicami swojej ojczyzny i ten właśnie kawałek jego życia jest opisany.

Niech będzie pochwalony Machrus Zbawiciel

A świat po którym podróżuje, to w zasadzie nasza średniowieczna Europa (plus parę odniesień do wydarzeń późniejszych). Tyle, że oprócz pozamienianych nazw krajów, wszystko jest tu na odwrót. Jeśli my kojarzymy Zachód jako miejsce dobrobytu i postępu, tak w świecie przedstawionym, jest nim Wschód itd. I muszę przyznać, miał autor kilka ciekawych pomysłów. Np. chrześcijaństwo, zastąpione tu przez machrusjaniz, którego symbolem jest koło. Na zachodzie oczywiście znak koła czyniony jest w drugą stronę.

Jednak jakoś nie mogłem przetrawić tego, iż postacie są świadome tego, że żyją we Średniowieczu. Mało tego, epokę poprzednią wprost i bez zażenowania nazywają Wczesnowieczem. Do tego jeszcze często (nazbyt często) nawiązują do korelacji dobrobytu ze wzrostem wymiarów ludzi (wzrost i rozmiar stopy, nie, że są coraz grubsi). Zupełnie nie uważam tego za śmieszne i mnie to zwyczajnie drażniło. Może to tylko ja.

Podsumowanie

Choć opowiadania bywają ciekawe, miejscami zabawne, to jednak na dłuższą metę muszę ocenić te powieści jako słabe. A to za sprawą ogólnej dłużyzny, szczególnie uwidocznionej w scenach walk. Są też one dość nieporadne, bo główny bohater nie bardzo potrafi walczyć, ani rzucać zaklęć bojowych. Ewentualnie nie ma pod ręką żadnej broni czy różki. Ujęcie erotyczne napisane zostały, o zgrozo, w podobnym duchu. Nie, to nie była kwestia humoru. Tak więc raczej nie polecam. Autor też czasem sili się zbytnio na poważny wydźwięk swoich opowiadań.

Trochę lukru na koniec

Ale to nie jest tak, że nie da się nic z tych książki wyciągnąć. Artur Baniewicz chyba nie bardzo lubi dewocji, psychologów, prawników i dziennikarzy, więc pozwolił sobie na bardzo sarkastyczne przedstawienie odpowiedników tych profesji. Najbardziej podoba mi się postać brata Zachariasza, który rozdawał darmo, za denara, kubki z zimną święconą wodą (w charakterze środka antykoncepcyjnego). Trochę jednak tego za mało.

Werdykt

Nie polecam, ale jak ktoś ma dostęp, w bibliotece wypatrzy i szuka czegoś niezobowiązującego, czysto rozrywkowego, może przekartkować.

Linki