Susan Howatch – Szepczące ściany

Marianne, siedemnastoletnia dziewczyna, w wyniku śmierci swoich rodziców oraz dość skomplikowanych relacji towarzyskich i pochodzenia, wikła się w małżeństwo ze Alexem Brandsonem, mężczyzną starszym od niej. Związek z rozsądku: dla niej to jedyna opcja, dla niego, bo chce wypełnić pewne nieco ekscentryczne warunki otrzymania pokaźnego spadku. Ów spadek zawdzięcza jednak zbrodni, jaką niedawno popełniono w rodzinnym majątku. Młoda panna Brandson chcąc nie chcąc wikła się w małe śledztwo dotyczące tejże.

Fabuła toczy się w Anglii, gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku. Jak łatwo się domyśleć, jest to coś na rodzaj kryminału, dodatkowo urozmaiconego wątkami romansowymi.

Całość powieści wypada w ostatecznym rozrachunku dość średnio. Czyta się to szybko, nie jest to zła książka, ale też nie ma w niej niczego, dla którego mógłbym ją śmiało dalej polecać. Taki średniak.

Zarabiając na wieczności #2

Quest wstawił mi dzisiaj komentarz z linkiem. Krótko:

Krzysztof Jackowski, jasnowidz z Człuchowa, miał spotkać się ze studentami Wyższej Szkoły Policyjnej w Szczytnie i zostać honorowym patronem jednego z kół naukowych działających na uczelni. Władze szkoły nie wyraziły jednak na to zgody. Studenci w ramach protestu rozwiązali koło.

Są tutaj dwie napawające optymizmem rzeczy: władze uczelni wykazały się rozumem, a wśród komentarzy na wykopie przeważają oparte na zdrowym rozsądku. Było nawet kilka wartych spojrzenia.

To bardzo pocieszające. Mniej cieszy fakt, że zawsze znajdzie się jakiś oszołom, który da wiarę w te całe brednie. W tym przypadku: kilku studentów oraz kilka innych osób, które mimo wszystko wciąż jasnowidza zapraszają na różne spotkania. Mogę jedynie mieć nadzieję, że pan Jackowski, zapraszany jest w charakterze lekcji poglądowej.

Źródło: Niby Jasnowidz, a nie przewidział… (tytuł nietrafiony za bardzo)

Ksiądz 3D (2011)

Jak myślicie, kto wie jeszcze mniej o katolicyzmie niż sami katolicy? Odpowiedź: Koreańczycy. Pytanie, rzecz jasna, prowokacyjne, odpowiedź też, ale nawiązuje do omawianego przeze mnie dzisiaj tytułu. Jego scenariusz oparto na pewnym koreańskim komiksie. Twórca tej historii miał bardzo ciekawą wizję, najwyraźniej dość egzotycznego dla siebie, tak dobrze znanego nam wyznania.

O Kościele jakiego nie znamy

Zwykle zaczyna od streszczenia fabuły, ale teraz skupię na świecie przedstawionym. Tytułowy bohater mieszka w Mieście Kościelnym, olbrzymiej i zatłoczonej aglomeracji, gdzie każdego dnia, mieszkańcy co krok, są pouczani aby być wiernymi Kościołowi i poprzez to Stwórcy (Sprzeciwienie się Kościołowi, to sprzeciwienie się Bogu). Jak łatwo się domyśleć, władzę sprawuje tam kler (ale nie księża!). Co chwilę megafony krzyczą żałuj za grzechy, Bóg cie chroni, Kościół cię chroni, Miasto cię chroni. Na ekranach z propagandą wyczytać można trzy nowe cnoty: Wiara, Praca, Bezpieczeństwo. I jak tu nie polubić takiej ponurej wizji, gdzie są nawet automatyzowane konfesjonały? A sama spowiedź kończy się standardowym podsumowaniem oraz rozgrzeszeniem w postaci trzech Zdrowasiek i czterech pacierzy? Już nawet nie wspominając, że za miastem stoją olbrzymie posągi w szatach papieży.

Trochę o fabule

Nie dajcie się też zwieść: księża, nie mają tutaj nic wspólnego ze zbieraniem kopert, to elitarni wojownicy zdolni do walki z wampirami (wręcz, czasem za pomocą różnych dewocjonaliów). Poznać ich łatwo, bo mają krzyże wytatuowane na twarzach. I najwyraźniej nic nie przeszkadza w wyświęcaniu kobiet.

Wspomnieni krwiopijcy, to oczywiście największa zmora ludzkości. Do czasu, ponieważ księża je wytępili. Nie do końca jednak, bo nie było o czym robić całej historii.

Podsumowanie

A sama opowieść to sprawa wręcz trzeciorzędna, takie rachu-ciachu, eksplozje, plus potwory. Całość w konwencji westernu. Nawet nieźle zrealizowany, żadna tandeta nie rzuca się w oczy. Od czasu do czasu postaciom zdarza się nawet powiedzieć coś ciekawszego. Polecam. Kino czysto rozrywkowe, z osobliwie zabawnymi motywami.

Linki

Inni o religii #6

Tak więc, jeśli ich Bóg ma jakieś przymioty, czy też wyjątkowe właściwości, to na pewno nie miłość, nie sprawiedliwość i nie przebaczenie. Sądząc z tego, co działo się na Ziemie od chwili, jej… eee… stworzenia, Bogu właściwe jest tylko jedno uczucie: uwielbia ciekawe historie. Najpierw robi jakąś drakę, a potem patrzy, co z tego wychodzi.

Powyższe słowa pochodzą z książki Dymitra Głuchowskiego “Meto 2033“. Ściślej z bardzo ciekawego rozdziału o nazwie “Nie wierzę”. Miałem ochotę przepisać z niego więcej przemyśleń bohatera, na przykład ten, który pasuje do pewnej dogasającej na joggerze dyskusji (parafrazując słowa Ejdzeja) na temat paradoksów Stwórcy, zdecydowałem się jednak napisać coś, co nie jest tak ostatnio popularne.

Trudi Canavan – Trylogia Czarnego Maga

Na “Trylogię czarnego maga” składają się następujące pozycje: “Gildia magów”, “Nowicjuszka” i “Wielki Mistrz”. Choć książki kojarzę z półek księgarni, to jednak w sumie dość mało się o nich słyszy. Przynajmniej ja mało o nich słyszałem. Kilka ciekawych pomysłów w bardzo infantylnym ujęciu.

Fabuła

Fabuła jest dość prosta: oto biedna dziewczyna, na co dzień żyjąca w ubogich dzielnicach wielkiego pięknego miasta, okazuje się mieć spore zadatki na maga. Wprowadza to jednak mnóstwo zamieszania, także polityczno-obyczajowego. Powszechnie przyjęło się bowiem sądzić, iż biedota nie ma żadnego związku z magią. Pomijając coroczne organizowane przez Gildię Magów czystki w slamsach. Skracając całą tę historię napiszę: że Sonea ukrywa się przed mistrzami wiedzy tajemnej, podczas gdy ci muszą ją prędko znaleźć, nim jej nieokiełznana moc spopieli stolicę. A to dopiero pierwsza część trylogii.

Swoiste postrzeganie fantasy?

Jak wspomniałem dzieło skierowane jest raczej do młodszego odbiorcy. Choć poruszono w nim kilka dojrzałych tematów, to jednak osoby starsze raczej powinna odrzucać skłonność autorki do cierpliwego tłumaczenia motywacji każdego kroku bohaterów i ich uczuć. Irytujący jest też słowniczek obcych pojęć, jaki pisarka sobie utworzyła i wytrwale używa w powieści, mimo iż wiele z tych wyrażeń ma zupełnie normalne synonimy. Czyżby powieść fantasy oznaczała dla niej przyzwolenie na radosne, acz zrobione na siłę słowotwórstwo?

Infantylność wyraża się również w przedstawianiu poszczególnych klas społecznych. Bogacze są raczej dekadenccy i niezbyt rozgarnięci. Natomiast pośród ubogich szlachetność jest czymś nagminnym. Aż dziw, że król woli władać domami. No i Złodzieje, wbrew nazwie, to całkiem porządne chłopaki.

Logika jaka kieruje dorosłymi ludźmi, w dodatku wykształconymi, w powieści zupełnie mnie zdumiewa. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć uprzedzenie arystokracji do biedoty. Ale tego, że magowie wyparli i zakazali nauki tzw. wyższej magii, bo bali się jej konsekwencji, zrozumieć nie potrafię. Ale jakby tak spojrzeć, to tu niedaleko pisze paru ludzi, którzy wolą schować głowę w piasek, w strachu przed boleścią prawdy, niż się z nią mierzyć…

Na koniec coś, co jest ostatnio modne

Jako, że tworzenie dla młodzieży zobowiązuje, autorka zdecydowała się napisać nieco o osobach homoseksualnych. W pierwszej powieści wątek ten jest delikatny, ale w kolejnych, pisarka sobie nie żałowała. W trylogii przedstawiono chyba cały zarys problematyki. Od urzędowego ścigania i karania homoseksualizmu, ignorowania problemu, ostracyzmu wobec gejów, do radosnej akceptacji tego rodzaju skłonności.

Sypnij pan plusem

Trzeba jednak oddać pani Canavan, iż przemyślała swoją powieść. Nie ma tu żadnego fabularnego diabełka z pudełka, wszystkie wydarzenia wynikają z poprzednich. Nie ma nagłych objawień. Umiejętne manipulowanie faktami może zwieść niejednego czytelnika i wywrócić jego podejrzenia względem niektórych osób. A książkę czyta się lekko. No i miała też kilka ciekawych pomysłów, ot choćby całkiem logiczne podejście do działania czarów.

Podsumowanie

Podobno te książki są bardzo popularne i poczytne. Nawet przeczytałem opinię, jakby pani Canavan była królową literatury fantasy. Jeśli jest to prawdą, to zaprawdę ciemne chmury zawisły nad jej królestwem. Lub w wersji bardziej optymistycznej dałem się nabrać na marketingowy bełkot. Nie polecam nikomu, kto ma już za sobą edukację w szkole podstawowej.

Linki

Call of Duty: Modern Warfare 2

Patos! Wzniosłe monologi! Patos! Akcja! Akcja! Patos! I tak przez jakieś pięć godzin. Tak w skrócie można opisać kampanię dla pojedynczego gracza w Modern Warfare 2. Chcecie czytać dalej?

Po wybraniu opcja kampania

Gdybym był zawodowym recenzentem, nie wypadało by mi się pewnie przyznać, że nie połapałem się w tych całych meandrach fabuły omawianej produkcji. Naprawdę, niby gram kolejny raz, nawet przejrzałem pobieżnie streszczenie, ale dalej nie potrafię wyjaśnić jak to wszystko wynika z siebie i prowadzi do finału.

O czym to to jest? Ano, zaczyna się od Afganistanu, gdzie dzielni amerykańscy chłopcy tłumaczą tubylcom jak się prawidłowo używa broni. Co z tego, że owi mają stopnie kapitańskie i kto wie, może niektórzy pamiętają jeszcze czasy sowietów. Ale co tam. Po tym, sami jesteśmy sprawdzani (krótki test, który sugeruje nam jaki poziom gry powinniśmy wybrać) i jedziemy na pierwszą akcję.

A jak to wygląda w praktyce?

Dużo przerywników, strzelania nieco między nimi, skryptowane scenki. Fabuła radośnie rzuca nas pomiędzy miejscówkami, jak i postaciami w które przyjdzie nam się wcielić. To trzęsiemy się z zimna gdzieś w środku Rosji, to za chwilę patrzymy na Jezusa w samym centrum faweli w Rio de Janeiro.

Młodszy brat starszego

Jeśli pytacie o cechy charakterystyczne, nie tylko tej części, ale i poprzedniczki, to zaczniemy od filmowości. Tutaj wkrada nam się jednak już przesada. Np. niepotrzebne spowolnienie przy scence pojmania ściganego terrorysty przez naszego kamrata.

Kolejnym punktem byłby patos, gloryfikacja armii, militariów i wojskowości. Oczywiście w wydaniu amerykańskim. Trudno winić autorów, że lubią własne podwórko. Ale żeby wymyślić powrót ZSSR (bo do tego niby sprowadzają się zmiany polityczne w tym kraju)? W MW1, jeszcze jakoś dało się przeboleć jednego ekstremistę z nostalgicznymi ciągotkami, tutaj jednak rosyjscy żołnierze lądują na wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej.

Dosłownie słówko o fabule

Warto wspomnieć, czemu się tam znaleźli. Bo niejaki Makarow, jak rozumiem najemnik, postanowił urządzić masakrę na moskiewskim lotnisku (imienia głównego złego z poprzedniej części). A winę za to zwalono właśnie na obrońców demokracji.

Konkretniej o grze

Ale może już dość o fabule. Można o jej problemach pisać długo, pewnie i dłużej niż trwa sama rozgrywka. Kampanię można spokojnie ukończyć w jeden dzień. Po pierwsze: jest dość prosto. Po drugie, jest bardzo krótka. Osobiście mi to pasuje. Stopień trudności w serii polega na tym, że mamy większe prawdopodobieństwo umrzeć zupełnie przypadkową śmiercią. A czas rozgrywki ogranicza nam kontakt z wiekopomnym dziełem reżysera, no i wzmaga wspomnianą filmowość.

Warto też wspomnieć, co ważne w tej serii gier, iż przeciwnicy nie mają zwyczaju się generować. Koniec z cierpliwym ostrzeliwaniem tych samych miejsc, w których pojawiają się kolejni bracia bliźniacy, czy też wariackich ataków frontalnych. Bardzo spodobało mi się zachowanie ludzików, choć dalej nazbyt często zdarza im się zachowywać zupełnie dziwnie.

Ta lepsza część gry

W trybie dla pojedynczego gracza postanowiono rozwinąć ideę epilogu z pierwszej odsłony. Takich jednoetapowych misji, które należy przechodzić wiele razy dla coraz to lepszego wyniku, mamy prawie tyle, że uzbierała się z tego druga kampania. I muszę przyznać, że zabawa jest przednia. Nawet jeśli część z nich to odtwarzanie wybranych fragmentów trybu dla pojedynczego gracza.

Czysta opinia moja

Choć powiedzieć, że scenariusz ma pewne braki i wymaga poprawek, jest sporym uproszczeniem, to jednak grało (i gra) mi się przyjemnie. Prostota formuły rozgrywki jakoś do mnie przemówiła. Oskryptowane sekwencje nawet mi nie przeszkadzały. Dałem się porwać tym wszystkim sztuczkom reżysera, jak obrona przedmieść USA, odbijanie Białego Domu, no i te bardziej kontrowersyjne sceny. Na to, co postaci mówią, nauczyłem się nie zwracać uwagi.

Podsumowując

Polecam, jeśli macie dostęp do gry za niewielkie pieniądze, albo wypożyczenia. Kupować to opłaca się jedynie dla trybu multiplayer, choć dziś nie ma to większego sensu (są już kolejne części, no i gra ma system rozwoju postaci online). Polecam więc, ale z zastrzeżeniem, że wiecie czego można się spodziewać.

Linki

Homeopatia nie działa i nie będzie działać

Oczywiście każdy rozsądny człowiek, który kojarzy mniej-więcej, na czym owa nauka polega, wie doskonale, czemu napisałem w tytule, co napisałem. Ja natomiast ze zdumieniem odkryłem, iż sami homeopaci przyznają, że ich leczenie nie jest skuteczne. Co więcej: nie może być skuteczne. Zainspirowany notką “Czarodzieje XXI wieku“, pogłębiłem swoją znajomość homeopatii i oto co znalazłem:

Lista współczesnych blokad w leczeniu homeopatycznym

Za Wikipedią, oto wybrane przeze mnie czynniki:

które zdaniem homeopatów zaburzają działanie dobrze dobranych leków homeopatycznych i w rezultacie prowadzą do zakończenia leczenia niepowodzeniem

  • niekorzystne warunki mieszkaniowe
  • elektrosmog (masowe zanieczyszczenie falami elektromagnetycznymi, np. pochodzącymi z telefonu komórkowego, anteny satelitarnej, poduszki elektrycznej, ekranu komputera itp.)
  • nieprawidłowe odżywianie
  • siedzący tryb życia w dusznych pomieszczeniach
  • pasywny ruch (np. jazda samochodem)
  • niedobór wysiłku fizycznego
  • zbyt rzadkie przebywanie na świeżym powietrzu
  • stres psychiczny
  • nocne życie [a ja te słowa piszę o dwudziestej trzeciej!]
  • niedostatek (w sensie ekonomicznym)
  • hałas
  • nierozwiązane problemy wewnątrzrodzinne i międzyludzkie
  • brak wypoczynku

Innymi słowy: raczej żadne z was, moi drodzy czytelnicy, nie jest człowiekiem, na którym mogła by działać ta cała magia z rozpuszczaniem jakiś śmieci w pamiętliwej wodzie. Bo jeśli nawet nie stresujemy się za dużo, trzymamy dietę i śpimy w nocy, to zawsze otaczają nas te zdradzieckie fale radiowe i elektronika. Idąc za ciosem, można by wyobrazić sobie szczęśliwego, zdrowego jak ryba człowieka, który żyje gdzieś sobie spokojnie w lesie, daleko od cywilizacyjnego zgiełku, jednak wątpię by był on zainteresowany jakimś tam pseuoleczeniem.

Na liście jest kilka punktów, które bardzo niepokoją. Chodzi oczywiści o te, w których winę zrzuca się na normalną medycynę. Przypominam, że przez porzucenie homeopatii nie tracie praktycznie nic, natomiast zaniechanie prawdziwego leczenia, nie jest zbyt dobrą decyzją.

Linki