Władysław Zambrzycki – Kwatera Bożych Pomyleńców

Czterech staruszków spotyka się niemal codziennie i umila sobie czas grą w szachy, lekturą, czy snuciem nieco oderwanych od życia opowieści. Niby nic w tym dziwnego, ale panowie żyją w okupowanej przez Niemców Warszawie, gdzie właśnie rozpoczęło się powstanie. Ale nie tylko czasy przypadły im interesujące (z punktu widzenia czytelnika), każdy z nich ma np. inne wyznanie (włączając Islam). Lekki humor i ciekawe ujęcie dla zbioru bardzo luźno powiązanych historii, które sięgają czasów już minionych.

Dla miłośników historii (Powstania Warszawskiego) oraz stylu charakterystycznego powieściom sprzed dwudziestego wieku.

Inni o religii #8

Sulla potraktował świątynie inaczej. Ograbił je. (…) napisał do kapłanów wyroczni delfijskiej i poprosił o wydanie mu świątynnych skarbów (…) Wysłaniec Sulli, Kafis, przybył do Delf, wszedł do sanktuarium, usłyszał dźwięki niewidzialnej liry i wybuchnął płaczem. Wysłał wiadomość do Sulli, błagając go, by przemyślał to jeszcze raz. Sulla odpisał, że głos liry był z pewnością znakiem od Apolla, tylko że nie gniewu, lecz aprobaty. Co tylko dało się unieść, spakowano w worki. Wielką srebrną urnę pocięto na złom i wywieziono wszystko wozami. Wyrocznia umilkła.

Piękny przykład teologii w praktyce. Nie udało mi się go potwierdzić (choć faktycznie Sulla złupił Wyrocznię), więc pewnie jest on intencją autora. Ale na swój sposób zabawną. No i pewnie w historii nieraz podobna sytuacja zaszła. Uczy nas ona, o sile argumentacji opartej na wierze. A cytat pochodzi z książki “Rzymska krew”, pióra Stevena Saylora, z jaką aktualnie się zapoznaję.

PS. jakby ktoś się przyczepił pisowni słowa delfijskiej, to tak było w tekście. W sumie nie wiem czemu nie delfickiej.

Thief: The Dark Project

Zbliża się premiera gry “Thief”, co skłoniło mnie do zapoznania się z jej pierwowzorem. “Thief: The Dark Project”, jest podobno pierwszą grą w swoim gatunku, tzw. first person sneakers. Zresztą już tuż po premierze zdobyła sławę i uznanie. I krótko pisząc: zasłużenie.

Thief: The Dark Project

Konwencja świata jest steam-punkowa: oprócz powszechności magii, nieumarłych, od czasu do czasu przyjdzie nam słuchać echa, rozlegających się podczas stąpania po metalowych rusztowaniach jakiś fabryk. A wcielimy się w postać Garreta, niezależnego złodzieja, mistrza, niemal artysty w swoim niezbyt nobliwym fachu.

Za co lubić?

Czym ten tytuł może urzec? Choćby realizmem. Ale nie piszę tutaj o dźwięku, który jest szalenie ważny dla rozgrywki. Mam na myśli parę drobiazgów np. mapy jakimi dysponujemy przed misją, są wynikiem przygotowania naszego protagonisty. Dla niektórych zadań będą one bardzo mało konkretne. Bo nie było innej możliwości. Życiowo podchodzi się również do zadań, w trakcie misji mogą się nagle zdezaktualizować.

Ponadto dysponujemy łukiem, do którego celowniczek jest jedynie symbolicznym dodatkiem. Należy na własną rękę (zdając się głównie na intuicję) dobrać naciąg i uwzględnić tor lotu strzały w zależności od jej rodzaju. Aż, jakie to satysfakcjonujące, kiedy uda się ustrzelić coś odległego. Momentami żałowałem, że nie ma po prostu możliwości swobodnej zabawy na jakiejś strzelnicy.

Na co się krzywić?

Do czego można by się przyczepić? Strażnicy czasem są zbyt łatwowierni, dookoła ktoś gasi pochodnie, koledzy nagle zaczynają znikać, a ci winią szczury i śmieją się z własnej nerwowości. Trochę też szkoda, że nawet na najwyższym poziomie trudności nie wymaga się od nas abyśmy grali na styl ducha. Możemy swobodnie łazić i ogłuszać wszystkich strażników.

Uważam też za przesadę, że na normal wystarczy znaleźć szukany przedmiot, aby misję ukończyć. Nie dajcie się oszukać, zaczynajcie przynajmniej od Hard.

Podsumowanie

Mimo upływu lat (to widać niestety, grafika nie jest zła, ale jednak), wciąż gra się przyjemnie. Tak więc polecam. Niezła fabuła, świetna muzyka, ciekawy świat. Polecam. Jeśli ktoś się skusi, niech szuka “Thief: Gold”. To usprawniona technicznie wersja pierwszego Złodzieja, dodatkowo wzbogacona o kilka misji ekstra (oficjalnych dodanych przez samych autorów).

Linki

Per Olov Enquist – Wizyta królewskiego konsyliarza

Pół dokument, pół powieść fabularna, która przeniesie nas na duński dwór, w drugą połowę XVIII wieku. Dzieje tego, jak idee oświecenia starły się z oporem tradycjonalistów, przekonanych o boskim pochodzeniu dotychczasowego porządku. Ale przecież to wszystko rozegrało się tu, na tym łez padole. W cieniu intryg, żądzy i dewocji.

Książce daleko do określenia sensacyjna, to nie tego rodzaju pozycja. Bliżej jej raczej do traktatu historycznego, choć nim nie jest. Inni, bardziej adekwatni do tego tytułu, recenzenci doszukali się uniwersalnej opowieści, o polityce, o teatrze, grze pozorów. Mnie jednak urzekała kwestia konsekwencji zbyt szybkiego postępu. Nawet jeśli mamy rację, nie wolno zapominać, iż wolność, którą niesiemy, bywa czasem zbyt wielkim szokiem dla tych, którym ją darujemy.

JavaScript: Undefined vs. null

Znajomy zapytał mnie dzisiaj czy to dobry kod:

W pierwszym odruchu utwierdziłem go (pytał by się upewnić), że nie, że lepiej byłoby użyć słowa kluczowego null. Argumentowałem nawet, że undefined można sobie swobodnie nadpisać. Wyczytałem to zdaje się na Stackoverflow.

Jednak kiedy, spróbowałem sprawdzić moje własne słowa, znalazłem tą oto małą notkę:

JavaScript 1.8.5 note

Starting in JavaScript 1.8.5 (Firefox 4), undefined is non-writable, as per the ECMAScript 5 specification.

W skrócie: nie można (przynajmniej w nowszych przeglądarkach) nadpisać undefined. Operator === też działa prawidłowo z użyciem undefined. Nie ma więc nie bezpieczeństwa? Czyżbym wpuścił kolegę niechcący w maliny?

Ale dalej mi się to wszystko nie podobało. Należy pamiętać, że:

  • undefined nie jest stałą
  • nie jest też słowem kluczowym języka JavaScript (sprawdźcie sami)
  • nie jest nawet słowem zastrzeżonym pod przyszłe użycie
  • otrzymamy wyjątek jeśli napiszemy coś takiego: if (zmienna_niezadeklarowana_wcześniej === undefined) (trzeba więc użyć operatora typeof)

Czym więc jest undefined? Jest zmienną globalną (choć tylko do odczytu od jakiegoś czasu). Lokalnie (wewnątrz funkcji) możemy ją sobie swobodnie nadpisać. Więc, jeśli nawet nie widać niczego złego przy wywołaniu kodu:

{geshi lang=javascript}var a; var undefined = 42; console.log(a); // undefined console.log(undefined); // undefined console.log(a == undefined); // true

To wystarczy wstawić go do wewnątrz funkcji:

)();

Podsumowanie

Morał jest więc prosty: jeśli cenicie sobie jakość swojego dzieła, nie chcecie, aby się z was koledzy śmiali: używajcie null do inicjacji zmiennych, nie polegajcie na tych małym potworku jakim jest undefined. Jego używamy tylko do analizy np. zmiennych globalnych. Ja widzę też jeszcze powód dla którego lepiej jest użyć null: jeśli chcemy przywrócić pierwotną wartość zmiennej, bardziej naturalne jest przypisanie do niej właśnie null.

Taka jest moja opinia. Bardzo chętnie zapoznam się z jakąś dobrą argumentacją (jeśli jest takowa) przeciw.

Linki

Patrick Robinson – USS Seawolf

Chińska marynarka wojenna zbudowała sobie nowiutki okręt podwodny. Ich sukces spędza sen z powiek Amerykanów. Gorączkowo poszukują odpowiedzi na pytanie: czy może on odpalać pociski nuklearne?

W cichą szpiegowską misję wyrusza na jego spotkanie najlepszy okręt jakim US Navy dysponuje – tytułowy USS Seawolf. Powieść opisuje tą wyprawę oraz jej konsekwencje. Dość niespotykane, że zamiast spójnej pojedynczej historii mamy trzy, lub nawet i cztery tomy, z nieco innym zestawem bohaterów i linii fabularnej, zaprezentowane jako jeden ciąg wydarzeń.

Moją uwagę zwróciło tu kilka motywów. Powieść jest w miarę aktualna (pierwsze oryginalne wydanie, to rok 2000), a sprawa dotyczy postrzegania postrzegania Chin przez USA. Będąc dokładnym, przez brytyjskiego pisarza zainteresowanego militariami, ale zakładam, że bardzo nie różni się od jego kolegów po fachu, tworzących za Wielką Wodą. Zastanawiam się czy mija się on z prawdą i jeśli tak, to o ile.

W skrócie: Chiny to komunistyczny, totalitarny kraj, który ciemiężąc swoich obywateli, rozpaczliwie próbuje nadgonić potężne USA w rozbudowanie swojej floty podwodnej. A jedyny sposób w jaki może to uczynić to kradzież amerykańskiej technologii. Głównie dzięki Demokratom (administracji Clintona). I tu dochodzimy do kolejnego motywu. Motywu, jaki jest wręcz wciskany czytelnikowi na siłę.

Ci cholerni liberałowie winni są całego zła, jak zapewnia nas pan Robinson. Przez to doświadczamy wzrostu potęgi komunistów, osłabienia wizerunku Ameryki w oczach chinoli i rozpanoszeniu się pismaków. Na szczęście do steru władzy wrócili Republikanie, wraz ze swoją religią i silną ręką. Rychło wzięli się do sprzątania i zdecydowanych akcji.

Drażniła mnie też jeszcze jedna kwestia. Najwyraźniej według autora, Szef Bezpieczeństwa USA, zdecydował się na pewną poważną akcję militarną, tylko dlatego, że członek rodziny prezydenta był w to wszystko wplątany. Nie potrafię pojąć tej prywaty, nawet jeśli została ona w końcu napiętnowana.

Podsumowując: powieść wciąga. Ale też jest to typowa sztampowa książka o współczesnej tematyce militarnej. Tak więc raczej dla osób, które lubią takie klimaty podmorskich manewrów, operacji sił specjalnych i nerwowych zmagań wojskowych na wysokich szczeblach. Ze sporą dozą moralizatorstwa i jasnego podziału na tych dobrych i złych.

Linki

Inni o religii #7

Zrozumiałam dawno temu, że słudzy Kościoła są zazwyczaj jedynie aktorami którzy nieskończenie powtarzają te same wersety z mniejszym lub większym przekonaniem.

Molière” – taka całkiem udana komedia, będącą kompilacją motywów ze sztuk autora. U nas sprzedawana jako “Zakochany Molier“.

Przez chwilę nawet szukałem, czy cytat również nie pochodzi z jakiejś sztuki głównego bohatera (jak wiele z filmu), ale nie udało się nic znaleźć. A jest zacny.

Re: Misjonarskie cuda wiary w ateizm?

Kris skrobną przed chwilą małą notkę, ze swoimi przemyśleniami na temat tzw. misjonarstwa ateizmu. Jak każdy, kto boi się zrównania z ziemią, zablokował sobie komentarze. To chyba nie pierwszy taki wyskok z jego strony, więc tutaj mój osobisty apel: nie idź proszę tą drogą. Jeśli atakujesz innych, zarzucając im brak logiki, miej chociaż odwagę (i sensowne argumenty), do obrony swego stanowiska. A teraz kilka drobniaków ode mnie:

Czy żaden Misjonarz Ateista jakoś nie zauważa, że żądanie od ludzi wierzących dowodu na istnienie Boga jest skrajnie nielogiczne.

Nie. Przyjęta w Nauce konwencja i logika wymaga, aby każdy kto coś twierdzi, musiał to udowodnić. Twierdzisz, że jest Bóg, ok, to udowodnij. Czemu niewierzący nie muszą udowodniać nieistnienia Boga? Też z powodu zdrowego rozsądku: można by zarzucić ich koniecznością wykazania nieistnienia nieskończonej ilości przedmiotów i bytów. No i pamiętajmy o brzytwie Ockhama.

Co to by była za wiara gdyby istniał dowód?

Wiara, wiarą – niech sobie będzie, nikomu nie przeszkadza, w co tam sobie wierzysz. Problemy zaczynają się, gdy ta wiara zaczyna wpływać na rzeczywistość. Np. ingerencja kościołów w programy nauczania, prawo, nasze finanse i życie prywatne. Stąd też bierze się walka o sekularyzację Państwa i jego przejawów, np. edukacji. A jednym z przejawów tej małej wojenki, jest domaganie się dowodów tych wszystkich objawiań i istot.

Sugeruję każdemu Misjonarzowi Ateiście rozpoczęcie kursu logiki, od przedszkola.

Nie Kris, to ty masz tu braki.

Jakże silna jest wiara w cuda u Misjonarzy Ateistów, na przykład w Wielki Wybuch.

To nie jest wiara! Wielki wybuch ma silne podstawy naukowe nieuku! Przepraszam, za ten napastliwy synonim, ale uważam, że jego użycie jest uzasadnione. Szczególnie po czymś takim: [Wielki Wybuch jest] niezgodny ze znanymi prawami.

Abiogenezy też dotąd nie zaobserwowano i nie można jej odtworzyć w laboratorium

Masz tutaj pewnie na myśli “biogenezę”. BTW. eksperyment Stanleya Millera.

Wiara w te (i inne, nie wymienione tu cuda) i, stawia ateizm w tym samym szeregu z religią

Swego czasu Tdudkowski napisał pewną notkę: Chrześcijańska modlitwa jako narzędzie polityczne. Pewny jej fragment bardzo pasuje do tego cytatu. N3m0 też mógłby dodać co nieco od siebie w tym temacie, ale nie umiem wskazać ci konkretnych tekstów.

Komentarz do całości

Być może tekst pana Krisa jest swego rodzaju prowokacją. Stekiem bzdur, jakie on napisał, aby stanąć obok i wyśmiać: patrzcie na tych, co się dali nabrać. W końcu niedawno był pierwszy, może więc poślizg wydawniczy. Bardzo chciałbym zresztą, żeby tak było, bo to przywróciłoby mi wiarę w ludzi. Nie pierwszy raz spotykam się z przypadkami takiej ignorancji w temacie Nauki, na rzecz religii (Wiary), ale zwykle pochodziły one od osób, które nie miały szans na rzetelną edukację. W Polskiej szkole, choć różowo pod tym względem może i nie jest, to i tak nie jest aż tak źle aby dojść do stwierdzeń, do jakich doszedł autor.

Nawet jeśli tekst “Misjonarskie cuda wiary w ateizm?” jest prowokacją, a ja dałem się złapać, to i tak dobrze wiemy, że myśli jakie zostały tam zawarte, tu i ówdzie się na Świecie pojawiają. Dlatego uważam, że nie na darmo zmaltretowałem swoją klawiaturę i dałem się złapać specjalnie.

Kris wydaje mi się tutaj wierzącym, który nie bardzo rozumie istoty konfliktu Wiary z Nauką. Braki w wykształceniu powodują, iż wiara nie różni się w jego opinii (ja tak to widzę) od twierdzeń naukowych. Jego zagubienie uwidacznia się w nieznajomości prostego faktu: istotą każdej dziedziny wiedzy jest możliwość zakwestionowania jej i żądania dowodów. Zupełnie inaczej niż z wiarą, gdzie wątpliwości świadczą o słabości wiernego. A same dowody naukowe są na wyciągnięcie ręki (odnośnie Wielkiego Wybuchu mogę polecić “Krótką historię czasu“).

Źródło: Misjonarskie cuda wiary w ateizm?