Czytelnicy pytają #2

Jak ja dawno nie zaglądałem na statystyki. A jak dawno nie zaglądałem na szukane frazy. Kilka pytań rzuciło mi się w oczy, jako powtarzające się, od kwietnia (nie zaglądałem dalej):

  • jak nazywa sie ukochany amidali z gwiezdnych wojen krzyżówka
  • ukochany amidali z gwiezdnych wojen krzyzowka
  • ukochany amidali z gwiezdnych wojen. krzyżówka
  • ukochany amidali z gwiezdnych wojen krzyżówka

Jako znawca (Boże, odpuść) znawca Gwiezdnych Wojen, tej nowszej sagi, spieszę z odpowiedzą: ukochanym Amidali, czyli Padmé Naberrie Amidali (a wcieliła się w nią Natalii Portman), był adept Jedi: Anakin Skywalker (który został potem Lordem Vaderem).

W oparciu o: moje streszczenie “Epizodu II: Ataku Klonów”, Padmé Amidala.

Dlaczego ciemno widzę przyszłość Star Trek?

Przed kilkoma laty pojawiło się kolejne wcielenie serii “Star Trek”. Seria sięga dawnych czasów, lat sześćdziesiątych jeszcze, czasów kiedy poprawność polityczna była czymś, nawet w USA, niezwykle rzadkim. Miała swoje lepsze momenty, jak i te gorsze. Ale trzymajmy się ostatniego dzieła o gwiezdnej wędrówce. Kilka osób zapytało mnie: Sigvatrze, jak tobie to się podobało?. Cóż, jako uważni czytelnicy pewnie wiecie, że wymownie nic nie pisałem na ten temat. Ale za chwilę ma wyjść kolejna część nowego cyklu. Postanowiłem więc w końcu publicznie odpowiedzieć na to pytanie.

Przed dywagacjami właściwymi

Otóż “Star Trek” z 2009, w ogóle mi się nie podobał. To pokraczne żałosne truchło tego, co kiedyś było taką przyjemną serią. Praktycznie jedną liczącą się, sensową wizją niedalekiej przyszłości, społeczeństwa, dla której podróże międzyplanetarne są częścią normalnego życia. Jeśli w tym momencie chcesz napomknąć coś o “Gwiezdnych Wojnach”, to drogi czytelniku muszę poprosić cię o wyjście, ponieważ ten tekst nie jest dla ciebie. Będzie miał zbyt skomplikowaną składnie, zbyt wysublimowanie wyrażenia i zawierał części mowy, jakie są zapewne tak obce dla ciebie, jak nie przymierzając język klingoński. Wierzę, że za twoim oknem jest jakaś miła piaskownica. Tam powinieneś się więc niezwłocznie (czytaj natychmiast, już, teraz) udać.

Na tych z was, którzy wymienili serię takie jak “Battlestar Galactica“, czy choćby “Babilon 5”, patrzę nieco łagodniej, ale krótko utnę dyskusję argumentem, że za dużo w nich mistycyzmu (szczególnie to pierwsze). Jeśli chodzi o “Firefly”, czy “Gwiezdne Wrota”, to na tyle specyficzne uniwersa, że nie podejmę się porównywania. Ale do rzeczy Sigvatrze!

Dywagacje właściwe

Nawet nie jestem zły na tych całych, kogoś tam…, że zrobili film akcji, z mnóstwem wybuchów, czy innych pierdół. Zły jestem, bo ktoś ewidentnie, jak to się pisuje czasem nie odrobił zadania domowego. Ktoś na szybko streścił naszym milusińskim, o co w tym całym ST chodzi, a oni (twórcy omawianej szmiry) to wszystko przekreślili, aby nie musieć się przejmować w przyszłości, kiedy będą wyciskać z marki kolejne dzięgi.

Nawet jestem w stanie wybaczyć product placement Nokia’e. Co z tego, że po paru wojnach nuklearnych i kontakcie z obcymi, ekonomia już odeszła od współczesnej. Nawet na tę katanę Sulu mogę przymknąć oko (w oryginalnej serii używał europejskiego oręża – w ten sposób chciano podkreślić fakt wymieszania się ziemskich kultur). Ale nie mogę zignorować tego, iż Kirk jest równolatkiem swojej załogi. Nie, nie był nim. Był kapitanem statku, a tego stopnia nie dają za nic, więc musiał wcześniej wykazać (motyw jego starszeństwem wobec reszty załogi też się przewijał przez oryginalną serię). To jest błąd z cyklu logicznych, podobnie jak to, że Spock jest nieco za młody – a tego też się nie będę czepiał (wieku Spocka, nie Kirka). Dla odmiany przyczepię się do pomysłu teleportacji na bardzo długi dystans, w dodatku statku, który jest w warp. Jest to głupie ponieważ przekreśla potrzebę podróżowania statkami. Powinno się zrobić z tego podręcznikowy przykład, jak słaby pisarz próbuje wybrnąć przez deus ex machine, z bajora jakie sam sobie zafundował.

Ale jest jeszcze jeden bardzo poważny błąd. Błąd, który powinien skojarzyć każdy, kto obejrzał odcinek “Balance of Terror“. Otóż o tym, że Romulanie i Vulkanie mają wspólne pochodzenie, nikt, ale to nikt w calutkiej Federacji w ogóle nie powinien wiedzieć (może sami Vulkanie wiedzieli, ale nie kwapili się z ujawnianiem tego faktu). Właśnie dlatego twierdzę, iż ktokolwiek podpisał się pod scenariuszem “Star Trek” nie znał się na tym serialu. A w konsekwencji nie powinien brać się za tworzenie w tym uniwersum!

I na deser

Okładać batogiem wypada też niektórych recenzentów, za podobne teksty:

“Star Trek” J.J. Abramsa ostatecznie zamyka dotychczasową linię fabularną serii i otwiera zupełnie nowy rozdział w historii. Czyni to w sposób zdecydowany, prosty, a zarazem całkowicie akceptowalny przez fanów starego “Star Treka”. Wystarczyła jedna czarna dziura i teoria alternatywnych czasoprzestrzeni, byśmy zapomnieli o tym, co na temat uniwersum Star Treka wiemy, jednocześnie wcale tego nie negując. Twórcy dokonali salomonowego wyroku tak, że i wilk jest syty (lojalni fani oryginału), i owca cała (nowi widzowie, którzy serii nie znają).

Wstydźcie się! Cholerne gryzipiórki, które piszą o rzeczach, o których nie mają większego pojęcia.

Konkluzja

Czyli jak wspomniałem nie podoba mi się nowy ST. To podszycie się pod znany tytuł, bo nikt z zarządu wielkich wytwórni nie ma tyle w sobie ikry, by zlecić opracowanie jakiemuś dobremu pisarzowi stworzenie czegoś nowego. Ten rak, toczy nie tylko gwiezdną wędrówkę, ale także wszystko inne, choć oczywiście najbardziej ubodło mnie to w tym przypadku.

Oto wylałem tą moją żółć, jaka zebrała się we mnie od czasu premiery omawianego tytułu. Zgodnie z sztuką psychologii, powinno teraz na mnie spłynąć ukojenie, utulić mnie do snu, gdzie wyśnię godnego następcę co lepszych produktów z serii. Sen, który pewnie potrwa jeszcze ze trzy dni, do czasu, kiedy w kinach zaczną wyświetlać “Star Trek Into Darkness“.

Linki

Andrew Len – Młody Sherlock Holmes – Zabójcza chmura

Pierwsza część z cyklu “Młody Sherlock Holmes”, jest powieścią mizerną. Opisuje młodzieńcze lata słynnego detektywa, który dopiero uczy się takim być. A nauki pobiera od Amerykanina. Mniemam więc, że pan Len jest tej właśnie narodowości i w ten właśnie, nachalny sposób próbuje podkreślić cnoty swojej nacji. Ale nawet pomijając już ten przejaw miłości do narodu, to wielki spisek, w jaki wplątuje się główny bohater jest po prostu śmieszny. Bez interwencji chłopca prawdopodobnie nic by się wielkiego nie stało. Sami bohaterowie i główny Zły to zgodnie przyznają. A skoro już o tym, to ostatni pojedynek jest chyba jakimś żartem. Dowcipem w wyjątkowo mało wybrednym stylu i w ogóle nieśmiesznym. Nie wiem co kto miał pod czaszką, żeby coś takiego wymyślić.

Krótko rzecz ujmując: odradzam. Słabe czytadło, które próbuje sprzedać się nieco na popularność postaci z kinowych ekranizacji.

Link: Strona cyklu (j. ang).

Gdzie założyć bloga?

Może to nieco zabawne pytanie na platformie, która wlicza się wszak w odpowiedź, ale tyle się ostatnio (przez te wszystkie lata mojej bytności tutaj) naczytałem jogger umiera, więc jakoś nie potrafię polecić tej właśnie platformy.

Innymi słowy: jeśli nie Jogger, to co? I z miejsca piszę: nie, to nie dla mnie. Ja tam mam wszystko co mi potrzeba do szczęścia, więc nie potrzebuję szukać. I właśnie z tego powodu, nie orientuję się w sytuacji.

Moja znajoma potrzebuje miejsca, gdzie będzie mogła dokumentować swoje postępy w nauce. jakiejś tam technologii (IT). Potrzebuje tego do pracy w swoim korpo, czy coś. Nie wnikałem. Blog, więc dość kameralny. Nie zależy jej na wejściach, ale bardzo zależy jej, na wsparciu dla blogów technicznych (np. możliwość kolorowania składni). Do tego ma nie wyświetlać reklam, no i mieć jakiś w miarę estetyczny szablon, najlepiej umożliwiać wstawienie własnego. Taki, w sumie, Jogger 🙂

Gwiezdne wojny: Część III – Zemsta Sithów

Od opisania przeze mnie drugiej części upłynęło jak widać sporo czasu. Kiedy przejrzałem sobie na szybko kolejną, odebrało mi ochotę na jego oglądanie, kiedy w końcu obejrzałem ją, odebrało mi o ochotę na opisywanie. W końcu jednak udało mi się przemóc. Jakoś. Przypomniałem sobie też dokładnie, czemu tak bardzo nie cenię sobie literackiego kunsztu pana Lucasa. Oto i opis epizodu trzeciego Gwiezdnych Wojen z podtytułem “Zemsta Sithów”.

Continue reading

Ktoś tu chyba grał ostatnio w ME2

Skąd biorą pomysły polscy scenarzyści seriali? Oni sami pewnie lubią twierdzić, że to życie pisze ich scenariusze. Ja chyba znalazłem nieco inny przypadek.

Z jakiegoś powodu YouTube wczoraj, jako warty obejrzenia, polecił mi film pt. “Najlepsza w historii Scena w Ranczo”. Coś w ten deseń w każdym razie. Choć “Ranczo” kojarzę jedynie ze słyszenia, postanowiłem zajrzeć. Oto i ta scena: Ksiądz w Prokuraturze ! Najlepsza w historii Scena w Ranczo.

Ha! Ja gdzieś to widziałem…

Czy to przypadek?

PS. najwyraźniej TVP ostro walczy z marketingiem wirusowym swojego serialu i musiałem zmienić link na strasznie nawaloną jakimiś badziewiem wersję, za co przepraszam, lepszej nie było znowu musiałem dodać nowy link.

Thief 2: The Metal Age

Krótko: jeśli staliście się fanami przygód Garreta, to druga część jest niemal obowiązkowa. Obecnie jest chyba jedno ale.

Krótko o grze

Druga część w zasadzie wygląda jak zbiór dodatkowych misji. Praktycznie nie licząc kilku nowych gadgetów i tego, że teraz w statystykach pojawia się liczba znalezionych sekretów, nie ma różnicy. Zmieniła się oczywiście koncepcja, poziomy są większe, mniej liniowe i takie tam.

Krótko o fabule

Fabularnie to kontynuacja żywotu poczciwego Garreta, który musi wiązać koniec z końcem, podczas gdy nowy szeryf wziął sobie zwalczanie złodziejstwa bardzo do serca. Choć główny bohater nie zwraca na to wielkiej uwagi, nastał tzw. wiek metalu, przed jakim ostrzegali jego przyjaciele z frakcji Opiekunów. Zrządzeniem scenarzysty, nasz protagonista znowu pląta się do wielkiej polityki.

Ale…

Tą część pamiętać też będę z powodu licznych błędów, na jakie napotkałem w czasie gry. Niestety nie wydano wersji “Gold” dla “Thief 2”, dlatego należy przed wyruszeniem do Miasta, należy przygotować się psychicznie na parę zgrzytów w tej całkiem porządnej grze.

Linki

Diuna: Przewodnik

“Diuna” (w oryginale “Dune”) to jedna z tych książek, po jakie zdecydowanie warto sięgnąć. Nawet jeśli za bardzo nie przepada za SF, to fantazja i poruszana przez autora tematyka oraz sposób jak widzi on przyszłość ludzkości za dziesięć tysięcy lat, może poświęcenie to uzasadnić. Lektura obowiązkowa dla każdego szanującego się geeka, czy nerda. Polecam też całą serię, w jaką powieść ta się rozrosła. To ostatnie niestety powoduje, że można się nieco pogubić w kolejność co należy czytać.

Pióro Franka Herberta

Zacznijmy od początku. Jeśli nazwy Atrydzi, Arrakis, Muad’Dib, Czerwie Pustyni (Piaskale) nic wam nie mówią, to znaczy, że należy zaopatrzyć się w “Diunę” (bez dodatków w tytule). Na świecie po raz pierwszy ukazała się w 1963 r., pierwsze oficjalne wydanie w 1965 r. W Polsce w 1985 r.

Kolejne książki serii zwykle wynikają jedna z drugiej, dlatego zalecam przeczytać je w właśnie kolejności jaką poniżej podaję:

Wszystkie powyższe książki zostały napisane przez Franka Herberta. Zmarł on podczas pracy nad powieścią o roboczym tytule: “Diuna 7”. Ale o niej za chwilę.

Pióro Briana Herberta i Kevina J. Andersona

Po śmierci oryginalnego autora pałeczkę przejął jego syn Brian Herberta wespół z Kevinem J. Andersonem. Postanowili ukończyć porzucone dzieło. A w ramach wprawki, zdecydowali się nieco poczynić pewne przygotowania, dopisali całkowicie własne powieści z uniwersum.

Tak powstał cykl “Preludium do Diuny”. Choć faktycznie ich fabuła jest umiejscowiona przed oryginalną serią, odradzam zasugerowanie się tym. Autorzy wprost piszą tam o pewnych rzeczach, które Frank Herbert zręcznie objawiał kawałek po kawałeczku. Można więc by powiedzieć, że zawiera spoilery (do oryginalnego cyklu).

Osobiście jestem mniej więcej w tym miejscu. Jednak zakładam, że data wydania jest dobrym wyznacznikiem kolejności, w jakiej należy czytać kolejne:

  • Cykl “Legendy Diuny”:
    • “Dżihad Butleriański” (j. ang. “The Butlerian Jihad“), rok publikacji oryginału: 2002
    • “Krucjata przeciw maszynom” (j. ang. “The Machine Crusade“), rok publikacji oryginału: 2003
    • “Bitwa pod Corrinem” (j. ang. “The Battle of Corrin“), rok publikacji oryginału: 2004
  • “Droga na Diunę”, (j. ang. “The Road to Dune“), rok publikacji oryginału: 2005

    Jest to zbiór opowiadań, pochodzących od samego Franka Herberta, jak i napisanych, na podstawie jego notatek, przez autorów reszty tych powieści. Alternatywne wersje, rozdziały jakie usunięto z książek itp. Uzupełnienie i gratka dla fanów, zwykli śmiertelnicy mogą pominąć.

  • Diuna 7:
    • “Łowcy Diuny” (j. ang. “Hunters of Dune“), rok publikacji oryginału: 2006
    • “Czerwie Diuny” (j. ang. “Sandworms of Dune“), rok publikacji oryginału: 2007
  • Cykl “Bohaterowie Diuny”:
    • “Paul z Diuny” (j. ang. “Paul of Dune“), rok publikacji oryginału: 2008
    • “Wichry Diuny” (j. ang. “The Winds of Dune“), rok publikacji oryginału: 2009 (pierwotnie powieść miała nosić tytuł: “Irulana z Diuny”)

Ostatni cykl z powyższej listy miał w założeniach być zbiorem czterech książek. Jednak zostały one anulowane, a w zamian za to, opublikowano:

  • Cykl “Szkoły Diuny”:
    • “Zgromadzenie żeńskie z Diuny” (j. ang. “The Sisterhood of Dune“), rok publikacji oryginału: 2012

Fabularnie należy je umieścić zaraz po “Legendach Diuny”, jak wspomniałem: lepiej czytać w kolejności ukazania się. Co przyniesie przyszłość? Zostały jeszcze dwie szkoły (w tym roku ma zostać opublikowana kolejna książka), a nowi autorzy wydają się być bardzo płodni. Pewnie porzucone projekty wrócą na deski kreślarskie. No i nie wspominając o tym, że sama fabuła oryginalnego cyklu ciągnie się przez tysiąclecia, na pewno gdzieś się da wcisnąć nie jedną dobrą historię. Z drugiej strony, opracowują własne też serie.

Dlaczego w ogóle warto?

Frank Herbert przedstawił nam jeden z najbardziej oryginalnych Wszechświatów. Poruszył tematy, jaki chyba nigdy wcześniej nie zostały zaprezentowane na taką skalę. Pokazał nam świat, gdzie ludzi osiągnęli zdumiewające umiejętności, przyszłość gdzie komputery są zakazane. No i dał nam chyba jedną modlitwę, która naprawdę działa, ale o tym może kiedy indziej.

Linki

Słowo na niedzielę #14 – Wierni są zobowiązani dbać o potrzeby Kościoła

Na głównej gazety można znaleźć dziś artykuł o tytule: “Był wierzący, ale nie płacił podatku na Kościół, więc ksiądz odmówił mu chrześcijańskiego pogrzebu“. Ten artykuł zaistniał 2 maja i mniej więc od tego czasu czekałem z nim na niedzielę. Najwyraźniej nie tylko ja.

Streszczenie

Sam artykuł to trochę taka historia w stylu faktowym, o rety, patrzcie ludziska, jak skrzywdzili tego biednego człowieka!, przynajmniej w pierwszej części. Polecam wytrwanie do końca. Treść jest doskonale streszczona w dość przydługim tytule, dodam, że chodziło o człowieka żyjącego w Niemczech.

Jak to bywa w Niemczech

Nasi zachodni sąsiedzi, mają coś takiego jak podatek kościelny. To nie żaden odpis, to są dodatkowe pieniądze jakie musisz dopłacić, a jakie zostaną przekazane wybranej (przez ciebie) instytucji religijnej.

Są oczywiście ludzie, którzy kombinują. I często są to Polacy (pracujący za Ordą), którzy próbują, jak to mówi moja znajoma: mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko (chyba coś pokręciłem…, no wiadomo o co chodzi). Podobno nawet trzeba do tego złożyć akt apostazji.

Episkopat i prawo niemieckie jest jednak w tej kwestii stanowcze: każdy niemiecki katolik deklarujący wiarę jest zobowiązany do płacenia podatku kościelnego.

Mój komentarz

Ja chciałem skomentować przypadek opisany. Tak, dobrze się stało. Ten człowiek nie płacił na kościół, a jednocześnie chciał z niego korzystać (według słów jego żony). Innymi słowy, popełnił coś na kształt piractwa (kradzieży, jak lubią niektórzy podkreślać). Już nawet nie chcę wnikać, czy na prawdę był wierzącym, czy tylko jego rodzina chciała by go tak postrzegać. Nie płacił i to mają czarno na białym. Dokument przeciwko słowu. Nie dajcie się omamić krzykliwym nagłówkom.

A teraz apel

Drodzy krajanie, wierzący każdej religii, a w szczególności Katolicy: nie idźcie tą drogą! Jeśli sobie chcecie wierzyć, modlić się w kościołach, w porządku, ale sami za to płacicie, bo nie chciałbym utrzymywać waszego hobby. I nie robiłbym tego, gdybym miał możliwość wyboru. Ja wiem, że jest fajnie nachapać się za cudze (vide Radomska wigilia), ale tak po prostu nie wypada.

Mass Effect: Paragon Lost (2012)

Prosty, zrealizowany po taniości film animowany na motywach popularnej gry. Najlepiej oglądać po zapoznaniu z drugą częścią trylogii, choć teoretycznie mogli by ją oglądać nawet nie fani. Główna fabuła z grubsza przypomina nawet fabułę “Mass Effect 2”. Czy w ogóle warto?

Jak rozpoznajemy dobry film? Za pomocą świetnego scenariusza? Niezwykłych ujęć? A może efektów specjalnych? Dialogów? Akcji? To pewnie wszystko prawdą, ale jest też jeszcze jeden wyznacznik: wstrząs jaki pozostawia po sobie dzieło. W tą ostatnią kategorię stara się trafić omawiany tytuł.

Całość jest tak sztampowa, że kiedy główny staje przed kolejną decyzją (sens podejmowania decyzji i ich konsekwencji jest tu zdaje się motywem przewodnim) jesteśmy niemal pewni jego wyboru. I wtedy następuje to. Zaskoczenie, jakie nie opuściło mnie nawet po sensie. Konfuzja, chęć krzyczenia co robisz człowieku!. Niemal jakby scenarzysta zakpił sobie z widza; celowo oszczędzając na jakości scenariusza do tej pory, właśnie dla takiego efektu. To jedyny, choć mocno subiektywny, warty uwagi plus tego obrazu.

Inną zaletą jest oczywiście sama marka “Mass Effect”. Jest tu wszystko, czego fan może się po tym spodziewać: urocza Asari, broń, biotyka, omniklucze, Kroganie itd… Jest też Porucznik James Vega, który występuje w trzeciej części gry.

Minusy: słaba animacja, w sumie dość słaba opowieść, kilka błędów jakie będą fanów drażnić (nie oszukujmy się, kto będzie to w końcu oglądał). Ale zobaczyć można, co tam, w ramach przygotowania przed trzecią odsłoną cyklu (jak kto jeszcze nie grał).

Linki