Cookie Clicker

Przeglądarkowa gierka, która polega na robieniu ciasteczek. Klikając na to wielkie ciasto po lewej, tworzymy nasze pierwsze. Gratuluję, tak się właśnie zaczyna.

Oczywiście, jeśli wyklikamy tych ciasteczek dostatecznie dużo, będzie nas stać na kupno pierwszego automatu robiącego ciastka za nas. Potem kolejnego. A potem możemy wykupić babcię, która będzie nam piekła ciasteczka i kolejną… i to się ciągnie aż po flotyllę wehikułów czasu, które transportują wypieki zanim te w ogóle zostaną spożyte.

Mało? Gra oferuje system ulepszeń oraz acziwmentów. Także możliwość zapisu i eksportu stanu naszego cukrowego imperium. Nieźle jak na napisaną, niecały miesiąc temu, przez jedną osobę, aplikacyjkę w JavaSciptcie. Co przypomina mi o dwóch rzeczach, jakie dodatkowo urzekły mnie w tej produkcji. Pierwsza to, jej ciągły rozwój. Z każdym odświeżeniem strony mamy szansę, że pojawią się nowe rzeczy. A druga to taka, że znający się nieco na JS mogą się nieco, być może niezbyt uczciwie, zabawić. Reszta może sobie poczytać stronę na wiki, poświęconą zagadnieniu.

Podsumowując: polecam sobie trochę poklikać, ale uwaga, potrafi wciągnąć i trzymać. A niby to takie proste.

Linki

To the Moon

Prościutka, dość krótka. Całość powstała w programie “RPG Maker XP”, jeśli ktoś nie kojarzy, to podpowiem, że służy do wyklikiwania jRPG-ów. Jednak “To the Moon” powaliła i zachwyciła chyba każdego, kto się skusił na tą niepozorną przygodówkę. Jak to zrobiła? Odpowiedzi są dwie: za pomocą muzyki i opowieści.

Nie ma większego sensu pisać o czym jest ta gra, lepiej przekonać się samemu. No i posłuchać, bo ścieżka dźwiękowa dobrze współgra z całością.

Kiedy ktoś chce podsumować tą produkcję jednym słowem, zwykle jest to słowo: wzruszająca. To prawdą, ale ten tytuł to nie tylko wyciskacz łez, zawiera on też sporo humoru.

Choć przegadana, miejscami nieco się dłużąca, to i warto jest sprawdzić, czy jest w stanie poruszyć i nas. Ja polecam.

Linki

Deus Ex: Human Revolution

Nowy Deus Ex zachwycił mnie swoimi trailerami. Przedstawiały one cyborga samotnie szturmującego jakąś silnie strzeżoną fabrykę, podczas gdy za jej murami na ulicach zmagały się tłumy protestujących z policją. Nowy Deus Ex miał być powrotem do cyberpunku. Niedalekiej przyszłości, gdzie korporacje mają więcej władzy niż państwa oraz czasów kiedy technologia pozwala scalać ciało i maszynę.

A miało być neutralnie

To ostatnie miało być właśnie główną osią całej fabuły. Ludzkie ulepszenia oraz związane z nimi kontrowersje. W świecie gry obserwujemy jednak społeczeństwo, które już zmiany zaakceptowało i wręcz włączyło je do normalności. Ulepszone dyscypliny sportowe, wydajniejsi robotnicy czy nawet specyficzne fantazje erotyczne. Przy tym wszystkim, organizacje i jednostki sprzeciwiające się modyfikacjom prezentują się niczym jakaś banda zagubionych krzykaczy.

Niby postęp ma swoją cenę. Niby ma swoją mroczną stronę, ale gra jakoś się na ten temat nie rozwodzi. Wspomina się o konieczności stosowania niezwykle drogiego środka zapobiegającego odrzuceniu wczepów, albo o kradzieżach tychże, ale wszystko jest jakieś pomijalne, rozgrywa się w tle.

A styl gry miał być do wyboru

Ta gra była również sprzedawana jako dająca wybór prowadzenia rozgrywki. Czy staniemy się przyczajonym hakerem, czy też może zmieniamy naszego bohatera w mały czołg na dwóch nogach. Mogę od razu napisać, że premiuje się tu pierwsze podejście, tzw. na ducha. I pod względem fabularnym i punktowym.

I tu wspomnieć należy o trzech walkach z bosami. Które polegają na ostrzelaniu owych. Gry nie interesuje, że zupełnie nie rozwijałeś umiejętności bitewnych (po co one kolesiowi, który działa w cieniu?!). Nie i już.

Inne minusy

Do innych małych bolączek należy zaliczyć: renderowane filmiki, które są nieco ciemniejsze niż wszystko inne. Parę błędów tu i ówdzie (i ten jeden, przez którego nie dostałem osiągnięcia “Pacyfista”). Słaby (fabularnie) ostatni rozdział.

Podsumowując

Że niby nowy “Deus Ex” to słaba gra? Nie, grało mi się całkiem przyjemnie. Musiałem nieco otrząsnąć się z zapowiedzi reklamowych i zmienić podejście (dzięki Garret!), ale podobała mi się.

Jest w tym nieco zasługa przepięknie zaprojektowanych miejscówek. Nawiązań do sztuki renesansu i znakomitej muzyki. Znamienną jest też możliwość rozwiązania problemu na kilka sposobów, zależnie od posiadanych przez naszego bohatera umiejętności.

Krótko: polecam. Mimo wszystkich wad, warto rzucić okiem. Tym bardziej, że dostać tą grę można za grosze, a od czasu do czasu jest też przecenianą.

DLC: Brakujące ogniwo

Osobna gra, dodatek (DLC) fabularny, który zupełnie nie wpływa na rozgrywkę w podstawce. To jedyny z trzech, jaki polecam z czystym sercem (dwa pozostałe psują nieco zabawę).

Polecam, nawet pomimo tego, że ktoś ewidentnie źle zaprojektował zadania główne (trzeba się przejść po tej samej, dość długiej ścieżce po kilka razy).

Warto też dla ostatniej walki, którą o dziwo, da się ukończyć bez wychylania się z ukrycia. Tak to powinno być zrobione w podstawce!

Wersja reżyserska

Od jakiegoś czasu zapowiada jest tzw. wersja reżyserska gry. Niby chodzi o port na konsolę Wii U, ale też pojawiają się głosy o wydaniu DLC dla graczy PC-owych. A zapowiedzi są bardzo interesujące, bo twórcy zapowiedzieli np. przepisanie tych nieszczęsnych walk z bosami. Jeśli ten dodatek kiedykolwiek się pokaże, będzie to znakomity powód do powrotu do nieco już zapomnianego hitu roku 2011.

Linki

Słowo na niedzielę #17

Dzisiaj pochylimy się nad jednym z najpoważniejszych problemów współczesnej teologii. Może i w kwestiach statystyk, społecznego postrzegania itp., to wciąż kwestia marginalna, ale ma tendencje wzrostowe. A próby rozwikłania tej zagadki prowadzą do zaprzeczenia idei większości religii. Istnienie ateistów jako dowód na nieistnienie boga.

Dość powszechnie odpowiedź na tą ważką kwestię jest zbywa przez odwoływanie się do wolnej woli. Z pozoru wydaje się to prawidłową odpowiedzią. Jednak jak się uważnie zastanowić, wolna wolna nie ma tutaj nic do gadania.

Mit wolnej woli

Posłużmy się analogią: oto proste równanie matematyczne: 2 + 2. Jak jest jego wynik? Pomijając kilkuletnie dzieci, starców z poważnymi objawami demencji, paru specyficznych ludzi oraz dowcipnisiów, którzy będą (nawet z sensem) dowodzić czegoś innego, większość nas, wpisze po znaku równości liczbę: 4.

Albowiem 2 + 2 = 4. Możemy policzyć na palcach, możemy zapytać rezolutnego sześciolatka, który z całą powagą nam potwierdzi, iż jest to prawidłowy wynik. Ale przecież masz wolną wolę! Możesz tam wpisać cokolwiek! Czemu nie 5, albo 3? Albo coś ujemnego? Albo ułamek? Bo prawidłowa odpowiedź jest tylko jedna i jesteśmy tego świadomi. Podanie innego wyniku będzie oszustwem, skłamaniem, zaprzeczeniem samemu sobie.

Tak dokładnie czują to niektórzy ateiści, kiedy analizują kwestie słuszności tej czy innej religii. Dla nich nie może być innej odpowiedzi. Innej niż stwierdzenie z całym przekonaniem ta idea jest niepoprawna.

Istota paradoksu

Dlaczego więc stwórcy z większości doktryn wyznaniowych tworzą takie jednostki? Wiara jest łaską uczą nas katolicy księża, choć sami zupełnie (w większości przypadków) nie respektując tej prostej prawdy. Dlaczego więc tworzeni są tacy ułomni ludzie? Co gorsza, to nie są jakieś śliniące się przygłupy. Zwykle to całkiem porządni ludzie, wykształceni, oczytani, lepiej zarabiają, mają wyższe poczucie etyki niż ci obdarzeni łaską wiary. Kwiat społeczeństwa, chciałoby się powiedzieć.

Dlaczego to rozwój wiedzy, rozpowszechnienie edukacji, czy swoboda rozumowania sprowadza ludzi do utraty niewidzialnych przyjaciół? Dlaczego to życie w ubóstwie, głodzie i nędzy sprzyja lokalnym świątyniom?

Potencjalne wyjaśnienia

Zwykliśmy postrzegać boga, jako wszechwiedzącą istotę, która pragnie być kochana przez wszystkie swoje dzieci, na których losy aktywnie wpływa. Jednak każde rozwiązanie paradoksu jakie przychodzi mi do głowy, zdaje się zadawać kłam przynajmniej jednemu z przymiotów Stwórcy, którymi tak szczodrze obdarowali go jego wyznawcy.

Można by powiedzieć, że ateizm to wkalkulowane straty. Tyle jest ludzi na Ziemi, że Bóg nie potrzebuje ich wszystkich. Niewierzący, niedorozwoje, martwe dzieci (zmarłe przed chrztem, czy naukami) itp., to odpadki w wiekowym procesie tworzenia wielkiego stada wiernych. Ale czy wszyscy nie mieliśmy być równie kochani?

Z innej strony: z jakiegoś powodu, grupą docelową naszego Boga, mają być jedynie ci łatwowierni. Marny marketing? Czy może to są dla niego najbardziej wartościowe jednostki? Bo np. nie będą myśleć za dużo i niepraworządnie? Ta perspektywa nie jest zbyt zachęcająca, jak nie świadczy za dobrze o Bogu.

A może faktycznie to kwestia niefrasobliwości Najwyższego? Milczy on. I robi to celowo. Zapomniał o nas? Nie potrafi docenić swojego dzieła (że jego dzieci nauczą się kwestionować nieparte dowodami twierdzenia)? A może to tylko konsekwencja jego zainteresowani jedynie tymi, którzy są skłonni mu służyć bez specjalnego przekonywani?

W obliczu czegoś takiego wali się większość systemów religijnych. A przynajmniej pojawiają się groźne pęknięcia na ich fundamentach. Lepsze to niż przyznać rację tym wszystkim bezbożnikom. Albo co gorsza:

Opcją, która osobiście najbardziej mi się podoba, to pojmowanie całej religii, jako swoistego testu. Uwierzyłeś? Bez dowodów? Nie potrzebuję naiwnych w moim planie – miałby Wszechmocny mówić na podsumowaniu naszego bogobojnego żywota. Niewypowiedziane przykazanie, zdawałoby się brzmieć: Nie po to ci dałem rozum, abyś go nie używał. Bo uznanie rozumowego dochodzenia do poznania świata nie jest czymś powinniśmy gardzić, lecz wręcz ubóstwiać.

Podsumowanie

Ludzie niewierzący istnieją naprawdę. Ich niewiara ma mocne racjonalne podstawy i nie jest kwestią wyboru. Nie są przez to ubożsi, nie czują, że czegoś im brakuje.

Odpowiedź na pytanie: dlaczego w ogóle tacy istnieją, uderza w utarte, przyjmowane za pewniki wierzenia. Nie wydaje mi się, że było zadowalające rozwiązanie omawianego problemu, gwarantujące całość naszego systemu wierzeń.

Linki