Syberia 2

Co złego, czy dobrego dało się powiedzieć o części poprzedniej, tutaj jest wciąż aktualnie. Sama fabuła toczy się krótko po zakończeniu poprzedniej i co rusz nawiązuje do poprzedniczki.

Czy warto? Jak się lubi ładne widoczki i przygodówki, to tak. Jeśli spodobała się część pierwsza, można brać w ciemno. Zwłaszcza, że można tę grę dostać za grosze.

Mój opis części poprzedniej

Assassin Creed’s

Ołpen łordów jakoś nie lubię. Kojarzą mi się głównie z powtarzalnością, mnóstwem błędów, prostotą i w konsekwencji: nudą. Tym bardziej dziwią mnie liczne zachwyty jakie pojawiają się na ich temat. Ale…! Coś mnie wzięło na bardzo popularną serię gier tego typu. Dałem szansę początkowi serii Assassin’s Creed.

Pierwszy zwiastun

Nie wiem jak wy, ale ja pamiętam. Zaczęło się od krótkiego filmiku. Przedstawiał on jedno morderstwo i późniejszą ucieczkę sprawcy tej zbrodni. Na żywo akcję komentowała jakaś rozentuzjazmowana pani. Ja z całości zapamiętałem zabójcę, który zostawszy otoczony zwalczał każdego z oponentów po kolei (reszta grzecznie czekała). Następnie, uciekając już w mieście, gdzie ogłoszono alarm, ukrył się w tłumie. A żaden ze strażników nie widział nic zdrożnego w kolesiu z kapturem i kuszą na plecach pośród kilku kobiet. Podziękowałem.

Gierka się sprzedała, zaczęto więc doić markę. Wszystkie części z grubsza są o tym samym: zmagania zakonu Assassinów z tajemniczym wrogiem o niemal równej im potędze. Zachęcono mnie kilka razy, w końcu dałem się przekonać i pożyczyłem sobie pierwszą część. Wydano ją jeszcze sprzed czasów paranoi Ubisoftu, więc mogłem grać swobodnie.

Nic nie jest prawdziwe, (…)

A więc wcieliłem się w Desmonda. Desmond wciela się w swojego dalekiego przodka, dzięki maszynie służącej do odczytu tzw. pamięci genetycznej – Animusa. Wspomnę też, iż obaj byli członkami ugrupowania z tytułu. Byli, bo jeden od wieków nie żyje, a drugi jest dezerterem. Porwany przez tajemniczą korporację, gra w symulację poczynań swojego antenata. Gra, w grze.

(…) wszystko jest dozwolone

Ten pomysł z Amimusem to w sumie świetna sprawa. Można śmiało na niego zwalić mnóstwo uproszczeń jakie stawia przed nami rozgrywka. Pozwala też na swobody dla gracza, nawet wyjaśnia tajemnicę punktów życia itp… To trzeba przyznać, to się twórcom udało.

Witamy zatem na Ziemi Świętej w czasie krucjat. Nasz protagonista, Altaïr ibn La-Ahad, to młody, utalentowany, ale pełen pychy zabójca. Z jego winy ważna misja poszła wyjątkowo źle, za co został zdegradowany. Mistrz zakonu daje mu jednak drugą szansę: dziewięć nazwisk osób, które mają zginąć.

O rozgrywce

Na czym polega zabawa? Na bieganiu po mieście (w sumie pięć sporych map) i wypełnianiu zadań. Nagrodą za nie, jest zwykle kolejny strzępek informacji, mający nam pomóc załatwić główny cel. Teoretycznie zachęca się nas do planowania podejścia, ale wejście na pałę w swoich konsekwencjach, wcale nie różni się zbytnio od prób cichego załatwienia sprawy. Niektóre sekwencje są oskryptowane i wiele na to nie poradzimy. Nie ma się więc co wysilać.

Tak na marginesie: podobała mi się ucieczka jednej z moich ofiar. Pomimo bycia mężczyzną o sporej tuszy, biegł równie szybka jak nasz zręczny protagonista. Co pewien czas zresztą przystając, aby upewnić się, że nas nie zgubił.

Znaki rozpoznawcze

Są dwie ikony tej całej serii: ukryte ostrza oraz niezwykłe umiejętności parkur głównych bohaterów. To drugie jest w sumie całkiem zgrabnie zaimplementowane, gdyż po kilku minutach od intra będziemy w stanie biegać niczym młoda gazela po gzymsach i dachach. Na dłuższą metę można się przyczepić, że w zasadzie naciskamy jeden klawisz i wybieramy kierunek ruchu, czy wspinaczki. Nic więcej od nas w sumie nie zależy.

Podsumowanie

Jak tu określić pierwsze nieśmiałe próby wyprodukowania nowej marki? To w sumie przyjemna, acz dość krótka gra. Jest niedługa, bo szybko odechciewa się graczowi powtarzać te same, proste zadania i ogranicza się jedynie do misji koniecznych i głównych. Model walki jest nawet całkiem znośny, nie ma co tu narzekać. Jeśli ktoś lubi bawić się w zbieracza, to ma tu całkiem spory zestaw znajdziek, które są jedynie po to. Krótko rzecz ujmując: solidny średniak. Mały plus za dobór dość ciekawej miejscówki. Minus za utopienie tego historycznego potencjału w jakiś ideach konspiracyjnych teorii, i dziwnego SF. Żałowałby pewnie wydania pełnej ceny tego tytułu, ale za kilka euro mógłbym już się zastanowić.

Linki

Barbara Kosmowska – Niebieski autobus

Ogólnie polecam. Tak po prostu. Ze względu na humor. Ktoś mi może zarzucić, że przecież jest tam więcej: jest romans, piękno, uczucia, krytyka minionego systemu itp… ale będąc nieczułym na takie rzeczy cynikiem, dalej twardo obstaję przy swoim. Bo jak tu nie docenić lekkiego podejścia głównej bohaterki do wszystkich swoich wzlotów i upadków.

Inteligentna dziewczyna opisuje losy swojego żywota, swoje zapadłe miasteczko, którego z cywilizacją łączy jedynie tytułowy niebieski autobus. Studia i życie po nich. Także swoją rodzinę, żyjącą głownie z pędzenia bimbru, wujka z mnóstwem pomysłów na fortunę i babcię, która… no cóż, doczytacie sami.

Petter Watts – Rozgwiazda

Jeśli czujesz się zbyt szczęśliwy w życiu, oto i twoja porcja depresji. Zaprawiona nieco biologią, z dodatkiem bardzo organicznej chemii. Podawana z rozważaniami filozoficznymi. Innymi słowy: kawał dobrego SF.

Przyznam bez bicia: pierwsze zdanie mojego tekstu jest podłym plagiatem słów Jamesa Nicolla, które uszczknąłem ze strony autora omawianego dziś dzieła. Zresztą, o mroku ukrytym w jego powieściach już wspominałem. Nie jest aż tak źle, aby biec do łazienki po żyletki, ale trudno o radosną atmosferę na dnie oceanu.

Miejsce akcji

Tak, większość akcji rozgrywa się właśnie tam: trzy kilometry pod powierzchnią wody. Juan de Fuca. W miejscu gdzie lodowate zimno spotyka się z gorącem prosto z wnętrza Ziemi. Idealne warunki do postawienia elektrowni. No cóż, ktoś jednak musi tego doglądać. W tej całej sielance, wytrzymać psychicznie mogą tylko specyficzne jednostki.

Bohaterowie

Wbrew niektórym opisom, które można znaleźć na Sieci, nie są oni szaleńcami, o ile pominąć, że traktowanie tych warunków za fantastyczne, jest szaleństwa pewnym przejawem. Cała idea jest dobrze wyjaśniona w powieści i stanowi część fabuły, więc nie będę tutaj się zbytnio rozwodzić.

Wspólna tematyka

W miarę brnięcia dalej w opis losów rifterów (owych szaleńców, przystosowanych do życia pod wodą, pomimo ciśnienia i temperatury), zauważamy pewne motywy, jakie autor rozwinął później w “Ślepowidzeniu“. Ot na przykład: pomysł ze zmianą traktowania osobowości wielorakich, który można wyłuskać sobie z tła. Albo ten przyczółek do rozważań nad problematyką samoświadomości.

To ma być trylogia

W pewnym momencie jednak akcja się ucina. Na przedniej okładce nigdzie tego nie napisali, ale “Rozgwiazda” to część pierwsza trylogii o, a jakże; rifterach. W Polsce jest dostępna jedynie tylko ta jedna. A skoro już mowa o naszej Ojczyźnie. Pan Watts bardzo ceni się wkład polskich czytelników. Według niego polskie wydanie [“Ślepowidzenia”] jakby zdjęło jakąś klątwę o szerokim zasięgu.

Podsumowanie

Zapytano mnie, co jest lepsze: “Rozgwiazda” czy “Ślepowidzenie”? Odparłem niemal bez namysłu, że to drugie. Może to kwestia wprawy autora (“Rozgwiazda” powstała wcześniej, wydano ją jedyni później). Co nie znaczy, że omawiana powieść jest jakaś zła, czy wybrakowana. Uważam, że warto po nią sięgnąć. Ja sam nie żałuje wydanych na nią pieniędzy.

Polecam ją jednak tym, których nie przerazi nagły potok pojęć, jakie naprawdę nieczęsto wychodzą z laboratoriów, albo auli, gdzie wykładowca przemawia do jedynie garstki studentów.

Ostatecznie nie często mamy okazję przenieść się pod powierzchnię wody, gdzie ubrani w syntetyczną skórę, z jednym płucem zastąpionym przez wczep odzyskujący tlen, rozważamy przeróżne kwestie. Jak choćby wizję unicestwienia całego znanego nam życia.

Linki