Assassin Creed’s

Ołpen łordów jakoś nie lubię. Kojarzą mi się głównie z powtarzalnością, mnóstwem błędów, prostotą i w konsekwencji: nudą. Tym bardziej dziwią mnie liczne zachwyty jakie pojawiają się na ich temat. Ale…! Coś mnie wzięło na bardzo popularną serię gier tego typu. Dałem szansę początkowi serii Assassin’s Creed.

Pierwszy zwiastun

Nie wiem jak wy, ale ja pamiętam. Zaczęło się od krótkiego filmiku. Przedstawiał on jedno morderstwo i późniejszą ucieczkę sprawcy tej zbrodni. Na żywo akcję komentowała jakaś rozentuzjazmowana pani. Ja z całości zapamiętałem zabójcę, który zostawszy otoczony zwalczał każdego z oponentów po kolei (reszta grzecznie czekała). Następnie, uciekając już w mieście, gdzie ogłoszono alarm, ukrył się w tłumie. A żaden ze strażników nie widział nic zdrożnego w kolesiu z kapturem i kuszą na plecach pośród kilku kobiet. Podziękowałem.

Gierka się sprzedała, zaczęto więc doić markę. Wszystkie części z grubsza są o tym samym: zmagania zakonu Assassinów z tajemniczym wrogiem o niemal równej im potędze. Zachęcono mnie kilka razy, w końcu dałem się przekonać i pożyczyłem sobie pierwszą część. Wydano ją jeszcze sprzed czasów paranoi Ubisoftu, więc mogłem grać swobodnie.

Nic nie jest prawdziwe, (…)

A więc wcieliłem się w Desmonda. Desmond wciela się w swojego dalekiego przodka, dzięki maszynie służącej do odczytu tzw. pamięci genetycznej – Animusa. Wspomnę też, iż obaj byli członkami ugrupowania z tytułu. Byli, bo jeden od wieków nie żyje, a drugi jest dezerterem. Porwany przez tajemniczą korporację, gra w symulację poczynań swojego antenata. Gra, w grze.

(…) wszystko jest dozwolone

Ten pomysł z Amimusem to w sumie świetna sprawa. Można śmiało na niego zwalić mnóstwo uproszczeń jakie stawia przed nami rozgrywka. Pozwala też na swobody dla gracza, nawet wyjaśnia tajemnicę punktów życia itp… To trzeba przyznać, to się twórcom udało.

Witamy zatem na Ziemi Świętej w czasie krucjat. Nasz protagonista, Altaïr ibn La-Ahad, to młody, utalentowany, ale pełen pychy zabójca. Z jego winy ważna misja poszła wyjątkowo źle, za co został zdegradowany. Mistrz zakonu daje mu jednak drugą szansę: dziewięć nazwisk osób, które mają zginąć.

O rozgrywce

Na czym polega zabawa? Na bieganiu po mieście (w sumie pięć sporych map) i wypełnianiu zadań. Nagrodą za nie, jest zwykle kolejny strzępek informacji, mający nam pomóc załatwić główny cel. Teoretycznie zachęca się nas do planowania podejścia, ale wejście na pałę w swoich konsekwencjach, wcale nie różni się zbytnio od prób cichego załatwienia sprawy. Niektóre sekwencje są oskryptowane i wiele na to nie poradzimy. Nie ma się więc co wysilać.

Tak na marginesie: podobała mi się ucieczka jednej z moich ofiar. Pomimo bycia mężczyzną o sporej tuszy, biegł równie szybka jak nasz zręczny protagonista. Co pewien czas zresztą przystając, aby upewnić się, że nas nie zgubił.

Znaki rozpoznawcze

Są dwie ikony tej całej serii: ukryte ostrza oraz niezwykłe umiejętności parkur głównych bohaterów. To drugie jest w sumie całkiem zgrabnie zaimplementowane, gdyż po kilku minutach od intra będziemy w stanie biegać niczym młoda gazela po gzymsach i dachach. Na dłuższą metę można się przyczepić, że w zasadzie naciskamy jeden klawisz i wybieramy kierunek ruchu, czy wspinaczki. Nic więcej od nas w sumie nie zależy.

Podsumowanie

Jak tu określić pierwsze nieśmiałe próby wyprodukowania nowej marki? To w sumie przyjemna, acz dość krótka gra. Jest niedługa, bo szybko odechciewa się graczowi powtarzać te same, proste zadania i ogranicza się jedynie do misji koniecznych i głównych. Model walki jest nawet całkiem znośny, nie ma co tu narzekać. Jeśli ktoś lubi bawić się w zbieracza, to ma tu całkiem spory zestaw znajdziek, które są jedynie po to. Krótko rzecz ujmując: solidny średniak. Mały plus za dobór dość ciekawej miejscówki. Minus za utopienie tego historycznego potencjału w jakiś ideach konspiracyjnych teorii, i dziwnego SF. Żałowałby pewnie wydania pełnej ceny tego tytułu, ale za kilka euro mógłbym już się zastanowić.

Linki