Słowo na niedzielę #20

Dziś wyjątkowa niedziela. Oto kolejne, niezwykle ważne, święto kościelne o którym, jak podejrzewam, mało który katolik cokolwiek wie. Samo ono mogłoby być zapomniane, gdyby nie fakt, że są pozamykane są sklepy. Dziś ładnie nawiążę do ów powodu, dla którego tak wielu obywateli, naszego neutralnego światopoglądowo państwa, męczyła się wczoraj w kolejkach.

Krótko o Zielonych Świątkach

Oficjalna kościelna nazwa to święto Zesłania Ducha Świętego. Jest to jeszcze jeden przykład przykrywania przez chrześcijaństwo pogańskich zwyczajów. Ale nazwa w narodzie została – choć tyle. Chociaż sama w sobie ta oryginalna tradycja jest ciekawa, ja zajmę się przypisanym znaczeniem tego dnia.

Otóż według Biblii, po pięćdziesięciu dniach od zmartwychwstania, do ukrywających się apostołów przyszedł Duch Święty i obdarował zebranych charyzmą i zdolnościami językowymi. Tak aby mogli iść w świat i rozgłaszać nauki Jezusa. I właśnie o tym dzisiaj.

Po co bogu statek[1]?

Ale właściwie czemu Wszechmogący potrzebuje misjonarzy? Dlaczego powierzył rozgłaszanie niezwykle ważnego przesłania ludziom? Podobno jest dość pojętną istotą. Czyżby nie przewidział, że owi sprawę po prostu spaprają? Czy naprawdę Stworzyciel Świata nie mógł rozwiązać problemu obwieszczenia swojego istnienia na jakiś bardziej skuteczny sposób?

Dlaczego dał niby grupce osób zdolności do rozpowszechnienia tzw. Dobrej Nowiny, ale zupełnie poskąpił im mądrości, aby przekaz ten przetrwał spotkanie z pierwszym lepszym zdrowo myślącym? I to jeszcze za ich życia.

Dlaczego, jeśli ktoś przemawia za Boga, zwykle Ów mówi dokładnie to co myśli dana osoba? Bo jeśli głosiciel jest dla przykładu mizoginistą, popiera i uzasadnia to głoszone przez niego słowo boże. Już nie wspominając o bardzo jaskrawych przypadkach, gdzie Bóg dopuszcza różne przedziwne rzeczy.

Dlaczego więc raz Bóg pozwala na coś, a innym razem nie?

Dlaczego Biblia nie ocieka uniwersalną mądrością? Nie wywołuje podziwu nawet pośród tych, którzy nie wierzą?

A teolodzy bezsilni

Wiem, że pewnie zaraz kilka osób zapewni mnie, że teologia zna te problemy i ma na nie odpowiedzi. No cóż, śmiało próbujcie, wyjaśnić mi czemu w czasach biblijnych Bóg tak chętnie pokazywał się i swoją moc. Podobnie jak Jezus. A dzisiaj niby to się ukrywa, a jednocześnie robi cyrkowe sztuki w jakiś zapadłych dziurach? Albo czemu objawia się kilku osobom, z czego jedna zostaje świętym(-ą) a drugą pokazuje się palcem i mówi, że to wariat(-ka)?

Wszelkie teologiczne usprawiedliwienia wstydu Pana Boga, mają jednak pewną podstawową wadę. Mianowicie teolodzy bardzo często zapominają, że na świecie jest więcej niż jedna religia. Jest (było) ich w istocie tysiące. Niezliczone rodzime kulty, wariacje, mnóstwo sekt. I każda teistyczna[2] wiara boryka się z tym samym problem co najbliższa nam. Każdą możliwą odpowiedź da się więc łatwo przerobić i dostosować do każdej innego wierzenia. Dochodzi więc kolejne pytanie: czym się różni twoje, od tej całej reszty innych? Także tych wymarłych.

Przypisy

1. Cytat z pewnego starego filmu. Moje uznanie, dla tego, kto skojarzy scenę i jej znaczenie.

2. Bo, co może poniektórych zdziwić, są religie bezbożne.

Linki

Wspomaganie samopoznania

Gram w “Batman Arkham Asylum”. Nie dość, że jest to na Steamie, to jeszcze ona sama dostarcza kilka własnych statystyk. Dzięki temu wiem, że mając zaliczone około 1/3 opowieści zdobyłem acziwka, którego posiada jedynie około 8% właścicieli rzeczonego tytułu (osiągnięcie związane z wyzwaniami Riddlera).

Chodzi mniej więcej o to, że najwyraźniej nazbyt dokładnie, wręcz chorobliwie, przeszukuję mapy. Cieszyć się mam, czy martwić?