Fallout: New Vegas

W ramach moich starych szkiców, których nigdy opublikowałem, znalazłem jeden dotyczący właśnie “Fallout: New Vegas”. Postanowiłem ponownie zmierzyć się z tematem, krótko wyjaśniając, czy fan poprzednich gier ma czego szukać na pustyni Mojave. Czy to jakiś sens? Zbliża się “Fallout 4”, a wspominany dzisiaj tytuł można nabyć, nawet za jakieś pięć euro, więc ktoś może się skusi.

Wstęp

Może warto na wstępnie przypomnieć, że przez poprzednie rozumiem tutaj “Fallout” i “Fallout 2”. Bo “Fallout 3”, okazał się być dla mnie nie do przejścia. Porzuciłem tę grę, o czym nawet napisałem pełny rozżalenia posta na tym blogu (patrz linki). Krótko: marka pod władaniem Bethesdy zaliczyła glebę (nie pierwszą, ale to o tym może kiedy indziej – tak, na ciebie patrzę “Tactics”).

Pierwsze wrażenia

Nie wiem jak bardzo serio traktować te zapewniania o tym, że nową grę z serii robili ci sami ludzie, co dwie podstawowe. Nie mniej jednak cały tytuł wypełniony jest odniesieniami do chwalebnych poprzedniczek. Jeśli nie bezpośrednio w grze, to wystarczyło nieco pogadać z postaciami, aby posłuchać o miastach, czy postaciach, zostawionych w “Fallout 1” i “(… ) 2”.

Wciąż jednak mamy do czynienia z grą opartą na silniku wygrzebanym z jakiegoś Obliviona czy innego dziwa. To widać, ale … jakoś to przebolałem. Albo mnie ten “Fallout 3” znieczulił, albo tutaj naprawdę lepiej przemyślano całą fabułę.

A rozchodzi się tu o…

A główna historia to wyjaśnienie, czemu ktoś nas zastrzelił (scenka z intra). A cała sprawa to i tak tylko wierzchołek góry lodowej. W tle mamy walkę dwóch potęg (Legion i NCR) o kontrolę nad regionem. Nawet samo streszczenie brzmi lepiej niż poszukiwanie ojca, który i tak nas oleje.

Grajmy

W recenzjach przewijają się zapewnienia, że trzeba naszą postać wyspecjalizować. Może i tak było, ale DLC-eki podnoszą limit doświadczenia, co sprawia, że wybieramy nie tyle co umiejętności na jakich się skupimy, co raczej te jakie pominiemy.

Nowością jest tzw. tryb hardcore. Pomimo wszystkich tych ostrzeżeń w grze, należy go po prostu używać. Nawet włączony nie utrudnia rozgrywki (jakoś bardzo), raczej ją wzbogaca. Może właśnie tego brakowało pod Waszyngtonem?

Z innych nowości: system frakcji. Przestając z jedną możemy oberwać kulkę od przedstawicieli innych (nieprzychylnych tamtej). Jednak zawsze możemy przebrać się i zwieść niektórych NPC-ów. Miła rzecz, choć akurat nie używałem za bardzo.

Wiele zadań można rozwiązać na różne sposoby, co daje też różne konsekwencje (ale dopiero w zakończeniu). Niby było to nawet w F3, więc to raczej standard. Dalej możemy błąkać się i zajść do miejsc zupełnie odizolowanych od głównego wątku, ale czy na pewno? Do wielu z tych pozornie odciętych miejscówek zostaniemy skierowani właśnie na prośbę tego czy owego.

Werdykt

Nie jest perfekcyjne, ale przynajmniej gra wciągnęła mnie na tyle, żebym ją skończył. System walki dalej jest w gruncie rzeczy nudny, ale da się przeboleć. DLC są nawet całkiem ciekawe.

Jako, że grę łatwo dostać w przystępnej cenie, nawet w wersji “Ultimate”, można rozważyć kupno. Lepiej “New Vegas”, niż wiadomo…

A, że nie mam wielkich nadziei co do przyszłego Fallouta, to może sobie zagram jeszcze raz?

Linki

Ten post wysłany został przez bota. On żyje!