Ilu jest katolików w Polsce?

Zwyczajowo przyjmuję się, że 95% populacji tego kraju to katolicy. Jak powołujący się na ten argument jest bardzo wzburzony tematem dyskusji, podnosi tę wartość do 99%. Ma to dowodzić, że w Polsce społeczeństwo żyje zgodnie z naukami Kościoła Katolickiego i wszystkie nasze prawa i ustalenia dotyczące życia społeczne powinny również z automatu powinny pod katolicki paragraf podpadać.

Skąd te liczby?

Podane 95% wynika z… no właśnie z czego? Prawdę pisząc: myślałem, że to wymyślona liczba. Że wynika ze liczby chrztów, ale jak poucza mnie Wiki w artykule Kościół katolicki w Polsce:

Badanie CBOS z listopada 2011 roku wykazało, że 95% mieszkańców Polski deklaruje się jako katolicy

Tutaj ujawnia się nieco słabość naszych wikipedystów, z których jeden zalinkował informację do losowego doniesienia prasowego, który opisało jakieś (dosłownie jakieś, nie podano tytułu) badania CBOS, zamiast bezpośrednio do samych badań (pomijam, że to i tak słabe źródło). Owych badań (związanych z religią) było w listopadzie 2011 kilka. W O religijnym i społecznym zaangażowaniu Polaków w lokalnych parafiach, znalazłem takie pytanie do ankietowanych: Niezależnie od udziału w praktykach religijnych, czy uważa pan(i) siebie za osobę. I wynikało by z odpowiedzi, że osób wierzących może być maksymalnie 92% (bo 5% raczej niewierzących i 3% całkowicie niewierzących). A to 95% katolików znajdziemy we wstępie do wspomnianego raportu, gdzie pada zdanie:

Ostatnie pomiary pokazują, że wciąż około 95% badanych stanowią zdeklarowani katolicy

Nie podają jakie to badania, ale mam nadzieję, że CBOS nie wziął tych wartości z powietrza (jak wspomniałem, słabego źródło do źródła ktoś użył na Wikipedii). Ale nie wnikajmy to dalej, wbrew pozorom, w tym do czego zmierzam, niczego to nie zmienia.

Według tego samego zjechanego przeze mnie artykułu z Wikipedii:

W 2011 roku liczba osób ochrzczonych przez polski Kościół katolicki, wynosząca 33 399 328, stanowiła 86,66% populacji Polski, szacowanej na 38 538 447 osób

Już na prawdę nie chce mi się wnikać, skąd wzięto te liczby, ale przynajmniej liczby ochrzczonych możemy być chyba bardziej pewni niż jakiś tam deklaracji. Skoro ochrzczono jedynie 86,7%, to skąd te deklaracje 95%?! Ale ja nie o tym. Nie dziś.

Kościół wiernych liczy

Istnieje coś takiego, jak Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego. Organizuje on od 1980, co roku niedziele liczenia wiernych. Nie będę rozwodził się nad tym badaniem, czy jego wykonaniem technicznym, bo to w sumie nie jest ważne. Ważne są jego wyniki, które z grubsza można przyjąć za jakieś tam przybliżenie liczby uczestniczących we mszy świętej i liczbę ludzi przystępujących do komunii. A według danych za 2014r (nie ma jeszcze raportów za rok 2015), do kościoła chodzi około 40% wiernych zobowiązanych. Tak na prawdę trochę mniej, ale mam gest. Do czego zmierzam?

Jak wspomniałem głównym powodem powoływania się na rzekome dziewięćdziesiąt ileś tam procent katolików jest proste rozumowanie, że skoro większość deklaruje się żyć zgodnie z naukami Kościoła Katolickiego, to wola Kościoła jest wolą Narodu. I to jest oczywiście bzdurą, gdyż sam Kościół wykazuje, że ledwo połowa wiernych wypełnia jedną z najprostszych zasad i to w dniu, o którym trąbi się, że będzie liczenie!. Właściwie to, ledwie połowa wiernych, niecałe 40% może właściwie być nazywana zaszczytnym mianem “katolików”. Reszta to jacyś pozoranci.

Przyjmując, że wierzących praktykujących jest 40% (przypominam, że to moje zaokrąglenie, tak na prawdę w 2014 wynosił 39,1% i spada już od lat) z liczby starszych niż 7 lat, zdrowych i nie za starych wiernych (czyli w sumie 86%), których w ogólności deklaruje się w jakiś sposób 95% populacji kraju, to wyjdzie nam, że mamy w Polsce 33% katolików plus minus dzieci i chorych. Że niby robię statystykę godną pożałowania? Jasne, że tak. Ale moje wyliczenia i tak są zdecydowanie lepsze niż te kościelne.

Jezdem kotalikiem…

Ktoś może zapyta, ale przecież podobno 95% deklaruje się jako wierzący katolicy, regularnie (np. raz na 10 lat) uczestniczących we mszy świętej, czy ci ludzie nie mają prawa nazywa się katolikami? Odpowiem nieco przewrotnie: oni mają, Kościół jednak nie ma prawa ich wliczać. Katechizm Kościoła Katolickiego jasno stanowi, że jeśli chcesz się bawić w katolicyzm, to musisz przestrzegać pewnych reguł. O ile szeregowy wierny może być hipokrytą, to księżom i wyższej hierarchii kościelnej już nie wypada.

Z innej strony: oczywiście, każdy tam sobie może mówić, że w Boga wierzy itp. ale czy to faktycznie jest katolicyzm? To są jakieś własne teologie, wyobrażone sobie przez owych niepraktykujących, odpryski chrześcijaństwa, z naleciałości, którą mogą nawet sięgać buddyzmu.

Warto tutaj zauważyć, że większość wierzących niepraktykujących bywa taka nie tylko z lenistwa. Wydaje mi się, że może to też wynikać z niechęci do kleru i jego życiowych nauk. Wszak wszyscy wiemy lepiej co myśleć, o zaawansowanych zagadnieniach moralnych niż jakiś tam ksiądz, co nie? A papież, święty czy sam Jezus Chrystus, to by się i tak z nami zgodzili. Warto żeby i kapłani wyciągnęli z tego naukę, jak i co poniektórzy katolicy zastanowili się nad czymś, co biorą za hasełko.

Stosunek wiernego do nauki Matki Kościoła

Mały bonus ode mnie, wygrzebany z raportu Polacy wobec różnych religii i zasad moralnych katolicyzmu:

Jedynie niespełna co trzeci dorosły Polak (31%), w śród których, przypomnijmy, około 95% określa się mianem katolików, uważa, że zasady moralne tej religii [katolicyzmu] są najlepszą i wystarczającą moralnością. Co czwarty natomiast (26%) twierdza wprawdzie, że zasady katolicyzmu są słuszne, jednak określone sytuacje życiowe wymagają ich weryfikacji i uzupełnienia innymi normami. Ponad jedna trzecia badanych (36%) przyznaje słuszność większości zasad, które proponuje religia katolicka, jednak nie ze wszystkimi się zgadza, a ponadto jest przekonana o ich niewystarczalności.

Podsumowując

Drodzy księża, politycy i wy, który nie macie chęci mierzenia się z rzeczywistością taką jaka jest (w kwestiach światopoglądowych). Nie ma w Polsce aż tylu katolików, aby wygadywać różne bzdury z tego tytułu. Być może warto nabrać jakiegoś dystansu. Dziękuję.

Żeby było zabawniej, zdanie z podsumowania artykułu: Konferencja religijność Polaków 1991-2011:

(…)w skali całej populacji, religijność nie stanowi dziś dominującego czynnika wpływającego na postawy w obrębie sfery publicznej.

W obawie przed piekłem

Czyżby mimo wszystko religia była do czegoś przydatna? A może wprost przeciwnie? Kilka słów na temat przeprowadzonego lata temu badania nad wpływem wierzeń w pewne koncepty religijne.

Krótko o badaniu

Dwóch naukowców, przez kilka lat w kilku krajach zbierało dane na temat wiary i porównało to z wskaźnikami przestępczości w danym kraju. Interesowała ich głównie wiara w Piekło i Niebo. Lub jak kto woli: w boga wybaczającego i boga każącego.

Wnioski wyszły dwa (z grubsza):

  • Im bardziej wierzysz w karę po śmieci, tym mniej skłonny jesteś do popełniania przestępstw
  • Im bardziej wierzysz w to, że Stwórca ci wybaczy, na tym więcej sobie pozwalasz

Daleko idące wnioski

Być może to jest moment, kiedy wierzący wstają z miejsc pełni szczęścia, bo właśnie znalazł się choć jeden konkretny powód uzasadniający ich zachowania. Wstrzymałbym się jednak z tym entuzjazmem.

Według tego badania zasadniczo nie ma znaczenia religia, ważny jest tylko aspekt kary. Innymi słowy: to strach odstrasza ludzi. Jedna z najbardziej prymitywnych emocji. Od której zasadniczo religie mejn-strimowe się odcinają.

Tak, wiem, że choćby i u nas w kraju, wciąż się słyszy straszenie diabłem, ale pochodzi ono z jakiś tam lokalnych inicjatyw księży. Nawet oni wysyłali by do Piekła raczej homoseksualistów i niewierzących, niż przestępców.

Główny nurt wyznania katolickiego zazwyczaj skupia się na Bogu-Ojcu, miłości, pojednaniu i wybaczeniu. Nawet jeśli rzadko widuje się takie idee pośród szarych wyznawców. Ale, niestety według omawianego badania, są one czynnikiem zachęcającym do zbrodni.

Jeszcze dalej idące wnioski

Innymi słowy: nici z pożyteczności wiary. To tak samo ślepe i obusieczne narzędzie, jak każde inne jakim, jako społeczeństwo, dysponujemy.

Ciekawi mnie jeszcze, czy można jakoś zeświecczyć powyższe zjawisko. Gdyby np. zbadać wpływ permanentnej inwigilacji połączonej z niemal stu procentową wykrywalnością i egzekutywą prawa. Bo tak naprawdę chodzi o karę, której nie można uniknąć. Ale czy nie byłaby to sytuacja, gdzie lekarstwo jest znaczenie gorsze od choroby?

Na zakończenie cytat do podumania, bo tak mi się jakoś skojarzył:

Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem.

Linki: