Stranger Things

Serial “Stranger Things” szturmem wdarł się pod strzechy i zaskarbił sobie licznych fanów. Zasadniczo większość jego widzów go lubiła. Na tyle, by nieść nowinę i pouczać innych. W ten sposób wciągnięty zostałem ja.

I muszę przyznać spodobał mi się. Ale nie na tyle, abym nie zauważył, że jest serial zbudowany na nostalgii. Nostalgii za latami 80-tymi. Niby więc piszę tutaj o czterdziestolatkach, ale należy pamiętać, że mieliśmy lekki poślizg, mniej więcej dekadę. I właśnie tak tłumaczę sobie fascynację tą pozycją pośród ludzi urodzonych właśnie w latach 80-tych.

Czy to źle? Z tą całą nostalgią? Nie. To nawet miłe, że ktoś złożył hołd filmom, które fascynowały całe pokolenie. Mój problem z tym serialem polega na tym, że niemal cała ta fabuła jest sztampowa do bólu. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, kiedy słuchałem tej takiej elektronicznej muzyki w intro, nie przeszkadzało mi to, że w głębi ducha wiedziałem co się wydarzy zaraz. Choć wyznać mi trzeba, że zaskoczyło mnie zwieńczenie romansu Nancy.

Nawet jeśli sam nie doświadczyłem zachwytu “E.T” (do tej pory w sumie tego filmu nie obejrzałem), czy prozą Stephena Kinga, to naprawdę ciszę się, że obejrzałem “Stranger Things”.

Ale kiedy widać, że ten ołtarzyk przeszłości ma się doczekać kolejnego sezonu, czuję, że to za dużo. Już zobaczyłem wszystko, co miałem. Wyłapałem te puszczone od twórców oczka. Co zostało? Obawiam się, że nowy sezon po prostu nie podobała już niczemu, a szczególnie oczekiwaniom trzydziestolatków, którzy chcą raz jeszcze poczuć się jak te brzące przed ekranem.