Yanna Martela – Życie Pi

Jakiś czas temu opisałem moje wrażenia z ekranizacji wspomnianej książki. Całość tekstu macie tutaj: Życie Pi. Ludzie w komentarzach zasugerowali mi uporanie się z literackim pierwowzorem. Co zrobiłem. Jakiś czas temu.

Eh, te moje życia koleje. A potem to całe zawirowanie z Joggerem. No, ale może wycisnę coś z szarych komórek. Kilka uwag po przeczytaniu “Życie Pi”.

Jeśli czytało się tę książkę po zapoznaniu się z filmem, w większości jest niestety nudna. No bo historia o chłopcu w łódce. Nie oszukujmy, nie jest to szczególnie zajmujące. Opisy rutyny i jego próby przeżycia kolejnego dnia. W kinie można było chociaż pooglądać zdjęcia. Znacznie bardziej ciekawa jest część przed wyruszeniem na morze. Wątek głównego bohatera wierzącego w trzy religie na raz. I ta zabawną scenka kłótni trzech kapłanów, którzy przez zrządzenie złośliwego autora spotkali się wszyscy z rodziną Pi.

O ile film stawiał sprawę wręcz jasno: chłopak wymyślił historię o lwie, tak powieść stara się maksymalnie zrównoważyć obie wersje. Nawet jeden z Japończyków sprawdza czy banany pływają na wodzie (ja też to sprawdziłem, jak będziesz mieć banan pod ręką być może też zaczniesz to rozważać). O ile pamiętam w kinie nie było nic o szkieletach małych stworzeń w łódce.

I jeszcze jedno. Kiedy polemizowałem ze swego rodzaju hasłem promującym tę publikację: opowieść, jaka sprawie, że uwierzysz w Boga, jeden z moich czytelników zapytał skąd to wziąłem. No cóż, muszę go zmartwić, bo jest ono istotną częścią wprowadzenia również w książkowej wersji, nawet okraszonego swoistego rodzaju anegdotką.

Czy warto sięgnąć po “Życie Pi”? Ciężko mi odpowiedzieć. Film jako pierwszy zrobił najlepsze wrażenie, po którym większość powieści zwyczajnie mnie nudziła. Nie jest to jednak wina samej książki. Pozostanę jednak przy opinii, że tę historię warto obejrzeć.

A czy sprawia, że zaczniesz wierzyć w Boga? Oczywiście, że nie. Trzeba w niego już wierzyć, że nawróciła cię zwykła historyjka. W ogóle czemu miałaby? Bo ktoś przeżył kilka miesięcy na morzu? Że pomimo niezachwianej wiary w liczne bóstwa, dalej tkwił w łódce? Co daje ten sam wyniki jakby w ogóle w nic nie wierzył? To twierdzenie ma jako-taki sens jedynie w świecie powieści, gdzie Pi to realna osoba, ale nawet tam ciągle można go by zapytać: “to czemu ci nie pomógł”?