Lucy (2014)

Luc Besson dał nam takie filmy jak “Leon zawodowiec”, czy “Piąty element”. I kilka innych też. Może nie wszystkie były udane, ale  i to wcale nie złych. Dziś o całkiem niedawnym dziełku tego reżysera: Lucy.

Zaatakujmy największy problem tego filmu, jego tagline: “Przeciętny człowiek wykorzystuje 10% swojego mózgu. Ona wykorzysta 100%”. Ów zdanie faktycznie streszcza całe to dziełko.

Główna bohaterka (Scarlett Johansson), zwykła dziewczyna, nieoczekiwanie i niechętnie staje się pracownią pewnego koreańskiego gangstera. Dostaje sporą dawkę pewnego narkotyku, który rozwija jej umysł. Ostatecznie do owych nieszczęsnych 100%.

Żeby chociaż było to jedynie pretekstem do efektownych scen akcji, to wciąż mógłby być niezły film. Niestety autor scenariusza, z czym się nie kryje, postanowił sobie pogdybać na temat konsekwencji takiego hipotetycznego rozwoju człowieka.

A owe nowe możliwości, jak twierdzi pan Besson, przez postać Morgana Freemana, są zdumiewające! Od całkowitej kontroli na własnym ciałem, do kontroli wszystkiego. Dosłownie wszystkiego. Najbardziej stereotypowo jak się tylko da. Biorąc pod uwagę rozmach chyba ktoś tu pozazdrościł Kubrikowi “Odysei kosmicznej”.

Drugim problem tego sama główna bohaterka. A właściwie jej motywacje. Z jednej strony jest nieludzka, co jeszcze były by zrozumiałe, by za chwilę okazać się pomocna i empatyczna. Trzecim jest postać detektywa Pierre Del Rio, a właściwie to, że nie wiadomo po co w ogóle jest. Co do tego koreańskiego gangstera, to postać tak dziwna, że pasuje do całości.

Pewnie można by ciągnąć dalej te wyliczenia, ale podsumowanie jest proste: nie oglądajcie, nie warto. Temat rozwijania ludzkich możliwości znacznie lepiej podjęto w filmie “Jestem Bogiem(Limitless, z 2011r.). Tam też poradzono sobie bez owego kretyńskiego przekonania, że “używamy jedynie dziesięciu procent naszego mózgu”.

Linki