Watch Dogs

Do używania biedastima firmy Ubisoft zostałem zmuszony już wcześniej, więc przyjęcie tego prezentu, nie kosztowało mnie aż tak wiele. Ponoć ta akcja to echa problemów jakie miał wydawca przy okazji Assassin Unity. Jeszcze jeden powód, dla którego nie należy ufać zapowiedzią. Owo “Watch Dogs” zostało rozdane oczywiście tylko w podstawowej wersji. Jedyne dostępne do niego DLC należy sobie dokupić osobno. Ale to już zaglądanie darowanemu koniu w zęby…

Więc o czym jest “Watch Dogs”? O kolesiu, który biega sobie po Chicago. W płaszczu i bejsbolówce. Zazwyczaj wpatrzony jest w swoją komórkę. Umie parkur, nie umie skakać (trochę irytujące). Ma paraliż mięśni twarzy. Z jakiegoś powodu nazywany jest hakerem mimo, iż w zasadniczo hakuje niewiele. On sam przyznaje, że woli oddziaływać w bezpośredniej konfrontacji z ofiarą. Zastraszyć i wymusić niż dyskretnie zdobywać hasła, czy szukać dziur w programach.

Oprócz słowa haker, określany jest również mianem Mściciela, to ponieważ od czasu do czasu, w przerwach między używaniem przemocy, kradzieży, podsłuchiwaniu, szantażom i w końcu łamaniu wszystkich przepisów ruchu drogowego, zdarza mu się zapobiegać cudzym przestępstwom. I tu wychodzi mój pierwszy większy zarzut do tej gry.

Mianowice mam problem z głównym bohaterem. Z jednej strony twórcy chcą go przedstawić jako kogoś z kim nie należy nie zadzierać, totalnie pozbawionego emocji człowieka, który jest gotów torturować. A za chwilę prezentują go jako rycerzem na białym jednorożcu. Sprawia to wszystko wrażanie jakby odgórnie i nieco naprędce nakazano przerobić wizję tej postaci na nieco bardziej altruistyczną.

Poza bohaterem, gra zdaje się brać na tapetę temat prywatności oraz zaangażowania wielkiej korporacji w jej deptanie. Pod przykrywką inteligentnego miasta i zapewniania bezpieczeństwa, firma Blum buduje system ctOS. Pomysł miał potencjał, jednak zupełnie go zmarnowano, bo oprócz inwigilacji totalnej, ów ma najwyraźniej …magiczną (inaczej tego się nie da określić) moc wpływania na rzeczywistość. Wcale nie chodzi o utrzymywanie banki informacyjnej, czy inne tego typu realne możliwości, o jakie choćby i współcześnie oskarża się np. firmę Facebook. CtOS jest mianowicie w stanie bezpośrednio zmieniać ludziom w głowach i wpływać na zupełnie losowe wydarzenia (np. loterię).

Nie wnikając w miałką fabułę, główny bohater ma lewy dostęp do ów wielkiego systemu. Ma więc możliwość sprofilowania każdego napotkanego przechodnia. Poznajemy jego (lub jej) imię, nazwisko, wiek, zarobki oraz jedno zdanie, które ma być chyba charakterystyką tej osoby. W każdym razie wyszło to też wyszło niezbyt dobrze, tym razem raczej pod kątem wykonania: modele zwyczajnie nie pasują do przypisanego im wieku, a owe charakterystyki, zbyt często się powtarzają oraz są zwyczajnie dziwne (co z tego, że ktoś kupuje dużo prezerwatyw? to miało być zabawne?).

Drugą właściwością z jakiej słynie ta produkcja, jest możliwość zhakowania sporej ilości elementów w otoczeniu. Np. automatów z napojami, czy sygnalizacji świetlnej, ale także z jakiegoś powodu, granatów przeciwników. Zawsze sprowadza się to do wywołania jednego efektu obiektu tej klasy. Jeszcze bardziej pogłębia to uczucie bycia tzw. script kid. A tak przy okazji, jestem pełny podziwu dla Aidena. Kiedy ja podczas spaceru muszę przystanąć, aby zmienić słuchany utwór, on jest w stanie obsługiwać swoją komórkę w pełnym biegu, czy przeskakując przez płot.

Twórcy chwalą się z kim to się konsultowali, aby gra była jak najbardziej realistyczna. Od tego jak wygląda proces włamywania, po dobór akcentów. Z tym ostatnim szczególnie mocno powątpiewam, bo więcej polskich nazwisk widziałem podczas jednego odcinka “House of Cards”, niż podczas całej mojej wizyty w wirtualnym Chicago (przypominam, że to miasto największej Poloni na świecie).

Ale z ręką na sercu muszę przyznać, że gra wciągnęła mnie na długo. I chodziło o coś więcej niż tylko zaliczenie wszystkich osiągnięć. Swoją drogą: nie da się. Część jest w DLC, i jakoś ciężko jest zostać inwigilowanym. Co więc mnie zatrzymało i przez co czułem żal po ukończeniu całości? Poukrywane gierki, wszystkie aktywności spoza głównej linii fabularnej: od jednorękiego bandyty, po poker, czy szachy. Różnego rodzaju wyścigi, które dają dużo satysfakcji, jeśli w końcu pojmie się zasadę fizyki pojazdów. Nawet ta minigra w picie alkoholu, z której ktoś był tak dumny (niezbyt zasłużenie), że dostała swoje osobiste osiągnięcie, jako jedyna.

I tryb multiplayer. A właściwie półmultiplayer. Tzn. w grze jest możliwość klasycznej strzelaniny w kilka graczy, czy kooperacja, ale mam na myśli to, że podczas rozgrywki, w każdej chwili (z pewnymi wyjątkami) możemy zostać najechani przez innego gracza, albo sami zaatakować kogoś. Aż dziw, że to była główne hasło reklamowe tej produkcji, bo zdecydowanie jest to jedna z lepszych opcji dostępnych podczas zabawy (spokojnie, można to wyłączyć w razie konieczności).

Jakie jest więc ostateczny werdykt? Całość tej gry sprawia wrażanie czegoś na rodzaj prototypu. Półproduktu, który jednak został wydany. Ubi postanowił stworzyć nową markę, ale chciał jeszcze zarobić na testach wstępnych. Wydał naprędce dokończony produkt. W którym zabrakło czasu, czy chęci na rozwinięcie tych systemów, wyciśnięcie z nich więcej. “Watch Dogs 2” utwierdza mnie w tym przekonaniu, na pierwszy rzut oka widać wyraźną poprawę. Czy kupować? Nie, już lepiej dorzucić nieco grosza i mieć drugą część.

PS. Temat zapobieganiu przestępstwom, przez cyfrową predykcję, znaczenie lepiej uchwycono w serialu Impersonalni. Tam przynajmniej takie predykcje miały sens. No i nie trzeba było biegać za podejrzanie zręcznym i obeznanym w parkour, za każdym razem, losowym mieszkańcu miasta.

PS 2.: Tytuł można też rozpatrywać jako pewnego rodzaju komentarz w sprawie zbytniego dostępu do broni w USA. Choć nie prowadzi on donikąd.